Trzy i pół filmu w 3D

Nie lubię 3D. Mój mózg, ani serce nie rozumieją po co kamień rzucany w Alicji w Krainie Czarów Tima Burtona przelatuje mi koło ucha. I dlaczego kwiaty w ogrodzie Gatsby’ego w filmie Wielki Gatsby rosną obok mojego fotela. Przecież w tych historiach nie chodzi o kamień, ani o kwiaty. Film, który oglądam wciąga mnie tak mocno, że nie potrzebuję nic więcej, a już zwłaszcza obrazkowych dopalaczy łamiących zasadę perspektywy, a także niestety kompozycji kadru. Wystarczy mi historia opowiadana za pomocą obrazów ze światła na wielkim ekranie, w ciemności. Film jest tak mocnym medium, że nie potrzebuje efekciarskich gałązek wyrastających z ekranu. To, że patrzę na postacie, które mają cztery metry wzrostu, albo tej wielkości twarz aktora mój mózg (i Wasz także)  zrozumiał dopiero niedawno, czyli niewiele ponad sto lat temu…

Nie lubią 3D też moje oczy. Potrzebuję kilku minut, żeby naprawdę rozumieć obraz, a nie wyłącznie czuć, że to obraz przestrzenny.

Ale nie pisałabym o tym, gdyby nie wyjątki. Które są tak mocne i tak dla mnie poruszające, że tylko dzięki nim jestem w stanie na amen pozbyć się niechęci do 3D. Trzy filmy artystyczne i jeden fabularny. Bez 3D byłyby prawdopodobnie niemożliwe, a na pewno bardzo… płaskie.

Tancerze z zespołu legendarnej choreografki Piny Bausch dla Wima Wendersa (film Pina) zatańczyli swoje słynne układy w przestrzeniach miasta Wuppertal. Technika 3D służy, żeby wzburzyć jedwab sukni tancerek. Zbudować autentyczną głębię na scenie, gdzie artyści tańczą w strugach wody. Pokazać niezwykłą plastyczność ich ciał. Czasem stopionych w jeden mechanizm, czasem odrywających się od grupy w samotnym, idywidualnym performance. No i miasto, w którym powstał i miał siedzibę Tanztheater, Teatr Tańca Piny Bausch – dziwny, po niemiecku dosłowny i jednocześnie zaprzeczający sobie samemu Wuppertal. 3D służy rozszerzeniu przestrzeni w sensie metaforycznym i dosłownym. Daleko do kamienia rzucanego w widza, prawda?

Podobnie kamery 3D wykorzystało sześciu reżyserów w cyklu krótkometrażówek Świątynie kultury 3D. Każdy z filmów zrealizowany niezależnie, każdy przez innego reżysera, pokazują najważniejsze, a czasem najbardziej tajemnicze budynki, w których mieszczą się obiekty kultury, ale nie tylko. Znowu Wim Wenders tym razem filmuje Filharmonię Berlińską, Robert Redford wchodzi w każdy zakamarek niezwykłego Instytutu Salka w Kalifornii, a także w każdy zakamarek umysłu projektujących budynek architektów. Michael Madsen pokazuje więzienie w Norwegii, Michael Glawogger Bibliotekę w Petersburgu, Margreth Olin niezwykłą Operę w Oslo, a Karim Ainouz moje ukochane Centre Pompidou.

Budynki mówią własnym głosem (tak pisany jest komentarz), albo głosem swoich twórców. Za każdą architekturą stoi człowiek, niby to banalne, ale dzięki 3D staje się zrozumiałe na zupełnie innym poziomie. Cienie, myśli, głosy, obrazy nakładają się na siebie tworząc przestrzeń, w której jednocześnie dzieją się rzeczy, o których dotychczas można było tylko pisać. (Wydaje mi się, że właśnie czytanie jest czynnością przestrzenną).

Czytanie, pisanie, przestrzeń, wszystko naraz, konteksty, pictureporn to mogłyby być hasztagi najlepiej określające kino Petera Greenawaya.

Do tej pory nie widziałam niczego lepszego w 3D, niż jego krótkometrażowy film Just in Time promujący portugalskie miasto Guimaraes starające się o miano Stolicy Kultury 2012. Kilkaset lat historii, codzienności, wielkości i małości, sztuki, biesiady, świętości i grzechu, rozpusty, piękna, bogactwa i biedy. Naraz. Zakamarki starych uliczek otwierają się i przechodzą w pałacowe krużganki, każdy fragment muru jest Księgą, Greenaway wreszcie mógł zawiesić w powietrzu swoje ukochane napisy, których tyle wymalował dotąd w swoich filmach, czasem maczając pióro we krwi. Tu już nie ma ofiar, nie ma tych napuszonych pretensjonalności, którymi czasem płacił za swoją pasję do umieszczania pisma w kadrze. Słowa są szeptane i pojawiają się w powietrzu, jak pisane czarodziejskim atramentem, ożywają, płyną. W powietrzu unoszą się też pyłki, lśnienia, a czasem wyroki inkwizycji. W sennym leniwym świetle portugalskie miasteczko otwiera się wgłąb, miesza czasy i opowieści, nadkłada je, tańczy z nimi. Oglądając ten zaledwie kilkunastominutowy film czułam fizyczną przyjemność. I mam podejrzenie, że 3D wynaleziono po to, żeby Peter Greenaway mógł robić swoje filmy w pełni.

A co z kamieniem lecącym w stronę Alicji w Krainie Czarów? Przeleciał i spadł obok fotela, gdzie rośnie krzew z ogrodu Gatsby’ego. Prawem grawitacji, czy też raczej jej totalnego złudzenia, jakie próbuje nieporadnie naśladować przeczące grawitacji ze swojej natury kino. Po filmie Grawitacja kręciło mi się w głowie jeszcze przez kilka godzin. I mimo, że wolę oddać 3D artystom, to tutaj ten jeden wyjątek. Tak, jeden wymiar to za mało, żeby pokazać niekończącą się przestrzeń kosmosu. I w Grawitacji 3D wykorzystano mistrzowsko. Nienachalnie. Zgodnie z naturą obrazu i opowieści.

Może po prostu 3D najlepiej czaruje w filmach, w których jest jakaś… głębia?

just_in_time-greenaway_2-itok=gZPn2AeD

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

foto: Peter Greenaway, Just in Time

foto: Wim Wenders, Pina

 

2 Comments
  • Dorota
    Lipiec 1, 2014

    W ,,Alicji …” 3D jest dla mnie ważne. Zawsze zastanawiałam się co czułabym spadając do dziury, teraz wiem, byłoby fajnie.

    • A. Hayter
      Lipiec 10, 2014

      Passager de la pluie — to film, rzekomo inspirowany owym fenomenem spadania. Bardzo go lubię.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.