Parada grzeszników (21). Zakończenie

 

W POPRZEDNICH ODCINKACH: Wars, Jacek i Krzysiek biorą udział w spotkaniu z przedstawicielem tajemniczego gracza.  Wars dowiaduje się, że są prześladowani przez syna człowieka, do którego śmierci przyczynił się trzydzieści lat wcześniej. W trakcie spotkania dochodzi do strzelaniny, Krzysiek zabija nękającego go bandytę. Okazuje się, że stojącym za wszystkim graczem jest chłopak Natalii, niestety udaje mu się uciec. Krzysiek oddaje się w ręce władz. Wars bierze zakładnika – prowadzącego spotkanie mężczyznę w garniturze. Wymienia go za teczkę byłego opozycjonisty, który ma mu pomóc wyciszyć sprawę i zadbać o bezpieczeństwo najbliższych. W tym samym czasie umiera matka Natalii i Jacka.

 

ODCINEK 21

Leżał na pryczy i zaciskał oczy. Żałował, że tak samo nie może odciąć też innych zmysłów. Uszu nie zakrywał, bo obawiał się, że współtowarzysze mogą uznać to za gest niechęci. Udawał, że śpi. Ale przez nozdrza wdzierał się smród spoconych mężczyzn. Było niemiłosiernie gorąco. Żeberka kaloryfera w celi były nagrzane tak mocno, że dzień wcześniej szczęśliwi posiadacze kiełbasy kładli na nich zawinięte w papier pętka i grillowali. Wtedy przynajmniej roznosił się zabijający fetor potu zapach letniego pikniku. W celi było ich czterech i wcale nie było tak źle jak sobie wyobrażał. Koledzy traktowali go z szacunkiem, bo po bloku poszła plota, że siedzi za zabójstwo. Raz go pytali, ale nie powiedział wymigując się słowami: – Niefortunny zbieg okoliczności. – Dali spokój. Poczęstował ich potem czekoladą i wynikające z niedomówień napięcie uleciało. Dzielił się też fajkami, bo dostał od Warsa paczkę z trzema kartonami Cameli. Baron dołączył do niej kartkę z lapidarnym: Robimy dla Ciebie co możemy. – Podpisał ją „Przyjaciele”, ale Krzysiek wiedział, że to od niego.

Wezwali go na przesłuchanie. Męczyli pytaniami o zajście na Marywilskiej. Chciał oszczędzić Helenie upokorzenia, więc nie powiedział, że zabił łysego z zemsty za taśmę. W ogóle nic nie mówił o tej sprawie. Na przyszłość przygotował sobie śpiewkę, że znalazł się na Marywilskiej przypadkiem, że to było w obronie własnej. Pistolet znalazł na ziemi. Coś takiego. Jeszcze nie opracował szczegółów, ale akurat za tę zbrodnię nie czuł się winny. Śledczy darł mordę, wyzywał. Wtedy Krzysiek się zdecydował, że opowie, ale nie o sprawie, która interesowała funkcjonariusza, ale przyzna się do tego, co tyle lat męczyło sumienie. Kiedy zaczął policjant aż usiadł, nie spodziewał się wypłynięcia tak starego tematu. Nie przerywał, kiedy aresztant ze szczegółami opisywał wydarzenia, które doprowadziły do śmierci dziewczyny w mazurskim lesie. Kiedy skończył śledczy o nic więcej nie pytał. Powiedział tylko, że sprawa Marywilskiej nie ujdzie mu płazem, a teraz muszą zrobić przerwę. Zostawił go samego w pokoju przesłuchań i już nie wrócił. Klawisze zabrali go z powrotem do celi. Kilka godzin później znowu go z niej wyciągnęli. Powiedzieli, że ma widzenie z adwokatem. Zdziwił się, bo od początku powtarzał, że nie chce prawnika. Pomyślał, że to Wars kogoś przysłał, żeby dopilnować milczenia. W sali odwiedzin przywitał go tłusty jegomość w znoszonym garniturze. Rozmowa była krótka. Mężczyzna poinformował go, że reprezentuje Halinę. – Żona występuje z pozwem o rozwód ze względu na zdobyte kompromitujące materiały – zapamiętał jego słowa. Dostał do podpisania papiery. Jedyne, co był w stanie wydukać prawnikowi to: – Później. Muszę pomyśleć. Chcę z nią…

– Pana żona nie życzy sobie żadnych z panem kontaktów. Spotkacie się tylko na sali rozpraw.

Krzysiek zasmucony wrócił do celi i położył się udając, że śpi. Wałkował w głowie reakcję Heleny na otrzymane nagranie. Przeklinał skurwysyna, który za wszystkim stał i jeszcze się mścił, mimo że jego gra się posypała. Potem skupił się na sobie. Odkrył, że nie jest wściekły. Ogarniał go spokój. Nareszcie nie wisiał nad nim cień starego grzechu. Szykował się do kary, zapewne wysokiej, ale chciał ją przyjąć z pokorą, należało mu się. Nie dziwił się też żonie, po tym, co zobaczyła mogła sobie pomyśleć najgorsze. Pewnie nie przyjęłaby do wiadomości prawdy – tego, że został wrobiony. Miał tylko nadzieję, że do pozwu nie dołączy nagrania. Zaraz wyszłoby na jaw, co łączy go z łysym bandytą i śledczy naciskaliby, żeby ujawnił sprawę graczy. Skapowaliby się, że kręci, czegoś nie mówi. Nie chciał nikomu komplikować życia, czekał tylko na zasłużony wyrok.

*

Na pogrzeb matki przyszło sporo ludzi. Zdziwiła się, bo w ostatnich latach jej rodzicielka nie miała zbyt wielu znajomych. Do tego z nieba siąpił lodowaty deszcz. Barbara dała Natalii jakieś środki uspokajające. Dziewczyna zażyła jeden, bo nie chciała rozbeczeć się nad trumną. Lekarstwo było mocne. Całą mszę w brudnowskiej kaplicy, marsz do grobu i chowanie trumny przeżyła w lekkim letargu. Zagadywały ją ciotki. Coś tam gdakały koło ucha, zanosiły sie płaczem, a ona nic. Właściwie ich nie słuchała, udawała pogrążoną w cierpieniu. Tylko nad grobem przyszło jej do głowy, że to żart losu, myślała że matkę jeszcze lata zabierać będzie choroba, a ona odeszła na atak serca. Umarła we śnie naszprycowana prochami, które farmakologicznie wywoływały fazę spokoju. Może lekarz dał za dużą dawkę? Nie chciała dochodzić. Stało się. Odeszła. Z kondolencjami rzuciła się najpierw najbliższa rodzina. Jacek też znosił to dzielnie. Natalia pomyślała, że pewnie też coś łyknął. Następna fala chcących wyrazić ubolewanie żałobników, to były w większości nieznane jej twarze. Między nimi przewinął się Petro. Prawie go nie poznała w eleganckim płaszczu. Gdzieś pod koniec tego korowodu ciotek, wujków, bliższych i dalszych znajomych podszedł do niej ten, z którym przez ostatnie dni nie zamieniła ani słowa. Miał zaczerwienione białka i minę zbitego psa, ale patrzył jej prosto w oczy.

– Jest mi strasznie przykro, przez to wszystko… że ona… – cedził Wars próbując znaleźć odpowiednie słowa. – Wiem, że…

Natalia nachyliła się do jego ucha i wyszeptała ze złością, która ją samą zdziwiła: – Znajdź tego skurwysyna, który nam to zrobił. Znajdź i przyprowadź… albo przynieś mi jego głowę. – Potem się wyprostowała i czekała na reakcję ojca. Wars przytaknął i przepuścił do niej następnego żałobnika. Bez słowa uścisnął rękę Jackowi. Po chwili jeszcze zerknęła w kierunku, w którym odszedł. Stał teraz pod drzewem, wyglądał na wściekłego i ożywionym szeptem dyskutował z jakimś staruchem, którego wzięła za dawno niewidzianego wuja.

*

Wychodząc z cmentarza Wars był psychicznie wykończony. Doświadczył skrajnej huśtawki nastrojów, od wzruszenia i strachu po wściekłość. Najpierw przeżywał kondolencje, które musiał złożyć swojej córce. Przygotował sobie kilka zgrabnych zdań, powtarzał je w myślach stojąc w kolejce do osieroconych dzieci. Wszystko się posypało, kiedy spojrzał na jej pełną złości twarz. Przez chwilę myślał, że powtórzy na pogrzebie cios, który wymierzyła mu u Jeleny. Ale nie, była twarda, pomyślał, że podobna do niego, kiedy był w jej wieku. Prośba była jak najbardziej zrozumiała, zresztą i bez niej był gotów przeczesać każdą dziurę na świecie, żeby dopaść Adama. Dopóki był na wolności zagrażał im wszystkim. Już wiedzieli, w jakim kierunku odleciał, analizowali teraz możliwe przesiadki. Wars stanął pod drzewem, obok tłumu nieznanych sobie żałobników. Nagle jeden z nich ruszył w jego kierunku. Z początku nie rozpoznał osłoniętej parasolem twarzy.

– Wars? – powiedział głos, który natychmiast wyprowadził go z równowagi.

– Co…! – powiedział tak głośno, że uraził uszy stojącej obok staruszki. Kobieta uraczyła go złowieszczym spojrzeniem, więc kontynuował już szeptem: – Co tu robisz skurwielu? Nawet tego dnia nie możesz uszanować?

– Wars, ja… ja przyszedłem, żebyś… żebyście wiedzieli, że naprawdę jest mi przykro… – powiedział Mietek patrząc błagalnie na Warsa. – Wybacz mi, to…

– Co? Przeprosisz i kolejny człowiek zmartwychwstanie? Z nią nie będzie już tak łatwo jak ze mną. Jak to naprawisz?

– Chcę pomóc. Obojętne jak… Powiedzmy… ruszyło mnie sumienie. Niewiele już mogę popchnąć wasze poszukiwania, ale jeśli jakoś… w jakiś sposób… czegoś potrzebujecie, pomogę.

– Kurwa, teraz? Jak musiałem wycisnąć od ciebie papiery Karolka?

– Tak! Teraz… Wcześniej, wcześniej było… wszystko było inaczej.

Wars nie pytał, co się zmieniło, nie chciał wiedzieć. Miał dosyć tego żywego trupa. Ale wiedział, że jego pomoc może się jeszcze przydać. Miał plan. Jeśli Adam był tam gdzie myślał, to już wiedział jak go załatwić. Potrzebna była tylko pomoc kogoś, kto ma dojścia poza granicami kraju… A właściwie bardzo daleko stąd. Jeśli to prawda, że zaledwie sześć kontaktów dzieli nas od dowolniej osoby na świecie, to Mietka dzieliły pewnie ze trzy.

– Dobra. Jest coś, czego potrzebuję. Będzie sporo, drogo i daleko stąd.

*

Natalia zapięła pasy i czekała aż samolot wystartuje. Nie lubiła latać. Zawsze się bała ilekroć koła odrywały się od nawierzchni lotniska. Tak samo było przy lądowaniu. W powietrzu czuła się odrobinę lepiej. Nie potrafiła tego wyjaśnić. Widziała dziesiątki filmowych scen, w których samoloty rozbijały się na skutek zderzeń, detonacji bomb, przypadkowych eksplozji i dekompresji. Nie ruszały jej. Ale kiedy siadała w fotelu wracały. Czekając aż ustaną lekkie wstrząsy starała się nie patrzeć za okno. Podjarany Jacek na fotelu obok aż piszczał wskazując jej widok za oknem.

– Zobacz, no spójrz. Weź nie peniaj.

– Odwal się – dopowiedziała kierując wzrok na magazyn trzymany na kolanach. Starała się odciąć od otoczenia i skupić na nowym romansie napompowanej lafiryndy grywającej epizody w serialach. Normalnie przerzuciłaby stronę, ale teraz wpatrywała się w nabrzmiałe usta celebrytki.

– No, co ty? Tyle czekałaś, żeby się ruszyć, żeby się akcja zaczęła, a teraz sikasz ze strachu przed lotem przez Atlantyk…?

– Nawet mi nie przypominaj, że to będzie tyle trwało – zacisnęła wilgotną dłoń na gazecie.

– Jak pierdykniemy w powietrzu, to zaraz będziemy z mamusią…

– Kurwa, Jacek, czy dla ciebie nie ma żadnej świętości! Matka…

– Spoko, przepraszam. Myślałem, że miesiąc wystarczy na żałobę. Ale widzę, że ty jeszcze z rok będziesz obolała.

Byli w powietrzu. Mogli rozpiąć pasy. Natalia tego nie zrobiła. Zamierzała siedzieć przypięta do chwili lądowania. Chyba, że zachce się jej siku.

– Jacek, słuchaj, zamienisz się z Warsem na miejsca? Chciałam z nim chwilę pogadać.

– O! Przełom? – chłopak podniósł się z siedzenia i spojrzał na siostrę. – Ale widzisz, jest jeden problem…

– Jaki?

– No, nie wiem, czy przeciskać się tyłem czy przyrodzeniem do ciebie. W gruncie rzeczy, mimo że siostra, to jednak jesteś kobietą… – Jacek uśmiechnął się złośliwie.

– Przestań pierdolić. Wiem, z jakiego to filmu.

– Chciałem sprawdzić czy ci pamięć nie szwankuje. – Zaczął wychodzić do przejścia przodem do Natalii. – A wiesz co było zaraz po tej scenie?

Przypomniała sobie samolot widowiskowo rozrywany w powietrzu. Wysysanie ludzi na zewnątrz razem z fotelami. Raz do roku spotykali się, żeby obejrzeć ten film, ich ulubiony, jak miała nie pamiętać? – Chujek z ciebie – mruknęła do pleców brata, który już zmierzał do siedzącego przed nimi Warsa. Pochylił się i przez chwilę coś mu szeptał. Potem staruszek wstał a Jacek zajął miejsce obok Petra. Baron zmierzał do miejsca obok niej. Minę miał niepewną, jak zwykle, to znaczy taką miał od miesiąca, zawsze, kiedy ją widział.

– Chciałaś porozmawiać – nie wiedziała czy mężczyzna stwierdza, czy pyta.

– Tak, siadaj – wsunęła się jak najbardziej mogła w fotel. Wars przecisnął się tyłem do niej. Zajął miejsce Jacka i spojrzał na córkę.

– Chciałam… No, trzeba to oczyścić… to miedzy nami. Tak się dalej nie da. Mimo tego, co zrobiłeś… a właściwie, czego nie zrobiłeś jako ojciec… – Szukała słów, mimo że przygotowała się do tej rozmowy. – Nieważne. Pomagasz mi teraz jak nikt by nie potrafił. Widzę, że się starasz. Znalazłeś go. Zgodziłeś się, żebym z wami leciała, mimo że sama wiem, że to niebezpieczne.

– Nie przyszło mi to łatwo.

– Wiem. Myślałam o tym, co czujesz. Ale zrozum, nie potrafię tak po prostu przejść do normalności. Zwyczajnie uznać, że odzyskałam ojca i zacząć nadrabiać stracony czas. Tego się nie da… przynajmniej ja nie potrafię.

– Więc…?

– Poczekaj, daj dokończyć, bo zaraz zapomnę jak chciałam to powiedzieć – uśmiechnęła się lekko. – Na razie uznajmy, że jesteś obcym dla mnie facetem, którego poznałam miesiąc temu… któremu musiałam zaufać… Powiedzmy nowym znajomym, pomocnym, nie wiem, trochę może przyjacielem? Przyjaciel to za mocne słowo… – Odłożyła gazetę i położyła dłoń na jego przedramieniu. – Wars, chcę powiedzieć, że ci dziękuję za to, co robisz i zaproponować może dziwaczny układ. Uznajmy, że zaczynamy znajomość bez tego, co było. Wcześniej się nie znaliśmy, co zresztą w moim przypadku jest prawdą, w każdym razie tworzymy coś nowego i na pewien czas zapominamy o przeszłości. Może za kilka miesięcy opowiemy sobie o tym, co się działo, jak ciebie nie było… Powiem kilka przykrych słów, powspominamy i jak się da… wyczyścimy, ale nie teraz. Okej?

– Okej – odpowiedział wyciągając prawą rękę. Natalia uścisnęła jego dłoń.

– No dobra. A teraz musisz mnie zagadać jakąś ciekawą historyjką, bo panicznie boję się latać. Będziecie chłopcy na zmianę odwracać moją uwagę od tego, że jesteśmy w powietrzu.

– Przez dwadzieścia godzin?

– Z przerwą we Frankfurcie. Wtedy zamykam się z flaszką w kiblu.

*

Zaparkował przy końcu Emiliano Zapaty, droga zakręcała w tym miejscu w lewo, ale dalej nie było już przejazdu. Jeszcze chwilę został w samochodzie i patrzył na okolicę. Uważał, że jego dom jest najładniejszy przy ulicy upamiętniającej swoją nazwą meksykańskiego rewolucjonistę. Zaraz za syfnym murowanym ogrodzeniem rosło drzewo osłaniające gałęziami dwupoziomowy dom. Przez chwilę patrzył na betonowy mur i zastanawiał się czy go nie pomalować, sąsiedzi mieli całe ogrodzenie pokryte wściekło zieloną farbą. Nie – stwierdził – taki dom na końcu ulicy nie rzuca się w oczy. Znika wśród różu i błękitu okolicznych budynków. Nie zależało mu na utrzymaniu reprezentacyjnego charakteru swojego nowego lokum. Najważniejsze było, że po drugiej stronie ma bezpośrednie zejście do morza. Mieszkał teraz przy wrotach prowadzących z zatoki meksykańskiej do morza karaibskiego i mógł całymi dniami obserwować przepływające nimi statki. Lubił to. Dawało mu to namiastkę spokoju, uczucie, że gdyby tylko zaszła taka potrzeba mógłby szybko znaleźć się na jednym z opływających Amerykę Środkową liniowców. Dom był trochę zaniedbany, już go odgruzował i teraz szykował się do malowania ścian. Pośrednik nieruchomości trochę go oszukał. Marzył o domu nad morzem, bo chciał mieć prywatny pomost, kupić łódź i pływać po okolicy łowiąc ryby, których rozmiar przyprawiłby polskich wędkarzy o zawał serca. Ale okazało się, że pomostu niema, a pozwolenia nie da się załatwić, łodzie trzymało się w marinie po drugiej stronie wyspy, dziesięć minut na piechotę. Już oglądał kilka używanych żaglówek, jedną nawet wypróbował podczas rejsu z właścicielem do Cancun.

Drugim oszustwem agenta nieruchomości było zatajenie tego, co kryło się za murem sąsiada. W niedzielne poranki czuł się jak w domu na Pradze, dzwony waliły wzywając meksykańskie staruszki na pierwszą mszę. Nie widział kościoła z okien i szybko się przyzwyczaił, szczególnie, że tłumy spieszące na późniejsze kazania nie przewalały się uliczką Zapaty a położoną w głębi zabudowań aleją Perimetral Oriente, główną arterią tej części wyspy. Otrząsnął się i sięgnął do schowka po portfel. Zajrzał do niego sprawdzając czy w sklepie nie posiał karty kredytowej, od kilku tygodni non stop sprawdzał takie rzeczy, bo wyrobienie nowych dokumentów na nazwisko Maksim Aleksandrowicz Chołodkowski nie byłoby łatwym zadaniem w tej części świata. Papiery były mocne, legalne. Teraz był rosyjskim emigrantem. Język znał bardzo dobrze, choć rodowity mieszkaniec Petersburga rozpoznałby w jego mowie obcą nutę. Na szczęście tutaj potrzebował jedynie hiszpańskiego, a z myślą o rozwoju wypadków, do którego doszło miesiąc temu, wkuwał ten język już od roku. Potrafił się dogadać z każdym sąsiadem, poległby pewnie dopiero na wnikliwej analizie ostatniego filmu Iñárritu, ale tutaj ludzie żyli raczej barwną karierą Irán Castillo niż zagranicznymi sukcesami autorów wyszukanych dramatów. Dużo się dowiedział o gwiazdkach meksykańskiego show biznesu latając po kanałach miejscowej telewizji.

Wysiadł z samochodu. Z bagażnika wyjął torbę z zakupami i ruszył do domu. Idąc przez mały ogródek zastanawiał się jak często trzeba podlewać rosnące w nim grubo listne krzaczki, zdecydował się zapytać sąsiada, od kiedy tu był z nieba nie spadła ani jedna kropla deszczu. Wszedł do środka. Położył zakupy na blacie kuchennym. Schował co trzeba do lodówki i wyjął z niej butelkę rumu. Zamierzał w jego towarzystwie złapać ostatnie promienie zachodzącego słońca. Musiał się spieszyć, wieczór był tu dużo krótszy niż w Polsce. Trzy kostki lodu z zamrażalnika i już był gotowy. Wszedł do salonu, otworzył wielkie szklane drzwi prowadzące na taras i usiadł na stojącym za nimi krześle. Całe niebo było lekko czerwone, chmury miały fioletowy odcień, nie widział słońca, bo taras wychodził na wschód, ale wystarczyło mu morze. Pociągnął łyka ze szklanki i błyskawicznie zrobiła się noc, nawet nie zdążył pomyśleć o przyczynie natychmiastowego zaćmienia, bo stracił przytomność.

*

– Widzisz synu… Mogę tak do ciebie mówić? Prawie zostałem twoim teściem. Rozumiem twoją potrzebę emigracji w tak… trudnym momencie życia. Byłem w podobnej sytuacji. Ale nie pomyślałeś o jednym. Żeby przez całe życie nie oglądać się przez ramię trzeba było wysadzić swój samochód z jakimś trupem w środku, czy na oczach świadków rzucić się z Giewontu, nie zapominając przypiąć się linkami do skały. Pozorowanie śmierci to pewnik, przedstawienie, w które warto zainwestować. – Wars przestał spacerować w tę i z powrotem i zatrzymał się, żeby przypalić papierosa od żarzącego się patyka, potem wrzucił go z powrotem do ogniska. – A ty lubisz przedstawienia. Ale zdaje się nie chciałeś tego robić? Chciałeś, żebyśmy mieli świadomość, że kiedyś wrócisz… że dokończysz swój wyszukany spektakl.

Adam starał się poruszyć rękami. Bez skutku. Przykrywały go kilogramy piasku. Był nieprzytomny przez przynajmniej godzinę, bo wykopanie dołu musiało zająć trochę czasu. Z piasku, jakieś dwa metry od małego ogniska, wystawała tylko jego głowa. Wars pierdolił o przedstawieniu a sam zadał sobie sporo trudu, żeby udramatyzować ich spotkanie. Zakopany mężczyzna wiedział gdzie się znajduje, od razu rozpoznał swoją małą, schowaną wśród skał plażę. Tego miejsca nie było widać z okien sąsiada, a w kościele nikogo o tej porze nie było. Wiedział, bo kilka dni wcześniej zabrał tutaj dziewczynę z baru.

– Jak mnie znalazłeś?

– Zanim zwinąłeś manatki zostawiłeś kilka śladów. Wygrzebałem je ze śmietnika.

– Kurwa!

– Wiem, że może się pospieszyłem z odwiedzinami, bo i tak chciałeś do nas wrócić – powiedział Wars i znowu ruszył, tym razem chodząc wokół ogniska.

– Po co? – wyszeptał, po czym splunął piaskiem, który zgrzytał mu między zębami.

– Słucham?!

– Po jaką cholerę miałbym tam wracać? Już sraliście ze strachu… Wystarczy… – Wciąż miał problemy z zebraniem myśli, oprócz głowy, w którą dostał na tarasie, bolał go też kark, od unoszenia brody, żeby widzieć twarz kata swojego ojca. Patrzenie z poziomu gruntu na chodzącego w kółko rozmówcę było cholernie trudne.

– No i kłamiesz. W teczce pod podłogą miałeś schowane te oto bilety. Zabukowany lot, za dwa miesiące. Maksim Aleksandrowicz Chołodkowski to teraz zdaje się ty? – Wars pokazał mu paszport i bilety. Te ostatnie zaraz wrzucił do ogniska. Rosyjskie dokumenty przeglądał jeszcze przez chwilę. Potem położył je tuż przed nosem Adama. – To jeszcze ci się przyda.

– A co? Myślisz, że się dogadamy? – znowu próbował poruszyć kończynami, bez skutku. – Co masz do zaoferowania, żebym zapomniał i dał spokój?

– Nic synu. Mogę cię zwyczajnie zajebać… – Starszy mężczyzna zatrzymał się przed wystającą z piasku głową. Adam przełknął ślinę i spojrzał mu w twarz. Zamiast oczodołów widział tylko ciemne plamy, Wars stał teraz tyłem do ogniska. – Widzisz, nawet mieliśmy tu małą dyskusję. Ktoś chciał, żeby cię zabolało. A podobno mężczyźni dzielą się na dwa typy, takich, co chronią jaja i tych, co najbardziej boją się o oczy. Uznaliśmy, że ty jaj już nie masz. Dlatego z piasku wystają oczy. – Wars zamilkł na chwilę. Po czym ruszył w następne okrążenie wokół ogniska. – Spokojnie, będą ci jeszcze potrzebne. – Wyrzucił kiepa do ogniska i wyciągnął następnego papierosa. Nie zapalił tylko trzymał go w ustach. – Przez chwilę było mi cię żal. Miałeś pecha na samym starcie. Najpierw ojciec, potem pierwsza, skrywana miłość stracona przez Krzyśka. Jemu mógłbyś już dać spokój, płaci za wszystko, sam przyjął karę. A ja? Wiesz, myślałem o twoim ojcu. Zrobiło mi się przykro, kiedy usłyszałem, że zginął. Nie chcę się tłumaczyć, że to był wypadek. Mogłem lepiej zadbać o jego bezpieczeństwo. Ale wiesz, ziemia mi się wtedy paliła pod stopami, nie dopilnowałem. A dlaczego? Bo uciekałem przed takimi skurwielami jak ty. Nawet byłbym w stanie ci odpuścić. Dać spokój. Nie gonić przez pół świata i czekać, aż przyjdziesz wyrównać długi. Ale ty zagroziłeś moim najbliższym. Pośrednio przyczyniłeś się do śmierci bliskiej mi osoby. Nie chciałeś się zemścić, chciałeś żeby jak najwięcej osób poczuło to, co ty, stratę. I nie wierzę, że się zmienisz. Do końca swoich dni będę żył z ciężarem tego, co zrobiłem tamtej zimy twojemu ojcu… Tylko czy to coś zmienia? Czy uznasz, że wyrównaliśmy rachunki? Dasz spokój mojej córce?

Adam nic nie odpowiedział. Skupił się na najgorszym, na tym, co mu zrobi. Czy wypali oczy rozżarzonym patykiem? Pewnie tak. W zasięgu wzroku nie widział żadnego innego nadającego się do oślepienia przedmiotu.

– Pewnie nie – kontynuował Wars. – Zresztą jak wycenić lata kłamstw, które jej dałeś? Jesteś chory chłopcze. Ja cię może zaraziłem… wywołałem chorobę, ale ona zajęła cały twój mózg. Psa by się uśpiło. Ale co zrobić z człowiekiem?

– Skończ pierdolić i rób co chciałeś – wycedził przez zęby Adam czując, że przemówienie Wars może trwać jeszcze długie godziny. Starszy mężczyzna znowu się zatrzymał i zapalił trzymanego w ustach papierosa.

– Masz rację. Za dużo mielenia, a nic to nie da. Masz jeszcze jedne odwiedziny, potem przejdziemy do finału. – Wars spojrzał gdzieś w ciemność za Adamem i powiedział: – Oto obiecana głowa.

Odszedł nie racząc go nawet pożegnalnym spojrzeniem. Zakopany starał się spojrzeć jak najdalej w bok, udało mu się nawet lekko obrócić głowę. Chciał zerknąć do kogo mówił Wars, kto wyjdzie z otaczających go ciemności. Najpierw zobaczył nogi i to wystarczyło. Znał ten chód, nawet odmieniony przez grząski piasek. Znał te łydki i kolana. Kiedy zobaczył całą postać spuścił wzrok, nie był w stanie patrzeć Natalii w oczy. Dziewczyna podeszła do niego z boku i usiadła na kolanach. Wciąż uciekał ze wzrokiem. Złapała go za włosy i odciągnęła głowę najdalej jak mogła do tyłu. Siedziała tak, żeby jej cień nie zasłaniał jego twarzy. Musiał spojrzeć, ostatni raz, na kobietę, obok której budził się przez ostatnie kilka lat. Niewiele widział w półmroku, ale po chwili dostrzegł odbijającą płomienie łzę.

– Czy ty skurwysynu kiedykolwiek…?

Przez chwilę milczał słuchając dźwięku fal obijających się o pobliski brzeg.

– Tak… Ale nie mogłem… – przełknął ślinę. – …zapomnieć o tym, co zrobił twój ojciec.

Puściła jego głowę i sięgnęła po coś leżącego poza zasięgiem jego wzroku. To była taśma klejąca. Nie protestował, gdy zaklejała mu usta. Potem wstała z kolan i odeszła. Został sam. Poczuł jak kiełkuje w nim żal. Ale zaraz odegnał myśli o Natalii i skupił się na tym, co zawsze pomagało odegnać związaną z nią słabość. Skupił się na Warsie, swoim ojcu, dziewczynie nadzianej na gałąź w mazurskim lesie. Minął kwadrans i kara nie nadchodziła. Nikt nie interesował się jego głową wystającą z piachu. Ognisko dogasało. Ostatnim co zobaczył nim zapadły ciemności był leżący przed nim rosyjski paszport. Miał go na wyciągnięcie ręki. Gdyby tylko mógł ją podnieść mógłby jechać gdziekolwiek, miał pieniądze, siły, zdrowie. Jeszcze kilka godzin temu świat stał przed nim otworem.

Nie wiedział ile czasu spędził w ciemnościach. Przypuszczał, że najwyżej godzinę. Potem pojawił się dziwny dźwięk, rytmiczny, jakby odległe terkotanie. Wydawało mu się, że jakaś postać przemknęła między skałami. Potem druga. Terkot narastał. Źródło dźwięku było całkiem blisko. Nagle pojawiło się mocne światło. Wiszący nad morzem reflektor przeszukiwał plażę. Już wiedział, że to helikopter. W domu, za Adamem, rozległy się hiszpańskie nawoływania i groźby. Jakieś trzaski. Zbita szyba. Całą przestrzeń wokół wypełniło płynące z góry światło. Odgłosy za plecami zaczęły się zbliżać. Nie podniósł głowy, kiedy przed jego brodą zatrzymały się cuchnące grzybem tenisówki. Porośnięta szczeciną czarnych włosów dłoń podniosła jego paszport. Chwilę potem inna ręka, należąca do właściciela zdartych sandałów, strzeliła go z otwartej w ucho. Zajęczał i poruszył głową. Chcieli wiedzieć czy żyje. Helikopter odleciał. Wokół tańczyło światło kilku latarek. Kiedy zrywali mu taśmę z ust spojrzał na tych stojących dalej. Zwyczajni mężczyźni, jak jego sąsiedzi. Kilka piwnych brzuszków. Kilka nieogolonych twarzy. Ze dwóch z karabinami. Nagle błysnęła odznaka. Zaczęli coś do niego mówić, ale nie słuchał. Już nawet pogodził się ze śmiercią z rąk Warsa a wyglądało na to, że przyjdzie mu jeszcze pożyć.

*

Kiedy skończyli z Adamem i zostawili w jego domu kilka rzeczy zapakowali się do wynajętego samochodu. Odjechali dwie przecznice w dół ulicy. Wars wykonał zaplanowany telefon, przez chwilę rozmawiał z kimś po angielsku. Potem czekali. Jakieś pół godziny później na ulicy zrobiło się tłoczno. Obok nich przejechały dwie furgonetki i kilka samochodów osobowych. Potem nad domem Adama zaczął krążyć helikopter. Petro wyciągnął lornetkę. Patrzył przez nią w głąb ulicy. Po chwili wzięła ją od niego Natalia.

– Może to za ostro? – zapytała.

– Rozmawialiśmy o tym. Poza tym, co się teraz dzieje mieliśmy tylko jedno wyjście, ale do tego bym was nie mieszał – odparł Wars.

– Natalia, przestań. Udupiliśmy go. Ma zamkniętą gębę i przeżył – wtrącił się Jacek. – Tylko skąd ty wziąłeś worek koki?

– Nie twój interes.

– Właściwie to mógłbyś powiedzieć – zauważył Petro.

– Powiedzmy, że pomógł skruszony grzesznik, który wszędzie ma znajomości. Zadzwonił, do kogo trzeba. A tutaj nie jest tak trudno dostać to, czego się chce. Chociaż tanio nie było. Tyle niech wam starczy.

– A skąd wiedziałeś, że cynk miejscowym gliniarzom wystarczy? – dopytywał się Jacek.

– Młody. Oni tu wszyscy siedzą na podwójnej pensji. Jak im się zdarzy zgarnąć handlarza, który nie ma pleców w miejscowym kartelu, to im się średnia podnosi. Ponoć sami odpierdalają takie akcje jak im wykrywalność spada.

– I co z nim teraz będzie? – Natalia odłożyła lornetkę i spojrzała na ojca.

– Kilka lat posiedzi. Żaden konsulat się za nim nie wstawi. Kto wie jak się nazywa? W schowku miał jeszcze trzy paszporty na różne nazwiska, żaden nie był Polski. Będzie próbował gdzieś posmarować, ale mamy to. – Wars wskazał torbę z laptopem zabraną z domu Adama. – Wspomniany grzesznik chce położyć na tym łapę, a ja nie będę utrudniał. Chcą się dobrać do jego kasy i wyczyścić konta, z jego komputerem będzie im łatwiej. Podsumowując, przez kilka lat mamy spokój. Ale zdążymy się zabezpieczyć. – Uśmiechnął się do córki. – Będzie dobrze.

– Dobrze? Myślisz, że to przejdzie bez echa? Tyle trupów. Porwania. Szantaże. Matka… Dwóch ludzi w więzieniu… – wymieniała Natalia.

– Dwóch? – zdziwił się Wars.

– No ten… Krzysiek.

– Już załatwione. Jak będzie grzeczny to zaraz wyjdzie, może z czystszym sumieniem.

– Może, to już jedźmy, bo jeszcze nas zgarną. Podejrzanie tu wyglądamy – powiedział Petro przyglądając się przejeżdżającemu obok radiowozowi.

– Racja. Adaś już sobie bez nas poradzi. – Wars zapalił silnik.

*

– No to spóźniłem się kilka lat…

– Kilka? Kilkanaście. Miałeś być w dwutysięcznym. To już cała epoka minęła. Mieliśmy walnąć flaszkę na pomoście, ja się oszczędzałem, szykowałem, a teraz to już gówno mogę. Jedno piwko i to reglamentowane – powiedział Paprocki otwierając puszkę Żywca i zerkając na domek, w którym kryła się jego żona.

– Ale przynajmniej siedzimy na twoim – odparł Wars podciągając trochę żyłkę na kołowrotku. Potem podniósł z ziemi swoją puszkę i stuknął się z przyjacielem. – Za twoją nową hacjendę.

– A, no. Spełniłem marzenie starej, emerytura na Mazurach. Za murowane pod Warszawą starczyło na spory kawałek ziemi. Ona chciała las, ja jezioro i dało się połączyć. Tylko w zimie na palenie sporo idzie.

– A nie chciałbyś kawałka po sąsiedzku odsprzedać?

– Co ty Wars? Na poważnie? Chciałbyś na wiochę? To zaraz ci wszystko ustawimy. Stolarza mamy pierwsza klasa, wykańcza nam tu jeszcze i zaraz by się zabrał za twoje. Ekipę ma pewną. Bo teraz stary, ty może nie wiesz, specjaliści wyjechali, ciężko znaleźć, a Reniek ma złote ręce. Wszystko zrobi, od kołyski po pałacyk myśliwski.

– Tak się tylko zastanawiam. Nie za bardzo wiem co zrobić z resztą życia. Dużo pewnie już nie zostało, ale odpocząłbym. Za dużo tułaczki. Do żywych wróciłem i trza się zorganizować.

– Wiesz staruszku. – Paprocki upił piwa i przetarł spienione wąsy. – Ja wtedy nie łyknąłem, że ty naprawdę nas opuściłeś. Tacy jak ty, co wytrzymali tyle lat na wysokich obrotach, to jakoś zwykle mają szczęście, we własnych łóżkach mrą pod setką.

– Jeszcze tyle lat się męczyć – odpowiedział Wars i oderwał wzrok od spławika. Spojrzał na otoczone lasem jeziorko. Powędrował wzrokiem wzdłuż trzcin na drugim brzegu i zatrzymał się na czerwonym dachu stodoły, która ginęła wśród gałęzi kwitnących jabłoni. – A tam, za jeziorem, to kto?

– Właśnie, nie pomyślałem! Wieśniacy z przysposobienia. Siedlisko, dwa lata wytrzymali, korposy z Warszawy. Rzucili robotę i chcieli bliżej natury. Samozaparcia starczyło na dwie zimy i chcą wracać. Chata na sprzedaż. Ziemi niewiele, ale obejście piękne, remontowane. Wszystko mają. Nawet ogrzewanie podłogowe w kiblu.

– To jedziemy wypytać – Wars odstawił piwo na deski pomostu i już zabierał się za zwijanie żyłki.

– Spokojnie, Wars, nie ucieknie. Najpierw ryba, potem kolacja. Rano. Ty musisz zwolnić. Daj się sobą nacieszyć. Tyle lat niewidziany. Tyle historii do opowiedzenia. A wiesz jak to bywa? Wprowadzisz się na drugą stronę jeziora. Tam rowerem to z pół godziny jazdy. Przestaniemy się widywać. Zamkniesz się w nowym zamku i tylko przez lornety będziemy się lustrować. Ja cię chcę jeszcze przez kilka dni tu pod ręką mieć. Wiesz jak się stara rozruszała…?

– Przecież mnie nie znosi.

– Ona zaczyna się tu już nudzić. A jak sobie pod nosem pokurwi, że jej chłopa rozpijasz, to zajęcie ma. Na długie miesiące gadania. Dzięki temu wie, że żyje.

Wars sięgnął po papierosy. Wyciągnął rękę częstując przyjaciela.

– Nie, dzięki. Browar to ona jeszcze zniesie, ale fajura mi nie wybaczy. Będę jej śmierdział przez miesiąc.

Spławik Paprockiego się poruszył. Lekko zadrżał, potem znieruchomiał i nagle cały zniknął pod powierzchnią wody. Żyłka się napięła. Wtedy mężczyzna podciągnął wędkę i zaczął zwijać kołowrotek. Wars sięgnął po podbierak. Nagle na wędce pojawił się luz. – Zerwała się! – stwierdził trzymający kij.

– Jak to w życiu – odparł Wars melancholijnie i zaczął się lekko uśmiechać. Upił łyk piwa.

– No, tobie jak się zerwie, to akurat wraca.

– Co, że Mała…

– Już nie taka mała.

– No, wyrosła mi córa.

– I myślisz, że wybaczyła?

– Chyba zaczyna rozumieć. Ja myślę, że ona się cieszy z odzyskania staruszka. Szczególnie, że tyle ostatnio straciła. Kurwa, że tego z chłopakiem nie można było inaczej rozegrać, że to musiał być akurat on.

– Trochę ci zalega…

– Zalega? Chłopie, właściwie zabiłem mu ojca. Jak to miało człowieka nie rozjebać? To ja zrobiłem z niego jebanego mściciela. Kiedyś pewnie olałbym sprawę i żył dalej. Ale na starość dopadło mnie sumienie. Zresztą, gdyby to nie był facet mojej córki, gdybym nie widział jak ona cierpi, to pewnie na tej plaży zakopałbym trupa. Dla świętego spokoju. Takie sprawy trzeba zamykać.

– A nie myślisz, że za dużo tych trupów się za tobą ciągnie? Myślę, że i tak niewiele ich z szafy wypadło. – Paprocki podniósł swoją puszkę i stuknął się z Warsem. – Wrzuć na luz, jak to młodzi mówią. Daj sobie na wstrzymanie. – Napili się po łyku. – Osiądź gdzieś. Najlepiej tam po drugiej stronie. Patrz jak trawa rośnie. Ciesz się córką. Młoda jest. Zaraz jej przejdzie. Spotka nowego. Pewnie go sprawdzisz, czy nie ma nic za uszami. A jak wyjdzie, że czysty, bez martwych krewnych, którzy mogą cię łapać za kostki, wtedy to już tylko czekać na wnuki.

– Piękne, ale będzie nas więcej, a Adaś wyjdzie z meksykańskiego kicia naprawdę wkurwiony. Napakowany po latach wpierdalania fasoli i z mózgiem przeżartym metafetą.

– Czym?

– A, nieważne. Masz rację. Wrzucić na luz.

*

Po całym dniu wożenia tyłka po okolicy nareszcie dopadł barowy stołek. Pod dachem, w cieniu, rozkoszował się pomarańczowym drinkiem, w którego wcześniej musiał wyrzucić wielką parasolkę i fikuśnie przystrojoną rurkę. Było za gorąco na mocniejsze trunki, a piwo opłaciłby zgagą, dlatego wybrał babskiego drinka. Bar przypominał sklep z pamiątkami przy świątyni majów, którą odwiedzili kilka dni temu. Ściany pokrywały gipsowe atrapy prekolumbijskich płaskorzeźb. Nad barem wisiał panoramiczny obraz przedstawiający zespół piramid, a wszędzie gdzie nie mieściły się butelki z alkoholem upchano maski, laleczki i proporczyki. Uparła się, żeby właśnie tutaj zrobili przerwę. Sama miała dosyć kilkudniowego maratonu obskakiwania sanktuariów turystycznych pielgrzymek. W Meksyku chciała zobaczyć wszystko, o czym przeczytała w przewodnikach. Nie odpuściła najmniejszej dziury. Zawsze lubiła zwiedzać, ale teraz przeskoczyła samą siebie. Robiła to z zemsty. Pół roku wcześniej zaplanowali wakacje na Nowej Zelandii. Miesiącami gromadziła informacje, rysowała trasy wycieczek, czytała blogi podróżników i nagle, na kilka tygodni przed wyjazdem powiedział jej, że jadą do Meksyku. Wmawiał, że woli klimat, który teraz przeklinał mimo wszechobecnej klimatyzacji. Zapewniał, że ciekawsza kultura, więcej fajnych ruin i sympatyczni ludzie. Nie chciała się zgodzić, ale postawił sprawę na ostrzu noża, zagroził odcięciem środków na remont jej galerii. Zemściła się ciągając go po zadupiach, o których nie wiedzieli nawet miejscowi. Najbardziej się wkurwiła, kiedy zażądał dwudniowego postoju w Cancun. Puściły jej nerwy i powiedziała, że nawet wakacje musi spierdolić swoją ciemną robotą. Wcześniej tylko przypuszczała, że ten kierunek wakacyjnej eskapady nie jest przypadkowy, teraz już wiedziała, że zepsuł jej nowozelandzką przygodę, bo musiał pogadać z kilkoma zarośniętymi typami po drugiej stronie świata. Dolał oliwy do ognia grymasem radości po jej ostatecznej groźbie, że od przyszłego roku wyjeżdżają oddzielnie. Dobrze wiedział, że w następnym sezonie i tak będzie próbowała zaciągnąć go do Maorysów. Pojedzie, jeśli dożyje. Przeszło pół roku temu lekarz dawał mu trzy lata, jak będzie o siebie dbał, a on przecież łoił drinki w każdym hotelu.

Bar był osobnym budynkiem hotelowym, ale jedną ścianę miał otwartą na basen. Ludzi było niewielu, wszyscy bladolicy, jedna rodzina z licznym potomstwem okupującym połowę zbiornika i kilku emerytów opalających kości na brzegu. Jego żona odcinała się od tego towarzystwa zajmując leżak na przeciwnym brzegu. Patrzył na nią przez chwilę i cieszył się, że choć przez chwilę chęć wakacyjnej zemsty zastąpił spokój leżakowania. Za chwilę miał wykonać trudny telefon. Decyzję już podjął, ustawił ludzi. To dlatego kilka dni temu odwiedzili Cancun i właściwie z tego powodu znaleźli się w Meksyku. Musiał spotkać się z miejscowym gliniarzem, z którym współpracował już kilkanaście lat temu, bawił się wtedy w interesy mniej bezpieczne niż rynek spirytusowy. Gliniarz, przydatny podczas zeszłorocznej akcji Warsa, ucieszył się z kolejnego zlecenia na swoim terenie. Ułatwił kontakt z zaprzyjaźnionym klawiszem i pośredniczył w transakcji. Mietek wcale nie chciał załatwiać tego osobiście. Współczesna technika pozwalała zlecić usługę na odległość nie pozostawiając żadnych śladów, ale staruchy nad nim naciskały, żeby dopilnował zamknięcia sprawy. Miał zniwelować element ryzyka, pozbyć się ich dawnego partnera, który zagrał zbyt niepewną kartą i stał się kłopotliwy. Za dużo wiedział o współgraczach i znajdując się w trudnej sytuacji mógł puścić farbę. – Jego gra jest nieprzewidywalna. Giną ludzie, których nie było na liście. Psuje zabawę – słyszał Mietek jeszcze przed akcją na Isla Mujeres. Przekonał ich wtedy, że Wars ze zwierzyny łownej i istotnego zagrożenia stał się pomocnym współpracownikiem, który dobrowolnie oddał wszystkie obciążające materiały. Miesiące debatowali czy tymczasowe rozwiązanie, które było wynikiem akcji Barona jest bezpieczne i postanowili. Mietek wybrał numer znajomego gliniarza.

– Da się zrobić? – zapytał po hiszpańsku.

– Za takie pieniądze? Zawsze – zachrypiał głos po drugiej stronie linii.

– To do dzieła! – odpowiedział podpisując się pod kolejnym aktem zgonu ofiary porachunków w meksykańskim więzieniu.

KONIEC

game over

 

DZIĘKUJĘ

Mojemu przyjacielowi, Piotrowi Jezierskiemu, obdarzonemu piękną wyobraźnią, wyczuciem słowa i atmosfery pisarzowi – za to, że podzielił się z Wami swoją powieścią na blogu Cud Kultury.  Ania

1 Comment
  • Piotr Jezierski.
    Sierpień 13, 2016

    Bardzo dziękuję wszystkim czytelnikom za uwagę, uwagi i wyrazy sympatii – mam nadzieję, że „Parada grzeszników” dała Wam odrobinę kryminalnej przyjemności a zakończenie nie zawiodło. Wyrazy wdzięczności dla Ciebie Aniu za gościnę na łamach „Cudu kultury”.

    Jeśli macie jakieś jeszcze uwagi, wskazówki lub oczekiwania odnośnie dalszych losów bohaterów zapraszam do komentowania. Dziękuję, że towarzyszyliście nam przez te kilka miesięcy.

    Do zobaczenia!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.