Wywiad z Anną Fryczkowską w dzień premiery jej nowej powieści

Wydawało się, że już zawsze będzie pisała kryminały. Te przewrotne, zaliczane do modnego na świecie gatunku domestic noir, gdzie kobiety nie są już tylko ofiarami, ale często też sprawczyniami. Albo tymi, które wymierzają sprawiedliwość. Jej Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki) zebrało same zachwyty, dostało nagrodę kulturalną „Różę Gali” i ciągle jest czule czytane (kilka dni temu widziałam w metrze młodego chłopaka zaczytanego w Sześciu kobietach). Ale nie. Ania Fryczkowska napisała coś zupełnie innego: Żony jednego męża. Tym razem to dwie kobiety, choć faceta mają jednego, wspólnego. Mieszkają z nim na warszawskim Żoliborzu, tuż obok willi prezesa, siedziby egzorcysty i kościoła męczennika. A przede wszystkim – w dobrym, tradycyjnym, warszawskim sąsiedztwie pamiętającym jeszcze przedwojenne tradycje oficerskich i inteligenckich okolic. To nie jest przekręt, nikt tu nikogo nie oszukuje, ani nie krzywdzi. To jest układ, trochę inny niż tradycyjny, ale – naprawdę – oparty na tych samych wartościach. Jak to możliwe? Stawiam dolary przeciwko orzechom, że jeśli weźmiecie tę książkę do metra, przegapicie swoją stację. Ta historia toczy się gdzieś blisko metra „Plac Wilsona”.


Dwie kobiety i jeden facet. Żyją w związku symbiotycznym, choć dla ludzi z zewnątrz to nie do pomyślenia. Anita jest wyzwolona, nie marzy o welonie, unika rutyny. Tunia – przeciwnie: co niedzielę podaje suty obiad i kocha wszelkie przejawy rodzinnej tradycji. Która z tych kobiet jest Ci bliższa?

Pewnie każda z nich jest jakąś emanacją moich tęsknot. Jednocześnie być taka i siaka. Podawać trzydaniowe obiady, zmieniać pościel co tydzień i piec chleb na zakwasie. A przy tym robić karierę, wracać późno do domu i nigdy nie przejmować się tym, co ludzie powiedzą. Nie zostawiać dzieci ani na krok. Zostawić dzieciom dużo samodzielności. Być grzeczną. Pyskować. Żyć, jakby chcieli rodzice. Buntować się przeciw stylowi życia rodziców.

Co łączy te dwie kobiety?

Przyjaźń. Nieerotyczna miłość. Wspólnota losów. Wspólne dzieci, bo są one wspólne. Miłość do tego samego mężczyzny i do tego samego miejsca. To, że obie są przez tego mężczyznę kochane. Czy można kochać erotycznie dwie kobiety naraz? A czy można kochać dwoje dzieci? Dwoje rodziców? Psa i dwa koty? Kawę i herbatę? Miasto i wieś?  Człowiek potrafi pomieścić w sobie mnóstwo uczuć, często sprzecznych. Nie są przez to mniej prawdziwe.

Ty przyjaźnisz się tak z kobietami?

Tak, żeby się dzielić facetem? Nie, jeszcze mi się nie zdarzyło. Żeby się dzielić sukcesem, mieszkaniem, opieką nad dziećmi, wiedzą, a nawet, niech tam – posiłkiem: tak. Za lojalność jestem do bólu lojalna. Koleżanki i przyjaciółki to jedne z najważniejszych osób w moim życiu.

Ani przez chwilę czytając Twoją najnowszą powieść nie miałam jasności: czy Ty je potępiasz za stworzenie takiej nietypowej rodziny, czy kibicujesz im. Gdybyś spotkała je w życiu, wspierałabyś je?

Gdybym je spotkała na tym moim Żoliborzu, na Targu Śniadaniowym na przykład, chciałabym z nimi posiedzieć i pogadać. Spytać, z czym im dobrze, a co im dolega. Sprawdzić, czy je dobrze opisałam. Ale może mi się uda, bo właśnie zaczęłam dostawać pierwsze sygnały, że istnieją takie związki, takie rodziny. Że jest ich więcej niż myślimy. Tak przeczuwałam.

Anna Fryczkowska. Foto Szymon Kobusiński dla Burda Książki

Anna Fryczkowska. Foto Szymon Kobusiński dla Burda Książki

Przez kilkanaście lat Tunia, Anita i Wojtek oraz dwójka ich dzieci żyją w komforcie i miłości. Świat zewnętrzny, nawet najbliższa rodzina, nie wie o ich układzie. I dlatego, kiedy go ujawnią, uderzenie będzie silniejsze. Potępiasz to, że żyli w kłamstwie, czy rozumiesz ich?

Widzę, że ciągle dążysz do tego, żebym się deklarowała po którejś stronie. A przecież dobre książki nie dają odpowiedzi, tylko stawiają pytania. Ja też pytam, na ile powinniśmy mieć tolerancję dla modeli życia innych, niż sami przyjmujemy. Gdzie są granice tolerancji? A może ich nie ma?

Ale przecież to my tworzymy normy, one się zmieniają, nie same, tylko dzięki tym, którzy mają odwagę iść pod prąd. Czy warto jednak iść pod prąd, gdy płaci się za to wysoką cenę? Pytam. Siebie, czytelniczki. Nie ma odpowiedzi dobrych dla każdego. Świat nie jest biało-czarny, na szczęście.

Właśnie zaczęłam dostawać pierwsze sygnały, że istnieją takie związki, takie rodziny. Że jest ich więcej niż myślimy. Tak przeczuwałam.

Sama widzisz: pytam Cię o ocenę postaw Twoich bohaterów, jakbyś to nie Ty ich pisała. Na ile kontrolujesz zachowania Twoich postaci?

Trochę na tyle,  jak kontroluję mojego psa, gdy spuszczę go ze smyczy w parku. Zasadniczo wiem, jaki jest i co robi na ogół w danej sytuacji, poza tym odcierpiałam tych parę tygodni w szkole tresury. Ale przecież wiem, że na szczęście mój pies ciągle potrafi mnie zaskakiwać. Życie również.

Powiem Ci, że czasem czuję się boginią tego mojego świata i to jest bardzo fajne uczucie mocy. Stworzyłam ich i dają sobie teraz sami radę, miewają własne pomysły na życie. To dużo ciekawsze, niż stuprocentowa kontrola. Nie chcę rzucać spoilerów, ale i Anita, i Tunia, i Dobrochna, i Wojtek zrobili kilka rzeczy, których im nie zaplanowałam.

Kiedy siadasz do pisania powieści, wiesz, jak się skończy?

Powieść to struktura, musi być mocna i precyzyjna jak pajęczyna. Jak układ kostny. Więc wiem, jak się skończy. I staram się tak pisać, żeby się nie nudzić, mimo że mam wiedzę, dokąd idę. Ale ciągle mogę zmieniać trasę, którą idę. Wszak cała sztuka w tym, by wrzucać tropy, ciągnąć akcję w stronę, która mi odpowiada, spychać czytelników na manowce, odwracać ich uwagę i ją przykuwać, żeby się nie mogli oderwać od czytania. W „Żonach” wiedziałam, jak chcę skończyć tę historię, ale wiele szczegółów narodziło się podczas pisania. Kilka podpowiedziały mi moje bohaterki. Tak, wiem, to czasem brzmi trochę schizofrenicznie.

Niedawno miał premierę film o Michalinie Wisłockiej. W jej biografii jest podobny wątek: Michalina i jej przyjaciółka dzielą się mężczyzną, bo każda z nich ma inne potrzeby. Czy ten temat akurat teraz wisi w powietrzu? Skąd wzięłaś pomysł na tę powieść?

Mamy z przyjaciółkami pisarkami taką teorię, że tematy wiszą w powietrzu. Polityczne, literackie, kulturowe. Świat co jakiś czas dojrzewa, żeby przełknąć albo wypluć z siebie kolejny motyw. Teraz politycznie przełyka różne nacjonalizmy i ksenofobie, oraz, po raz kolejny, falę pogardy dla kobiet. Kulturowo zachłystujemy się popkulturą, która awansowała na salony. A literacko: tak, mam wrażenie, że przy kontruderzeniu tradycjonalizmu, mamy teraz czas, kiedy zaczynamy się zastanawiać się, jaki model życia, rodziny uznajemy za normalny i akceptowalny. Mama, tata i dzieci, odpowie większość. Akurat. Ile takich rodzin widzicie dookoła? Trochę, ale to przecież nie wszyscy. Ja widzę też rodziny, gdzie dwójkę starszych dzieci wychowuje babcia z dziadkiem, a czwórkę młodszych rodzice.  Widzę samodzielne matki, które stają na głowie, by zapewnić dzieciakom nie tylko miłość, ale i względny dobrobyt, i tatusiów, którzy dobrowolnie wycofali się z życia tych dzieci. Widzę rodzeństwa wychowujące młodszych braci, bo rodzice, dajmy na to, zarabiają w innym kraju na życie. A jeśli chodzi o te inne potrzeby: moim bohaterkom nie chodzi tylko o seks. Choć i on jest przecież ważny.

W „Żonach” wiedziałam, jak chcę skończyć tę historię, ale wiele szczegółów narodziło się podczas pisania. Kilka podpowiedziały mi moje bohaterki. Tak, wiem, to czasem brzmi trochę schizofrenicznie.

Bardzo plastycznie opisujesz bliźniak na Żoliborzu, z pięterkiem i ogródkiem. Sama mieszkasz w takim, jak Twoi bohaterowie. Na ile Twoje własne życie inspiruje Cię do pisania?

Czego na pewno jest dużo w moich powieściach? Seriali. Książek. Kobiet. Zwierząt. Polemik z Kościołem, ze stereotypami, z postrzeganiem kobiecości i męskości. Śmierci. Warszawy i wsi. Zapachów i smaków. Urody i szpetoty otoczenia. Ciała, głównie kobiecego. Zupełnie jak w moim życiu.

Dużo moich obserwacji świata, w wielu powieściach tworzę bohaterkę lub bohatera, który jest trochę na zewnątrz rzeczywistości, przez co widzi inaczej i często więcej. W „Sześciu kobietach w śniegu” była to autystyczna siostra jednej z bohaterek. W „Żonach jednego męża” jest nią Tunia, dziewczyna ze wsi, dla której miasto przez pewien czas jest źródłem zadziwień. Potem tą „obcą” staje się Dobrochna, córka moich bohaterów, która sama postawiła się poza nawiasem wydarzeń.

Sama często tak się czuję. To ja jestem tą dziewczyną na imprezach, która siada z boku, i przypatruje się wszystkim, a gdy ją coś zainteresuje, podchodzi, słucha i rzadko się odzywa. Wyspiański też tak miał, dlatego napisał „Wesele”. Bo na imprezie patrzył z boku, z pozycji obcego. To jest bardzo dobra pozycja, pozwala widzieć więcej. Inaczej.

Żony jednego męża 3D

Podpowiedziałaś mi ostatnio świetny serial i świetną książkę. A jaki serial Ciebie ostatnio zachwycił?

Seriale oglądam równie nałogowo, jak czytam książki. Na szczęście również mi za to trochę płacą: piszę recenzje seriali do Polska The Times. Żeby już całkiem nie zgnuśnieć w fotelu, mam sposób na oglądanie: włączam serial i biegnę na bieżni elektrycznej lub kręcę takie wielkie kółko hula-hop z wypustkami. Przyjemne z pożytecznym.

Ostatnio oglądam „Ritę”. Serial obyczajowy. Nie masz pojęcia, jaka to sztuka napisać ciekawą, trzymającą w napięciu historię w miarę spełnionej kobiety, która ma w miarę szczęśliwą rodzinę, a przy tym nie powsadzać tam morałów ani łatwych rozwiązań. Pisanie przy tym krwawego kryminału to budyń z soczkiem. “Rita”, historia duńskiej nauczycielki z nieco pokomplikowanym życiem prywatnym, która jednocześnie jest uwielbiana przez uczniów, to mistrzostwo świata w dziedzinie opowieści. Poza tym jest równie irytująca co charyzmatyczna.

Jesteś dyplomowaną scenarzystką, autorką skryptów do znanych seriali. Czym pisanie seriali różni się od pisania powieści?

Pisanie seriali ma więcej z fajnego przyjęcia: zbieramy się w grupie i wymyślamy innych ludzi i innym ludziom, ile wlezie. Dowcipkujemy, przerzucamy się pomysłami, mnożymy nieprawdopodobieństwa, z czego na ogół ma szansę urodzić się coś ciekawego, jeśli producent pozwoli, a telewizja zaakceptuje. Pisanie powieści przypomina raczej samotne siedzenie w kawiarni. Masz być cicho, w miarę spokojna i nie robić głupich min.

Żartuję. Pisanie powieści to strasznie samotnicza i trudna praca. Należy trzymać się riserczu, a przy tym ruszać wyobraźnią. O ile sprawy riserczu konsultuje się ze specjalistami, to spraw wyobraźni nie ma z kim skonfrontować. Niektóre koleżanki mają całą armię tzw. betariderek, czy też czytelniczek, które weryfikują na bieżąco ich pisanie. Ja nie mam, konfrontuję się sama ze sobą, odkładam książkę na dwa tygodnie, potem sama jestem dla siebie obca, czytam, jakbym nie ja pisała. Z czytelniczkami konfrontuję tekst, gdy skończę historię. Mam kilka osób, którym ufam, których uwagi przed publikacją biorę pod uwagę.

A co jest trudniejsze: pisanie serialu, czy książki?

Dla mnie najtrudniejsza jest nuda i rutyna. Jeśli można raz zająć się serialem, a raz książką, życie jest naprawdę urozmaicone, jak lubię. Rutyna paraliżowała mnie przy moich kolejnych pracach na etat. Po roku, gdy wchodziłam w te same drzwi o tej samej godzinie u boku tych samych ludzi by zasiąść przed tym samym biurkiem i robić to samo co wczoraj, chciało mi się wyć. Choć wiadomo, czasy nie są zbyt przychylne dla ludzi, którzy żyją z pisania słów, więc trzymałam się tych moich etatów, ile miałam sił. Ale nigdy mi ich nie starczyło na dłużej niż trzy lata. To na ogół idzie w parze: więcej wolności za cenę mniejszej pewności finansowej. Teraz mam więcej wolności.

*

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.