Peron 8

STACJA WARSZAWA – FELIETONY MIEJSKIE

PERON ÓSMY

Peron – zapowiedź podróży. Czuć tu napięcie, radosne oczekiwanie na to, co zaraz się zacznie – przygoda, ruch, nowe światy za oknem. Czas zawieszony, oddany czytaniu albo nie zawsze chcianym rozmowom. Peron – miejsce spotkań z bliskimi. Wychodzenia po starego wuja, babkę, dziewczynę z Krakowa. Radość przybycia gościa z daleka. Eksplozje uczuć, świeże plotki a często prezenty, bo przecież w gości nie wypada z gołymi. Czasem peron jest naznaczony nerwami, bo znowu się spóźnia. Szczególnie w zimie, na mrozie, bolesne są komunikaty rosnącego opóźnienia. Nikotynista ma lepiej, ukradkiem osłodzi oczekiwanie, paląc fajka na końcu dworcowej wiaty, żeby SOKiści nie widzieli. Jest też peron zwiastunem rozłąki, nie tylko przez wspomnienie Cybulskiego, ale i wszelkie zesłania, rozpoczęte na znajomych dworcach a kończone w dalekich, zimnych albo i rozgrzanych krajach.

Mamy na Woli taki peron, nad którym unosi się duch Grabińskiego, klasyka kolejowej grozy. Peron, przy którym zatrzymać mógłby się jego pociąg widmo. Dojście do niego wieczorową porą, to wstęp do odcinka „Strefy zmroku”, szczególnie, jeśli nie jesteś miejscowy, a z Zachodniego musisz sprawnie dotrzeć na odległe Płudy. Jedziesz dajmy na to z Katowic, wysiadasz na szóstym peronie i sprawdzasz rozkład jazdy, telefon ci mówi, że konieczną przesiadkę wykonasz na ósmym. Schodzisz do przejścia i kusi cię zerknięcie na atrakcje dworcowych podziemi: piwo w upstrzonym retro śmieciem barze „Na luzie”, prasówka archiwów na wyprzedażowym straganie czy skorzystanie z toalety, w której Szulkin mógłby kręcić „Koniec cywilizacji II”. Ale nie, ty się spieszysz, bo wysiadasz, co prawda w Płudach, ale cel twój w Henrykowie, o którym miejscowi mówią, że to przecież Białołęka. Stoisz w korytarzu, na dole schodów, po prawej masz peron piąty, po lewej siódmy, więc ruszasz w stronę, w której trzymasz widelec.

O dziwo za siódmym brakuje ósmego. Na wprost są schody, więc wchodzisz. Na górze drzwi i ulica, małe rondo, jakieś tory za nim. Ale wszystkie zajęte przez zdezelowane składy. Jeszcze raz sprawdzasz telefon – jak byk, „ósmy”. Wracasz do podziemi, czując powiew niezwykłości, może jakoś umknęło ci wejście na ostatni dworcowy peron. Zdarza się, że nie poznajesz bliskich na ulicy, odkrywasz nagle magiczną uliczkę, która wyrosła z boku twojej codziennej trasy do pracy, tak samo i tutaj, głupie przeoczenie. Ale nie, szósty, siódmy i cięcie, schody. Rodzi się groza, na razie leciutko puka cię palcem w plecy, odwracasz się i nikogo nie ma, tak jak ósmego peronu. Rozglądasz się po ścianach i szukasz informacji. Oczywiście, jest. Cała rozpiska, jak dojść, którędy, ze strzałkami. Śmiejesz się w duchu z własnej nieuwagi. Zgroza odchodzi. Świat znowu jest swój, obcy dworzec bezpieczny, jak przedsionek maminej chałupy. Raźno wchodzisz po schodach, patrząc na mijanych ludzi, którzy być może widzieli twoją małą panikę. Ach, głupota. Już wiem, prosto i na lewo.

Wychodzisz przed budynek i ruszasz raźno przez parking, ale już w jego połowie wracają wątpliwości. Następny peron? Tak daleko od dworca? Patrzysz na dziwny budynek przed sobą, spodek wiszący kilka metrów nad ziemią, prowadzi do niego oszklona klatka schodowa. Dziwadło buduje nastrój jarmarcznej niezwykłości, wygląda jak betonowa wersja „fali”, kultowej karuzeli z czeskiego wesołego miasteczka. W „Facetach w czerni” właśnie takim przybyli pierwsi goście z kosmosu.

Według informacji musisz iść uliczką, która znika za ogrodzeniem lądowiska spodka. Jest późno, więc nikt nie podąża tą drogą. Nikt razem z tobą nie zniknie w cieniu ścieżki między torami. Ale ktoś przecież może już tam być. Czyhać. Miarowo dyszeć i świecić szklanym okiem. Jest tabliczka – „Peron 8 (140 metrów)” a poniżej „Al. Prymasa Tysiąclecia (300 metrów)”. To niedaleko, do tego zaraz za ósmym jest ulica. Nie ulica, a cała aleja. Do tego Prymasa, Wyszyńskiego, strażnika sacrum. Jego osoba uświęca ścieżkę, jest bezpiecznie. Przecież na drodze do błogosławionego męża nie wyskoczy Ci diabeł. A może właśnie tutaj powinien kusić? Dosyć – odganiasz głupie myśli i raźno wkraczasz w półmrok. Byle dojść do latarni, w jej kręgu dostrzegasz nie tylko siatkę po lewej, która zlewa się w jedność z krzakami, ale też wzniesiony za pasem błota po prawej betonowy mur. Przeskakujesz kałużę i patrzysz przed siebie. W oddali latarnie oświetlają jakieś drzewa. Ciągnie się żółta poświata wzdłuż jakiś przewodów.

To pewnie peron, ósmy, tak mówiła rozpiska. Kolejna latarnia oświetla szereg niskich budynków. Światło migocze. Widzisz garaże. Na ich ścianach kulfony graffiti. Pewnie za rogiem się czają. Gang zdziczałych dzieciaków, żerujących na zagubionych podróżnych. Łapią, grabią i gwałcą, bez względu na płeć, naiwnych idiotów, którzy łyknęli, że ósmy peron istnieje. Kawałki ciał swoich ofiar wrzucają do pustych wagonów jadących po śląski węgiel. – Boże, żeby nie przyszło mi iść między garaże – modlisz się w duchu i odkrywasz kolejny drogowskaz. Prowadzi na peron. Podbiegasz. Mały slalom, bo niskie ogrodzenie nie pozwala ci po prostu wejść na tory, zmusza do spojrzenia we wszystkie strony. Nic nie jedzie. Droga wolna. Kilka kroków i jest, peron ósmy. Jak marzenie. Zagubiony między kępą drzew a kolejowymi barakami. Trochę jak dworzec w Dąbrowie. Właściwie mógłby być wszędzie w Polsce, gdyby nie szum dobiegający od strony Prymasa. Cywilizacja, samochody, ludzie. Jeśli dzikie dzieci wynurzą się nagle zza krzaków i zdezelowaną motorynką zaczną kręcić bączki na peronie, to czmychniesz między drzewa, w kierunku wybawienia, wielkiej drogi.

Cisza! – mówisz sobie, żeby opanować nerwy. Peron jest pusty. Nie ma tu nikogo. Ani diabła, ani jego pomiotu. Stoisz samotnie i czekasz na pociąg. W nadziei, że pojawi się nim z mroku wyjdą kolejne potwory. Nim zza wiaty wyłoni się kulawe zombie wskrzeszonego kosyniera, nim drezyną nie nadjedzie ofiara kolejowej kraksy z 1916 (ten rok wypisano sprayem na starym wagonie zaparkowanym po drugiej stronie torów). Jest. Zbliża się wybawienie. Kiedy wjeżdżają wagony nie rozglądasz się na boki. Zerkasz tylko czy numer pociągu się zgadza. Wsiadasz do jasnej przestrzeni, która zaprasza ciepłem, kolorem i wygodnym siedzeniem. Zaraz, bilet! Kasujesz i siadasz.

W wagonie prawie pusto. Tylko kobita z siatami na samym przodzie. Pociąg rusza. Żegnasz zwyczajny, szary, odarty z niezwykłości peron ósmy. Znowu śmiejesz się z siebie, siły wyobraźni. Wyjeżdżasz ze „Strefy zmroku”, zakrywasz „Black Mirror”, koniec odcinka, za oknem przesuwają się już tylko napisy. Opierasz wygodnie plecy, wyjmujesz z torby gazetę i… pociąg staje. Tak raptownie. Patrzysz za okno. Drzewa i stare budynki z czerwonej cegły, pamiętają czasy, kiedy kładli tu tory. W oknach firanki a za nimi ciemno. W wagonie też gaśnie światło. Jako tako widzisz, bo za oknem ulica, przy której rosną latarnie. Patrzysz na współpasażerkę. Stara baba ma rogi, a jej siaty długie, tyczkowate odnóża.

Piotr Jezierski, marzec 2017

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.