Stacja Warszawa. Felietony miejskie. Mantra na betonie

MANTRA NA BETONIE

tekst: Piotr Jezierski

W lecie Warszawa już nie jest pusta. Nie tylko turyści uzupełniają wakacyjny ubytek mieszkańców. Przyjeżdżają poznać miasto przyszli studenci pierwszego roku, którzy po zakończeniu kilkuletniej nauki podążają dalej warszawską ścieżką kariery. Zjawia się nowy narybek pracowników, który już za rok na pytanie: – Skąd żeś? – odpowie: – Warszawiak! – Kiedyś latem przybywało wolnych miejsc parkingowych. Teraz, jak w zimie, człowiek się kręci niczym osiedlowy patrol na tropie pijanego kota. Załóżmy, że urlop masz już za sobą, czeka cię lato w mieście, pełne ulice, knajpiany gwar, zapchane kina, kolejki w restauracjach i zalanie potem albo wodą z kapryśnego nieba. A ty chcesz zniknąć. Zatopić się w ciszy. Zapomnieć o ludziach. Urwać z gwaru nie opuszczając granic miasta.

Na pewno nie znasz opowiadania „Miejsce na widoku”. Prawie cały nakład autor trzyma w piwnicy. Piętnaście lat temu napisał je studencina rozdarty między Borgesem a Ballardem. Było o niejakim Andrzeju, młodym mężczyźnie, który poddał się tajemniczemu rytuałowi. Zaopatrzywszy się w prowiant usiadł w okręgu wyrysowanym na środku świętokrzyskiego chodnika. Kręgu omijanym przez wszystkich przechodniów. Oddając się medytacji, zaczął dostrzegać zmiany – czas wolniej płynął. Trzeciego dnia obudził się w tym samym miejscu, po środku chodnika i wszechświat spełnił jego największe pragnienie. Zmęczony ludźmi znalazł się w Warszawie, w której nie było żywego człowieka. Takie „Jestem legendą” tylko bez potworów. Równoległa rzeczywistość zastawiona dekoracją stolicy.

Na Świętokrzyskiej odcięcie może być niemożliwe, chyba że na dachu dostatecznie wysokiego budynku. Ale na obrzeżach miasta już łatwiej. Marzy ci się miejsce, o którym zapomniał czas i człowiek, gdzie przyroda rozsadza betonowe zwłoki miasta? Jest ranek. Wsiadasz na rower. Jedziesz Górczewską, prawie do końca, kiedy widzisz ostatniego McDonalda stolicy skręcasz w prawo. Mijasz trasę, obwódkę miasta i docierasz na WAT. Tam gdzie Lazurowa zamienia się w Kaliskiego znajdujesz najwyższy budynek wojskowego kampusu, na dole restauracja, dzisiaj nieczynna, gruntowny remont. Przed lokalnym drapaczem chmur skręcasz w lewo i dalej, przed siebie. Z boku miga kantyna oficerska, potem dzielnicowe sądy, stacja benzynowa, hale z betonu, mijasz tory (spokojnie, najwyżej jeden pociąg dziennie) i są, maleńkie domki jednorodzinne. Przez głowę przemyka, że fajnie tu żyć, ale po chwili odkrywasz, że strasznie to małe, wielkości twojego mieszkania. Właśnie wtedy słyszysz pierwsze strzały. Odruchowo zwalniasz i pochylasz głowę. Na ogrodzeniu po prawej dostrzegasz tabliczkę „Wstęp wzbroniony. Strzelnica wojskowa” i zwiększasz nacisk na pedały. Pod koniec Kocjana dostrzegasz schronienie, skręt w prawo kusi gastronomią w dworku, niby miejsce dobre na letnie wytchnienie, ale i tu strzelają. Może później, na kawę po medytacji.

Wjeżdżasz w las. Rezerwat Łosiowe Błota. Przeczesujesz wzrokiem pobliskie krzaki, a oczyma wyobraźni widzisz cwałujące bydlę z porożem. Dopiero po chwili orientujesz się, że żaden duży ssak ci tu nie grozi. Za blisko ludzi. Sprytny deweloper i tutaj wystawił jednorodzinne klony. Masz je po lewej, ale skręcasz w prawo i dajesz prosto – aleją wśród drzew, jak najdalej od nowych trendów w architekturze mieszkaniowej.

Najpierw kusi piknik na pobliskiej polanie. Potem niepokoją tytułowe błota, a nuż łosie czatują w tataraku. Nagle ścieżka skręca w lewo i wiedzie wzdłuż torów, za którymi kwitnie mały kompleks przemysłowo-badawczy. Droga się kończy a ty znowu dajesz w lewo i trafiasz na wyeksploatowaną ścieżkę zdrowia. Nie rób przysiadów i pompek z instrukcji, zignoruj drążki i równoważnie, kuszą, ale cel jest zbyt blisko. Kończy się lasek i wyjeżdżasz na wielką polanę. Na pierwszy rzut oka mnóstwo tu pagórków porośniętych krzaczorem i mikrymi drzewkami. Gdy dostrzegasz zgliszcza zabudowań gospodarczych zdajesz sobie sprawę, że to nie pagórki, a wzniesione ludzką ręką betonowe kloce, przykryte pierzynką trawiastej ziemi i chwastów wysokości człowieka. Mijasz milczących rowerzystów, wyraźnie już po sesji wyciszenia. Główną drogą, w lewo i na końcu w prawo. Uwaga, na ziemi płyty, masz cienkie oponki to lepiej bestię prowadzić. Jesteś prawie u celu.

Jeśli płynie w tobie krew odkrywcy wejdź do piętrowych ruin po lewej, masz szansę zobaczyć prace miejscowych artystów graffiti. Po prawej otoczone ziemnym wałem olbrzymie garaże. Na czołgi czy wojskowe ciężarówki? Kto wie? Teraz liczy się piękno ich rozkładu, to jak pełznie po nich brzezina a do środka zakrada się pokrzywne zielsko. I tutaj w ruch poszły farby w spray’u, choć w nieco mniej uzdolnionych rękach. Masz pełen pęcherz? Garaż zaprasza. Spokojnie, tutaj nikt nie zobaczy. A jak się zbliży to najpierw usłyszysz. Ale twoim celem nie była betonowa grota, w której tylko szukać pierwotnej rodziny, przyciąga cię szczyt wzniesienia. Wspinasz się wałem do góry i stajesz w jednym z najwyższych miejsc w okolicy. Wokół łąki i pagórki z betonu. Siadasz na odpowiedniku kamienia – wylocie garażowej wentylacji. Oddychasz głęboko i nasłuchujesz. Z lasu docierają ptasie trele. Wiatr muska liście. Brak głosu człowieka, wybiło wszystkich, jesteś ty i zarośnięte chwastem ruiny. Z zakamarków wewnętrznego archiwum docierają pojedyncze nutki ścieżki dźwiękowej „Stalkera”. Czujesz to, co bohaterowie filmu Tarkowskiego. Tu jest bezpiecznie, w tym miejscu gdzie jesteś, bo już krok obok czeka pułapka. To Zona, strefa opuszczona przez ludzi, niebezpieczna, ale i pełna pozaziemskich skarbów. Rozglądasz się. Czujesz ten spokój milczącej przyszłości? Myślisz o Prypeci. Zmieniasz rolkę z filmem na postapokaliptyczną klasykę. Może cię tu dopaść zmutowana krowa, ale przynajmniej nie boisz się ludzi, wyginęli. Jesteś tylko ty i to, co zostawili po sobie przodkowie. Ostatni człowiek na betonowym tronie. Pora wznieść puchar, mały termos z kawą, dla koneserów papieros. Tylko z ogniem ostrożnie, bo nie każda flora chwyta na betonie i sporo pod nogami uschniętych badyli.

Tło dźwiękowe stosowne, w ustach przyjemny smak, do pełni wyciszenia przydałaby się mantra. Słowo, które pomoże osiągnąć ostateczny spokój. Odwagi, weź je z najbliższego otoczenia. Nie myśl o znaczeniu, użyjesz tylko brzmienia. Wpada ci w oko stosik kruszonego betonu. – Gruz! – brzmi doskonale. Zaciągasz się mocnym „grrr”, na wydechu długie „uuu” i kiedy płuca są już prawie puste finiszujesz – „zzz”. Powtarzasz kilka razy i na sercu lekko jak po trzech zdrowaśkach.

Nagle zgrzyt, jakby ktoś potrącił gramofon odtwarzający soundtrack z podkładem do Czubówny. Irytujący dźwięk narasta. Dochodzi od drogi wjazdowej. Niszczy równowagę wypracowywaną przez ostatni kwadrans. Jest jak osiedlowe koszenie traw akurat wtedy, kiedy masz dzień cichego domatora. Buczenie podkręcane przez barbarzyńskich jeźdźców. Kojące requiem dla odchodzącego świata zamieniło się w nowe średniowiecze. Jednak nie jesteś ostatnim człowiekiem na ziemi. Najeżdżają mechaniczne rumaki – prześladowcy Mad Maxa. Dlatego świątynię odosobnienia trzeba odwiedzać jak najwcześniej, około południa zaczynają gwałcić ją dzicy. Wracasz do roweru. Ruszasz główną ścieżką widząc przemykające między wałami motocykle. Niektóre wspinają się na wzgórza. Wyją, rwą kołami trawę, cuchną petrolem. Umykasz leśną ścieżką. Są coraz dalej. Odzyskujesz spokój. Powoli pedałujesz znajomą alejką wśród drzew. Wracasz do miasta, gdzie zgiełk, ale choć trochę uporządkowany. Nie chaos jednośladów ryjących postapokaliptyczny krajobraz. Budynki stoją prosto a zieleń – kontrolowana pnie się w górę. I masz plan, kolejne zadanie – znaleźć nowe miejsce odosobnienia. Bliżej centrum, w środku miasta. Może skoczyć przez płot gdzieś między Chłodną a Grzybowską i poszukać wytchnienia na cmentarnym placu po miejskim browarze? Miejscu pamięci amatorów „Królewskiego” robionego jeszcze w stolicy (brakuje samochodowych nalepek z napisem „Browary Warszawskie – Pamiętamy!”). Trzeba się spieszyć, bo deweloper już knuje. Za dwa lata tam gdzie stały zbiorniki z chmielową brzeczką wyrośnie sześciopiętrowa enklawa dobrobytu.

Zobacz inne felietony z cyklu: Stacja Warszawa

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.