Przed ostatnim odcinkiem True Detective

Nie mogę się pogodzić z drugim sezonem True Detective. Jutro ostatni odcinek, a ja ciągle nie wiem, dlaczego jest tak źle. I ciągle mam nadzieję, że to się jednak zmieni, że jakaś jedna scena nada jeszcze temu sens. Małe szanse. Przez pierwszy sezon Detektyw był jednym z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek oglądałam. Melancholijny, ironiczny, metafizyczny, subtelny. Pomysł, żeby drugi sezon opowiadał zupełnie inną historię, z innymi bohaterami, więc też obsadą, wydawał się odważny, ale intrygujący. I tyle. To co w poprzedniej serii nadawało głębi, budowało tajemnicę, zostało doprowadzone do skrajnej przesady, ujednoznacznione, przegięte. Przychodzi mi do głowy porównanie z przyprawą, która dodana subtelnie sprawia, że danie jest mistrzowskie, ale dosypana bez wyczucia czyni potrawę niezjadliwą.

image

Co jest tą przyprawą? Na przykład to, że jest tak wielu głównych bohaterów. Ich historie są super mocne, ale nie wykorzystane. Nie da się wykorzystać tak wielu tak mocnych historii w ośmiu odcinkach. Poza tym, jak wiadomo, jeśli mocnych akcentów jest za dużo, to znoszą się wzajemnie i przestają działać. W mieście Vinci dzieje się dosłownie wszystko: korupcja władz, morderstwa, orgie z eskortami, ciężkie narkotyki i ciężkie diamenty o najrzadszym szlifie. Hippisowskie sekty, najkoszmarniejsze traumy z dzieciństwa, przekręty finansowe z udziałem mafii rosyjsko-izraelskiej, obojętność (przyzwolenie?) FBI. Morderstwa prostytutek w chacie ukrytej w lesie, trup z wypalonymi kwasem oczami, szantaże, domowe porno. W planie bliskim – każdy z głównych bohaterów ma tak czarne kartoteki, że wystarczyłoby tego na pięć różnych seriali.

true.detectiveJuż sam inspektor Ray Velcoro (Colin Farrell) ma mocną historię: jego żona została brutalnie zgwałcona, ale potem urodziła dziecko, którego oboje bardzo chcieli, więc Ray uznał je za swoje. Jak diabeł z pudełka pojawił się jednak biznesmen z mroczną przeszłością, Frank (Vince Vaughn) i podpowiedział Ray’owi kto zgwałcił jego żonę. Ray zabił podejrzanego, nie tylko z zemsty, ale ze strachu, że kiedyś wyda się, że to nie jego dziecko. Tej historii nawet nie ma w serialu, są do niej aluzje. Od chwili, kiedy porządny detektyw Ray schodzi na złą drogę, wszystko mu się posypie. Będzie próbował wrócić, desperacko, ale to się nie może udać, ten sezon Detektywa jest jeszcze bardziej starotestamentowy, niż poprzedni. Inny detektyw, Paul Woodrugh (Taylor Kitsch), którego los połączy z Ray’em przy wspólnym dochodzeniu, dramatycznie próbuje wejść na drogę porządnego ojca i męża, tłumiąc homoseksualizm i posuwając się do ostrej przemocy, byle utrzymać pozorne status quo. Jest jeszcze Ani Bezzerides (Rachel McAdams), która z kolei tłumi prawdę o sobie, córce guru hippisowskiej sekty, która przeżyła w dzieciństwie koszmar. Za dużo.

Za dużo jest też ciemności w kadrze, cieni skradających się w każdym ujęciu, ukradkowych spojrzeń, niepewnych przestrzeni. Muzyka, jak z filmów Lyncha sprzed 20 lat, sugerująca, że zwykły, stojący w jadalni stół, sofa i dwa krzesła też mogą stanowić zagrożenie, że za nimi na pewno coś się kryje. Nie bardzo jednak wiadomo, co. Dopisywanie grozy każdej scenie, kiedy tak dużo wydarza się w sferze fabularnej, to jest już barok. I brak stylu. Chwilami jest tak gęsto i strasznie, że nie sposób się tym przejąć.

image image

Mocny kontrast wobec pierwszej serii, w której najprawdziwsi detektywi Rust Cohle i Martin Hart smętnie snuli się po bezdrożach Luizjany, ocierając się zaledwie o ukryte pod tkanką zwykłej Ameryki, koszmary. Ale za to ocierali się tak, że szły dreszcze. W drugim sezonie Matthew McConaughey i Woody Harrelson pojawiają się w tyłówce tylko jako producenci i może już powinni wrócić przed kamerę. Tylko jak, skoro chyba zginęli w ostatnim odcinku pierwszego sezonu. Chyba, bo do końca tam nic nie było jednoznaczne. Coś mi mówi, że jutro bohaterowie drugiego sezonu zginą całkiem dosłownie.

Szkoda tak wielkiego potencjału, zwłaszcza, że pojedyncze historie są naprawdę dobre, a wizja gnijącej rzeczywistości zwyczajnie ciekawa. Wszystko się rozpada, głosy są stłumione, myśli zamroczone pitą litrami gorzałą. “Słoneczna Kalifornia” pokazywana jest głównie w nocy, w cieniu, jakby od podszewki. W oczach łzy, nawet najwięksi twardziele siłą powstrzymują się, żeby nie ryknąć płaczem. Demony w ich głowie gadają głośniej od nich. Wszyscy tak bardzo chcieliby być dobrymi ludźmi, ale nie są, bo pobłądzili w słabościach. Największą tajemnicą pozostaje jednak dlaczego tak dobry serial okazuje się tak zły. Może nakręcą ten sezon jeszcze raz? 😉

image

 

foto: stopklatki z czołówki, świetna grafika plus song Leonarda Cohena. 

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.