Stacja Warszawa. Felietony miejskie. Oblężenie

 


OBLĘŻENIE

Prorocy natchnieni corocznym raportem biblioteki narodowej wieszczą koniec czytelnictwa. Zawstydzeni wydawcy już od lat nie podają nakładów w stopkach. Elektroniczne ustrojstwa pokroju kindla wygryzą papier z rynku. Internet przejmuje młodych i już zaczyna walczyć z telewizją o rząd starszych dusz. Nic tylko lec w trumnie i czekać na kres świata Gutenberga. Bo kto za pięćdziesiąt lat, ba, za dekadę przejmie się wsteczniakiem, cywilizacyjnym niedorozwojem z antykwarycznym woluminem pod pachą? Bradbury straszył, że książki będą palić, a one mogą odejść po cichu, zmielone na celulozową pulpę i co najwyżej jeszcze raz, ostatni, wykorzystane z pluskiem w celach czysto higienicznych.

Jakże zaskoczyć może czytelniczego czarnowidza znalezienie się na pierwszej linii walki z wtórnym analfabetyzmem. Nie chodzi tu o propagandowe stanowisko w Instytucie Książki a podjęcie pracy w księgarni należącej do jednej z dominujących na rynku sieci. Wyobraź sobie, że przyszło ci stanąć oko w oko z barbarzyńskim wrogiem na wyjątkowo trudnym odcinku frontu – w największym w dzielnicy centrum handlowym. Twoje okopy usypano vis-à-vis wyjścia z hali ogólnospożywczej, wiec osiem godzin dziennie słyszysz popiskiwanie dwudziestu kas, urozmaica je zapętlona playlista handlowego radiowęzła. Wiązanka pięciu przebojów i rasowy muzak okraszony reklamą wewnętrzną.

Projektant instalacji wentylacyjnej wzbogacił księgarski lokal o niespotykany element zmysłowy, za regałami montując wyjście przewodów z sąsiedniej restauracji. Dzięki temu rozwiązaniu kubki smakowe poszukiwacza gorących książkowych nowości pobudza aromat wieprzowego ragoût zmieszany z ostrą wonią grochówki. Badany przez bibliotekę narodową przedstawiciel rubryki „czytałe(a)m tylko w szkole na studiach, później przestałe(a)m czytać” przypadkiem, wiedziony zmysłem powonienia, zawędrować może do miejsca, o którego istnieniu zapomniał, które przypomina mu strach związany z obowiązkową lekturą. Zapach smażonej na złoto cebulki może zniwelować lęki, wzbudzić dobre skojarzenia. Pobudzić czytelnicze zmysły.

W walce wspierać cię będzie nie tylko bogaty asortyment, arsenał dźwięków i zapachów, ale również identyfikacja z korporacyjną armią, którą przyjdzie ci reprezentować. Dostaniesz mundur, podkoszulkę w firmowym kolorze, której barwy, razem ze zgrabnym motto na plecach, zapalą twojego ducha do walki o wspólną sprawę – zadowolenie klienta.

Na front przybywasz z bagażem wątpliwości, czarnych myśli podsycanych przez raporty czytelnictwa i komentarze przejętych publicystów. Wydaje ci się, że zastaniesz pustynię noszącą ślady dawno zakończonej wojny, nad którą wiatr unosi wyrwane z dzieł klasyków kartki. Ale kiedy tylko zajmujesz pozycję w progach twojego fortu staje grupa gimnazjalistek. Węszą w dziale młodzieżowym tak naprawdę polując na „new adult”, o które trochę wstyd zapytać. Co jakiś czas szepczą do siebie pikantne fragmenty przeglądanych książek. Chichrają doceniając literackie wybory koleżanek. Milkną, gdy za regałem pojawiają się przedstawiciele brzydszej części klasy. Ich mężczyźni przyszli tu po kolejne tomy serii przygodowych, które zaczęli czytać w wieku jeszcze chłopięcym i przywiązani do nastoletnich bohaterów nieśmiało pytają o kolejne tomy. Za nimi do księgarni wkracza licealista, ugruntowane poglądy, poważne hobby, od razu zmierza do ciebie i pyta o nieznaną ci pozycję z katalogu opracowań wyklętych. Szukasz wspierając się internetem, bez skutku, więc wskazujesz znane ci grzbiety w działu HP (historia polski). Niestety oczytany przedstawiciel klasy maturalnej wszystkie już zna, dziękuje i wychodzi. W ciągu godziny nawiedza cię też grupa amatorek literatury romantycznej i ze cztery pary zaawansowanych emerytów o wyjątkowo szerokich zainteresowaniach. Do połowy swojej wachty przeżywasz jeszcze najazd czytelników w wieku 1-6 ze wsparciem rodzicielskim lub dziadkowym. Ojcowie chcą dla swoich pociech wznowień tego, co czytano im u schyłku komuny (nie masz na składzie, ale przynajmniej wiesz, o czym mówią), pstrokato odziane matki pragną książeczek o kupie, cycku i siurasku. Najgorsze są babcie, wbrew twoim specjalistycznym radom, żądające wydania wierszyków Chotomskiej czytelnego dla ich 12 miesięcznych wnusiów.

Kwadrans przerwy. Żujesz kanapkę na zapleczu i rozkoszujesz się krzesłem pod pośladkami. Masujesz łydki po czterech godzinach spędzonych na stojąco, polityka firmy – księgarz to nie sprzedawca, na służbie nie wolno mu siedzieć. Nadchodzą wątpliwości, czy po całym życiu spędzonym na podnoszeniu średniej czytelnictwa w Polsce zasłużyłeś na minimalny żołd? Podsłuchałeś, że ci na kasach w ogólnospożywczym zarabiają o 5 więcej za godzinę. Książki! Myśl o książkach. To nie praca, to misja. Wojna o ukochany przedmiot, najlepsze, co dała ci cywilizacja. Jesteś krzyżowcem literatury, wojownikiem słowa pisanego. Za dziesięć lat kręgosłup pęknie od stania, ale to poświęcenie warte lepszej sprawy. Do boju!

Wróg, jakby wyczuwając w tobie słabość, wysyła hordy barbarzyńców zaopatrzonych w mrożone przysmaki. Na nieszczęście w sąsiedztwie twojego fortu znajdują się aż dwie lodziarnie. Miłośnicy tego przysmaku rzadko coś kupują, czas potrzebny na skonsumowanie trzech gałek zabijają krążąc wśród regałów i przeglądając grzbiety. Kolejna grupa to spragnieni, ci już czytają i często kupują, wcześniej stawiając puszki na stosikach książek wystawianych tak jedynie dla ich wygody.

– Przepraszam, ale z napojem nie można – zawracasz uwagę.

-Dlaczego?

– Bo się rozleje.

– Jak się rozleje to zapłacę – odpiera atak majętny czytelnik dodając elokwentnie pytanie: – A wie, jakie jest prawdopodobieństwo, że się rozleje? – Nie wiesz. No nie wyliczysz. Tyle lat studiów, ale nie ten kierunek. Ścisły myśli, że wygrał, bo ty musisz z nim grzecznie. Przepraszasz jeszcze raz, prosisz i najmocniej jak możesz zaciskasz szczękę. Łaskawca wychodzi. Ty tracisz klienta, firma utarg a książka ewentualnego właściciela. Ale wchodzi następny, bez Coli, podwójnych pistacjowych czy gofra, podbiegasz i wypełniasz rozkaz dowództwa. Powitanie: – Dzień dobry! – Zajęcie pozycji w bezpiecznej odległości od celu i odczekanie w milczeniu jednej do trzech minut. Następny atak: – Może w czymś pomóc? Coś doradzić?

– A jak ty mi możesz doradzić? No, co? Słucham!

– Może kryminał…?

– Nie lubię.

– Reportaż?

– Za głupie.

– Historia?

– Nie chcę. No i co, i z czym ty do mnie? Po co się pyta?

Uciekasz z grymasem zadowolenia na ustach. Chowasz się za kolejnym klientem, którego raczysz obowiązkowym: „Dzień dobry. W czymś może pomóc?” I przypominasz sobie życie przed handlem, własne uniki, żeby umknąć pogoni, uciec sklepowej upierdliwości. Teraz wiesz. Wstydzisz się dawnego spojrzenia, gromów słanych oczami na idiotę, który się dwa razy pytał. Idiotę, któremu kazali, kierownik mu patrzył na plecy. Kierownik, któremu regionalny codziennie przypominał w mailach, bo i regionalnemu na szkoleniu przykazał specjalista oczytany w dziale HR-biznes-porady.

Mija kilka miesięcy oblężenia. Wchodzi klientka. Widzi tylko ciebie. Podchodzi i pyta:

– Zeszyty takie kolekcjonerskie, z piłkarzami… z naklejkami to są?

– Niestety, nie u nas, w kiosku, obok.

Klientka rozgląda się wokół, nagle odkrywając, że jest w księgarni. Uśmiecha się tak odrobinę szyderczo i pyta:

– A te książki warto jeszcze? Ludzie to kupują?

Nie odpowiadasz w myślach wyjmując zza lady największe działo i oddając wyimaginowany strzał do wszystkich, którzy grzebią książkę za życia.

 

Towarzyszkom broni z KS 162.

PIOTR JEZIERSKI

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.