Parada grzeszników (20)

Piotr Jezierski

PARADA GRZESZNIKÓW

 

W POPRZEDNICH ODCINKACH: Wars i Jacek przeszukują jedno z mieszkań, których adres dostali od Mietka. Nie znajdują w nich prawie żadnych przydatnych informacji.  W tym czasie Natalia wraca do Warszawy, Petro przywozi ją do domu swojej znajomej – Jeleny. Prześladowcy żądają, żeby Wars razem z Jackiem i Krzyśkiem zjawili się w centrum handlowym na Marywilskiej. Krzysiek ukrywa przed resztą, że jeden z bandytów dał mu broń i kazał postrzelić Warsa. W opuszczonym sklepie dochodzi do spotkania mężczyzn z tajemniczym mężczyzną w drogim garniturze. Wars dowiaduje się, że są prześladowani przez syna człowieka, do którego śmierci przyczynił się trzydzieści lat wcześniej. Krzysiek orientuje się, że spotkanie jest obserwowane przez weneckie lustro. Zamiast zranić Warsa strzela do lustra. Trafia jednego z przestępców.

 

ODCINEK 20

Cichy Rusek już od pięciu minut udawał, że interesują go fabrycznie przetarte jeansy. Kątem oka zerkał na dwóch mięśniaków opartych o witrynę zamkniętego stoiska. Niezbyt skutecznie udawali spokojnych klientów czekających na żony ogarnięte szałem zakupów. Zdradzały ich napięte mięśnie i uszy nasłuchujące co dzieje się wewnątrz zalepionego gazetami boksu. Kiedy odłożył kolejną parę wycieruchów rozległ się strzał. Strażnicy boksu zerwali się rozpoczynając interwencję. Wtedy Petro dał znak dwójce swoich ludzi sprawdzających dotąd działanie resorów w dziecięcym wózku i wszyscy ruszyli w kierunku zamkniętego sklepu. Pierwszego strażnika znokautowali ciosem w potylicę zanim zdążył wejść do środka. Drugiego Petro dorwał już w środku zwalając go do parteru i przykładając do skroni lufę. Dopiero kiedy powalony znieruchomiał napastnik uniósł głowę i spojrzał na to, co dzieje się w pomieszczeniu. Wars wyrywał broń mężczyźnie, który stał nad ciałem mężczyzny z dziurą po kuli na środku czoła.

– Jacek, bierz kamerę i spieprzaj – dyrygował Wars wolną ręką rzucając chłopakowi kluczyki do samochodu. – Petro, zostaw śmiecia swoim i za mną. Ten tutaj – wskazał na Krzyśka – jest z nami.

– Wars, ale to był…! – wrzasnął Jacek, ale nie zdążył dokończyć.

– Spierdalaj stąd! – przerwał mu Baron.

Petro ruszył za Warsem, który już wybiegał ze sklepu świeżo odkrytym tylnym wyjściem. Zamieszanie wykorzystał jakiś koleś w szarym garniturze, który właśnie przeskakiwał leżące na ziemi ciało i starał się wyminąć Rosjanina w zielonym dresie. Nie udało mu się, podcięty legł w drzwiach.

Schował broń za pasek i biegł za znikającym w tłumie Warsem. Ludzie się rozstępowali, jakaś kobieta piszczała, mężczyzna zasłaniał własnym ciałem dziecko. Azjaci wybiegli ze swoich stoisk i krzyczeli coś w dziwnym języku. Tak było aż do zakrętu. Dalej nikt nie zauważył strzelaniny. Huk broni skutecznie wyciszyła melodia z głośników. Tutaj musiał się przepychać pomiędzy klnącymi postaciami. Bał się, że zaraz zgubi Warsa, o wiele lepiej radzącego sobie z wymijaniem tłumu. Na kolejnym zakręcie źle wyliczył ruchy ciała i wpakował się na stojak pełen watowanych kurtek. Legł jak długi przygniatając przerażoną Chinkę. Zanim się podniósł i rzucił kilka przepraszających słów Warsa nie było już w zasięgu wzroku. Nie zbierał rozrzuconego asortymentu. Raźnym krokiem ruszył tam gdzie ostatni raz widział Barona. Kiedy dotarł do jednego z tylnych wyjść z hali targowej dostrzegł postać, która dysząc podpierała ręce o kolana. Podszedł do Warsa i dotknął jego pleców. Czerwony na twarzy Baron spojrzał na niego i powiedział: – Spierdolił skurwysyn!

*

Wars siedział w samochodzie Petra. Z centrum handlowego wyjechali tylną uliczką. Za nimi nikt nie podniósł alarmu. Żaden radiowóz nie pruł na sygnale interweniować podczas strzelaniny. Z tyłu, pomiędzy dwoma mężczyznami w dresach, kulił się mężczyzna, którego nos uwalony był w zakrzepłej krwi. Posoka pokryła szary garnitur ciemnymi plamkami.

– Co się tam kurwa stało? – Petro nie wytrzymał pełnej napięcia ciszy.

– Mieliśmy pogadać z tym panem z tyłu, wyjaśnić nieścisłości, a skończyło się egzekucją…

– Tego łysego?

– Miała być moja, ale szczęśliwie, ktoś nie wytrzymał napięcia i rozpierdolił jednego od nich.

– Jezu, Wars, teraz będziemy mieli gliny na karku.

– Zdarza się. Teraz w lewo, potem w prawo i za kanałkiem znowu lewa – instruował Baron.

– Zdarza się, kurwa, łatwo ci powiedzieć, ty nie żyjesz.

*

Jacek zatrzymał samochód w umówionym miejscu. Stara droga, po prawej drzewa, po lewej kanał Żerański. O tej porze nikt się tu nie kręcił. Zajrzał do schowka i podziękował Bogu, że Wars zostawił w nim paczkę papierosów. Drżącą ręką zapalił. Z kieszeni kurtki wyciągnął pomiętą kartkę i zaczął czytać przekleństwami komentując treść wiadomości. Potem wysiadł. Zgasił papierosa i za plecami zobaczył światła nadjeżdżającego samochodu. Ignorował go do chwili, kiedy tamten się zatrzymał. Wtedy się obejrzał, rozpoznał Warsa na fotelu pasażera i ruszył do nowo przybyłych.

– Kurwa, to za dużo na moje nerwy – powiedział do wysiadającego z auta mężczyzny. – Pierwszy raz… pierwszy raz widziałem trupa. Na miejscu go…

– Gdzie Krzysiek? – zapytał Wars patrząc na swój samochód.

– Został, nie mogłem go ruszyć. Ludzie się zbiegli. Tylko powiedział, że ma dosyć. Przyzna się do wszystkiego…

– Ja pierdolę!

– Nas nie wyda, tak powiedział. Ale Wars muszę ci…

– Moment. Za dużo gadamy… – Odwrócił się do wysiadającego z auta Petra i powiedział: – Niech chłopaki wrzucą pasażera do bagażnika. Później z nim pogadamy…

– Wars, kurwa, posłuchaj! – zirytował się Jacek. – Ten koleś, za którym pobiegłeś…

– Spierdolił.

– …ten koleś, wydaje mi się, że to był Adam, chłopak Natalii.

Wars zaniemówił. Wzrokiem odprowadził dwóch mężczyzn prowadzących trzeciego na tył samochodu. Szary garnitur o dziwo nie protestował. Kiedy zamknęła się za nim klapa bagażnika Wars zapalił papierosa i ruszył w stronę kanałku. Jacek szedł za nim.

– Nie myślałem, że jest tak blisko – powiedział starszy mężczyzna obserwując światła na drugim brzegu.

– Jest jeszcze coś. Krzysiek wcisnął mi do ręki list. Nabazgrał kilka zdań, które coś mogą rozjaśnić. – Jacek podał Warsowi kartkę.

– Opowiedz, bez okularów w tej ciemnicy nie przeczytam.

– Przyznał się do swojego grzechu. Napisał, że przez wypadek… no, spowodował śmierć swojej dziewczyny, kilkanaście lat temu. Zabił ją w lesie pod Szczytnem. Tym go trzymali za mordę. No i dodał, że ten, kto go prześladował znał tą dziewczynę, przypuszczalnie się w niej kochał…

– Niewiele. Nie mógł się przyznać zanim zajebał tego kolesia?

– Myślę, że tego nie planował.

– Fakt. Miał mnie rozwalić, ale nie dał rady, więc wykorzystał sytuację. Kurwa, dobrze, że się skapował, że tam jest weneckie lustro. Tak pewnie bym leżał martwy w chińskim bajzlu, on byłby mordercą, ty świadkiem, a Natalia zostałaby sama z problemem. Dobra – Wars rzucił papierosa w stronę kanału. – Musimy działać zanim się kochaś zwinie. Petro z chłopakami objadą adresy, on zna sprawę, wie czego szukać. A my pogadamy z garniakiem.

*

Wjechali do garażu przylegającego do nowobogackiej willi. Wars już raz odwiedził wynajmujące budynek małżeństwo, przyjaciół Petra. Gospodyni powitała ich machając ręką z ogrodu. Nie było z nią gościa czekającego na ich powrót. Obawiał się tego spotkania. Nie miał czasu się na nie przygotować. Całe napięcie towarzyszące akcji u chińczyków zastąpiła obawa przed nieuchronną rozmową. Zaparkowali obok lśniącego Mercedesa. Drzwi do garażu zamknęły się automatycznie. Gospodyni już wcześniej, przez telefon, poinformowała ich gdzie mają zostawić swój żywy bagaż. Wysiedli z auta. Jacek otworzył bagażnik a Wars lufą pistoletu pokazał wychodzącemu z niego mężczyźnie drzwi na końcu pomieszczenia. Garniak posłusznie dreptał we wskazanym kierunku. Jacek zajrzał przed nim do garażowej przybudówki, zobaczył mały tapczan, krzesło i regał wypełniony po brzegi butelkami z wodą mineralną i puszkami z jedzeniem. Zaraz potem wpuścił do środka mężczyznę wciąż podejrzanie zachowującego spokój.

– Jest bardziej wyluzowany od nas – zauważył.

– Pewnie ma już gotowe argumenty, które przekonają nas do jego uwolnienia – odparł Wars. Garniak na potwierdzenie tych słów uśmiechnął się do niego. – No dobra – zwrócił się do niego Baron. – Będzie pan naszym gościem. Za chwilę porozmawiamy, a tym czasem proszę się częstować, czym chata bogata – wskazał regał z zapasami. – A jak się panu zachce jedynkę to tam – pokazał lufą zlewozmywak w rogu. – Z dwójką trzeba poczekać. Wytrzymasz pan?

– Oczywiście. Gdybym mógł tylko prosić, jak będzie pan do mnie wracał, podwójne espresso.

Wars zignorował prośbę. Zamknął drzwi i przekręcił kluczyk, po czym powiesił go na haczyku obok framugi.

– Dobra, na górę… – Baron ruszył do schodów chowając za paskiem pistolet.

– Współczuję – rzucił za nim Jacek widząc, że Warsowi wcale się nie spieszy.

– Daj spokój. Pikawa mi zaraz z piersi wyskoczy. Szykowałem się do tej rozmowy dobre dwadzieścia lat.

– Jestem z tobą. Jak wpadnie w szał, to zaraz ją udobrucham. Wiesz, ukochany braciszek zawsze służy ramieniem…

– Ta! Tylko, od czego zacząć? Rodzinny dramat czy narzeczony psychopata? – zapytał Wars, kiedy wchodzili do przedpokoju. Na progu salonu stała gospodyni.

– Dzień dobry Warsie.

– Witaj Jeleno – pochylił się żeby ucałować kobietę w wyciągniętą dłoń. – Dziękuję za gościnę i z góry przepraszam za związane z nią kłopoty. Mieliśmy odstawić Petra i znikać a zjawiamy się w większym towarzystwie.

– Nie ma sprawy, potrzeba chwili. Bez takich przysług i dowodów wdzięczności życie byłoby trudniejsze.

Wars odwrócił się wskazując swojego towarzysza. – To jest Jacek, brat twojego gościa.

– Dobry – dygnął Jacek i zawiesił się wpatrując w wyciągniętą dłoń kobiety, nie wiedział czy powtórzyć gest Warsa czy uścisnąć rękę. Zdecydował się na drugie rozwiązanie. Jelena się uśmiechnęła.

– Nareszcie ktoś bez tych wielkopańskich papuł… papuł, tak się mówi?

– Pierdoł Jeleno – poprawił ją Wars. – Jacek się nie zna na tych pierdołach. Dobry, prosty chłopak. – Poklepał go po ramieniu.

– Więc rozumiem, że pijesz piwo? – zwróciła się do młodszego gościa. – A Wars zwyczajowo koniaczek? – W tym momencie uśmiech na jej twarzy zamienił się w troskę. Nieco ciszej dodała: – Wasza ptaszyna jest na werandzie. Nie jest dobrze, źle… a niech sama wam powie. Idźcie do niej. – Puściła mężczyzn przodem. Jacek się zdziwił, bo kiedy ją mijał poklepała go po plecach i wyszeptała: – Przykro mi chłopcze.

Natalia stała w rogu werandy oparta plecami o szybę. Nie widziała, że się zbliżają. Wars przełknął głośno ślinę i otworzył drzwi balkonowe. Spojrzała mu prosto w oczy. Miała czerwone białka i wściekły wyraz twarzy. Zrobił krok w jej kierunku, a za nim na taras wsunął się Jacek. Nic nie mówili. Zaciągnęła się i zgasiła papierosa w popielniczce, tak mocno jakby chciała nim zadusić karalucha. Wars zrobił kolejny krok, wtedy wypuściła dym i ruszyła w jego kierunku. Wyraźnie nie wiedział jak zareagować, napiął ramiona i rozprostował palce, tak, jakby szykował się do objęcia porzuconej córki. Zatrzymała się, zacisnęła szczękę i strzeliła go w twarz otwartą dłonią.

– Natalia… – szepnął czerwieniejąc na twarzy.

– To teraz nieważne! – wrzasnęła. – Spóźniłeś się pierdolony tatuśku… Ona nie żyje!

– Kto? – zapytał zdziwiony Jacek.

– Matka nie… – Natalia zacisnęła pięści i przez chwilę nie była w stanie powiedzieć następnego słowa. Spojrzała na Jacka. – Dzwoniłam do domu, nikt nie odpowiadał. Potem do Barbary… i mi powiedziała.

– Kiedy? – wyszeptał Jacek łamiącym się głosem.

– Dzisiaj. A zresztą, jakie to ma znaczenie? Nie było nas w takiej chwili… Tak jak tego chuja przez całe życie… – Przepchnęła się miedzy nimi i weszła do środka. Wars spojrzał za nią jak energicznie maszeruje w kierunku schodów i znika na górze.

– Jacek… przykro mi – szepnął do chłopaka.

– Ja…

– Idź za nią. Powinniście być teraz razem.

*

Petro padał z nóg. Zbyt dużo energii poszło na akcję w hali targowej, a teraz jeszcze ganianie po adresach rozsianych po całej Warszawie. Niby robił to bezinteresownie, dla starego przyjaciela, który już kilka razy ratował mu dupę w podobnych sytuacjach, ale wściekły na wyniki poszukiwań zaczął liczyć w głowie skrzynki najstarszego łiskacza, które zażyczy sobie za przysługę. Zerknął na chłopaków spoconych od drałowania na piechotę pięć pięter w starej kamienicy, już wiedział, że połowę siwej wódy odda im, zasłużyli. Trafili na kolejne zamknięte drzwi. Jeden zamek. Nie chciało mu się wyciągać wytrychów, na piętrze nie było drugiego mieszkania.

– Wywarzamy – zarządził i jeden z jego towarzyszy zaczął taranować wejście. Drzwi puściły po pierwszym uderzeniu.

– Otwarte było – zdziwił się taranujący. W środku zobaczyli kolejne mieszkanie wyczyszczone z wszelkich papierów. Biuro z pustymi szafkami. W kuchni nie było nawet lodówki.

*

Warsowi lekko szumiało w głowie. Jelena poczęstowała go kieliszkiem koniaku, do którego jeszcze dwukrotnie musiała dolewać. Ruszył do garażu dopiero wtedy, kiedy poczuł, że serce już tak nie wali. Nie chciał poddawać się żalowi podczas rozmowy z człowiekiem w szarym garniturze. Zatrzymał się przed drzwiami do prowizorycznej celi. Przetarł dłonią twarz i złapał klucz. Przekręcił go w zamku i wszedł do składziku. Zobaczył jak jego aresztant przechodzi na tapczanie z pozycji leżącej na siedzącą. Jego marynarka wisiała obok na oparciu krzesła. Baron postawił na tym krześle kubek z ciepłym płynem. – Nie ma ekspresu i cukier się skończył. Zrobiłem mocną rozpuszczalną.

– Dziękuję – odparł więzień i złapał za kubek. Pociągnął mały łyk i na jego twarzy pojawił się lekki grymas niesmaku. Odstawił kawę i spojrzał na wyciągającego papierosy Warsa.

– Zapalisz? – zapytał Baron.

– Nie, dziękuję, ale z przyjemnością przejdę na ty.

– Na przyjaźń bym nie liczył.

– Nie dziwię się, ale mamy wspólnych znajomych, więc taka forma wydaje się odpowiednia.

– Wspólnych…?

– Skupmy się na jednym. Zaraz do niego zadzwonisz i utargujesz coś przydatnego za moją głowę. Dzięki temu oszczędzisz sobie wysiłków grożenia obcemu, na którego nic nie masz. Nie spocisz się przy wyrywaniu mi paznokci, czy jakie tam mieliście metody w resorcie. Zresztą i tak niewiele bym powiedział, poza tym, co i tak już wiesz. Jestem człowiekiem od pośrednictwa i nie mówi mi się więcej niż to potrzebne. Zresztą dzisiejszego klienta poznałem dopiero wczoraj, znam tylko jego starszych kolegów, wspomnianych wspólnych znajomych.

– Rozumiem, że dzwonimy do Mietka? – zapytał Wars wyciągając telefon.

– Jak najszybciej, bo czuję, że już zaczynam nadużywać gościny.

Baron spojrzał na wyświetlacz telefonu. Odkrył jeden nieprzeczytany sms. Otworzył wiadomość od Petra: Lokale puste. Zostały jeszcze dwa z listy, ale to chyba ślepy zaułek. Jak sprawdzimy jedziemy do was. Kiedy skończył czytać przeszedł do skrzynki kontaktowej i wyszukał telefon dawnego zwierzchnika. Czekał na połączenie.

– Halo? – w słuchawce odezwał się zmęczony głos.

– To ja wszawy pierdzielu, zrobiłeś mnie w chuja z tymi adresami…

– Kurwa Wars, całe miasto lata z wywieszonym ozorem, co ty żeś odpierdzielił u tych Chinoli?

– Twój chłopaczek organizował imprezę. Ja się inaczej bawić nie umiem.

– Nie mój… gnojek się zwinął. Dziadki nie mogą go namierzyć. Pewnie da ci spokój…

– Kurwa. Od małego się czaił, żeby mi dojebać, więc mi nie smal, że odpuści.

– Masz teraz większy problem. Szwadron gliniarzy właśnie goni własny ogon, nie mogą się skapować o co poszło, jak się który skapuje, świadków przycisną… albo tego mazgaja, co go zostawiłeś. Ponoć koleś siedzi na dołku i go z histerii nie mogą otrząsnąć. Nic nie mówi tylko ryczy.

– Dobra, dosyć pierdolenia, musisz pomóc…

– A co ja mogę?

– Powiedziałem musisz, to coś wymyślisz… – Wars nie słuchając przekleństw rozmówcy przysunął komórkę do ust siedzącego przed nim mężczyzny mówiąc: – Przywitaj się z panem.

Szary garniak odczekał chwilę, aż głos po drugiej stronie linii zrobi przerwę na złapanie oddechu i powiedział: – Dobry wieczór panie Mieczysławie, tu Lubelski.

Wars przysunął aparat do swojego ucha. Poczuł satysfakcję wsłuchując się w szybki oddech starca. – Pomożesz? – zapytał. – Bo rozumiem, że ten wymuskany koleś przede mną, to dla was bezcenny okaz?

– Czego chcesz?

– Wyczyścisz sprawę. Wyciszysz śledztwo. Zakończysz grę…

– Przecież mówiłem, że nad grą nie panuję. Zresztą już jest skończona, młody spierdolił…

– Daj mi coś na niego. Coś przydatnego.

– Kurwa, no nie ściemniam, wszystko ci dałem. Dobrze się krył.

– Dobra, a reszta? Gliniarze. Chińska afera. Jeszcze jakbyś ulżył temu zapłakanemu biedakowi w pierdlu. Inaczej zrobię panu Lubelskiemu lekcję śpiewu i pewnie wiosna zakwitnie niejednym ubekiem wiszącym na drzewie…

– Wars, zostaw. Wykopiesz grób sobie i nam…

– A czy ja mam jakieś wyjście?

– Dobra, Lubelski za mocną teczkę. Te kilka papierów pozwoli wyczyścić sprawę, tylko musisz się sam kopsnąć do delikwenta. Ja tam nie pójdę…

– Kto?

– Jak zobaczysz to mi jeszcze podziękujesz. Mój najcenniejszy skarb ci oddaję. Zabezpieczenie emerytalne.

– Tylko oryginał.

– Takich rzeczy się nie kopiuje.

– Gdzie chcesz…?

Wars był już gotowy na przekazanie człowieka. Wszystko obmyślił. –  Róg Bema i Wolskiej. Kwadrans po szóstej, rano. Potem zdążysz jeszcze do domu na śniadanie.

*

Jacek się rozkleił. Kiedy wszedł do niej do pokoju z oczu natychmiast popłynęły mu łzy. Chlipał tak przez dobre pięć minut, nie potrafiła go uspokoić. Potem jej powiedział. Adam. Widział Adama. Wyjaśnił, co już wiedzą o prześladowcy i wszystko pasowało. Ta sama szkoła. Historia dziewczyny, która zaginęła w wakacje, jej chłopak kiedyś o tym wspominał, tak mimochodem, świetnie się krył. Cały ich związek, plany na przyszłość, czułość, zaufanie. To wszystko było kłamstwo. Chciał się zemścić za… właśnie, za sprawę dotyczącą człowieka, który zrujnował życie jej i matki. Przez jakiś kwadrans klęła na Warsa. Jacek ją uspokajał. Mówił, że jej ojciec nie ponosi winy za to, co zrobił Adam. Na słowo ojciec wpadła w jeszcze większy szał. Dopiero, kiedy Jacek zaczął mówić o matce wróciło uczucie straty. Gadali dobrą godzinę, w końcu zmęczony emocjami chłopak odpłynął. Została sama z czarnymi myślami. Nie przypuszczała, że aż tak dotknie ją jej odejście. Pojawiło się poczucie winy za to, że kiedyś myślała o śmierci matki jak o końcu przykrego obowiązku. A teraz się stało i zostali sami. Z małym Jacusiem – myślała patrząc jak brat śpi zmęczony w nogach łóżka. Zeszła na dół. Nikogo nie spotkała. Wzięła z kuchni opróżnioną do połowy butelkę koniaku i szklankę. Zabrała je z powrotem na górę i opatulona w koc wyszła na balkon. Nalała sobie alkoholu, zapaliła i patrząc w okna sąsiedniego domu sączyła gorzki płyn. Jakaś para w sypialni na piętrze oglądała razem telewizję. Byli jak ona i Adam, jeszcze miesiąc temu. W tle jeszcze upierdliwa matka, problemy z Jackiem, skrywany sekret dobijający się gdzieś z dna świadomości, ale zawsze odsuwany. Wtedy była szczęśliwa, a teraz czekało ją nieznane. Brak oparcia ukochanego, ojciec zamiast matki. Czuła, że gdzieś w środku zaczyna się rodzić histeria. Miała ochotę łkać, ale zatamowała to uczucie ciągnąc prosto z butelki potężny haust koniaku. Najpierw ją zemdliło a potem zaczęła kasłać. Udało się, odsunęła histerię na dalszy plan.

*

Wars spał zaledwie trzy godziny. Przed snem zdążył jeszcze uzgodnić z Petrem plan działania, porannej akcji, na którą mieli pojechać razem z jednym z ludzi Jeleny. Chciał jeszcze walnąć kielicha przed snem, ale butelka gdzieś zniknęła a w kuchennych szafkach i lodówce znalazł jedynie piwo. Wolał nie mieszać. Rano zaparzył w ekspresie dwie filiżanki mocnej kawy. Pierwszą wypił sam, drugą zaniósł Lubelskiemu, tym razem litując się nad smakoszem skazanym na picie rozpuszczalnej. Wyjechali kilka minut po piątej. O szóstej został sam z Lubelskim. Mężczyzna nie wyglądał już tak dobrze jak dzień wcześniej, wymięty garnitur przykrywała stara wojskowa parka, nieco przyduża, bo pożyczona na wieczne nieoddanie od jednego z chłopaków Jeleny. Nieogolona twarz i zmierzwione włosy nadawały mu wygląd zwykłego robola a nie brylującego na salonach prawnika. Siedzieli pod wiatą ustawioną na wąskim popękanym peronie. Mieli jeszcze kilka minut, więc Wars wyciągnął z kieszeni swojej kurtki mały termos i nalał kawy, którą podał Lubelskiemu. Ten podziękował skinieniem głowy, pociągnął łyk i zapytał: – Poczęstujesz może papierosem?

– Myślałem, że nie palisz.

– Raz od wielkiego dzwonu, do porannej kawy. – Uśmiechnął się i wyjął papierosa z podanej mu paczki. Wars przypalił jemu i sobie.

– Wiesz Wars? Polubiłem cię…

– Z wzajemnością, chociaż na przyjaźń nadal bym nie liczył – odparł Baron zerkając na zegarek.

– Widzisz… ja rozumiem. Ty zwyczajnie chcesz się odsunąć, iść na emeryturę, cieszyć się dziećmi, wnukami…

– Na emeryturę, to ja poszedłem już lata temu. Tylko te wasze ubeckie zombiaki mi żyć nie dają…

– Przykro mi, że musiałem brać w tym udział, ale sam rozumiesz, taka praca…

– Do czegoś zmierzasz? Jak tak, to się streszczaj, bo zaraz się rozstajemy.

– Widzisz, ta teczka, którą ma ci przekazać Mietek. Ona mnie interesuje. Też chcę na starość spokoju i przydałoby się zabezpieczenie.

– Kurwa, człowieku, nie wpierdalaj mnie w kolejne…!

– Nie, spokojnie. Nic nie kombinuję. Mam tylko propozycję… taką dżentelmeńską umowę. Za chwilę odejdziesz z papierami i załatwisz swoje sprawy. Rozstajemy się definitywnie. Korzystasz z zawartych w teczce informacji i żyjesz sobie, mam nadzieję, spokojnie. Ale pewności nie masz czy któryś z graczy znowu cię nie wyciągnie, nie zagra starym asem…

– Raczej jopkiem.

– Nie umniejszaj swojej pozycji… Proponuję taki scenariusz. Bierzesz akta, które mi teraz do niczego nie są potrzebne i idziesz na zasłużoną emeryturę. Ja w tym czasie pilnuję, żebyś ty, ani nikt z twoich bliskich, nie znalazł się w zasięgu zainteresowań graczy. No i dajmy na to za dziesięć, piętnaście lat, kiedy uznasz, że do niczego już tych papierów nie potrzebujesz, a używaj ich jak chcesz, przekażesz je mojej skromnej osobie. A ja zrobię z nich zabezpieczenie własnej spokojnej starości. Co ty na to?

Wars spojrzał na uśmiechającego się mężczyznę, który w zbyt dużym zielonym płaszczu wyglądał trochę jak żółw. – Zastanowię się.

W tym momencie zadzwonił telefon.  Wars wyjął go z kieszeni i odebrał: – Tak?

– Przyjechał, jest z kierowcą – usłyszał głos człowieka Jeleny.

– Dzięki.

Rozłączył rozmowę i wybrał numer Mietka.

– Dzień dobry.

– Dopiero się zaczął, jeszcze nie wiem czy dobry.

– Szofer niech jedzie do Centrum a ty idź na spacerek Wolską, w odwrotnym kierunku, w stronę cmentarza…

– Jak tam mam wylądować, to nie idę.

– Ty masz pewnie wykupioną kwaterę u zasłużonych, na Powązkach. Nie dowcipkuj, leź i trzymaj telefon w pogotowiu.

Wars się rozłączył i w tym samym momencie zobaczył nadjeżdżający pociąg. Natychmiast wykręcił poprzedni numer.

– I jak? – zapytał.

– Auto odjeżdża, a staruszek idzie tam gdzie miał iść.

– Dobra. – Rozłączył się. Kazał Lubelskiemu wstać pokazując wjeżdżający na stację pociąg. Wagon się zatrzymał. Weszli do środka. Pasażerów było niewielu, zaledwie kilka osób sennym wzrokiem patrzących na świat za oknem. Zanim pociąg ruszył Wars znowu wykręcił numer do Mietka.

– Powinieneś być już pod wiaduktem.

– No jestem.

– To kicaj po schodkach do góry, bo spóźnisz się na pociąg. Wsiadasz i jedziesz na Gdańską – dodał Wars i rozłączył rozmowę.

– To tak szybko się spotkamy? – zapytał Lubelski, ale Wars nie odpowiedział. Wpatrywał się nerwowo w widok za oknem oczekując pojawienia się kolejnego przystanku kolejki. Odcinek między stacjami należał do najkrótszych na trasie do Działdowa. Kiedy wjechali na PKP Kasprzaka Wars zobaczył jak do pierwszego wagonu wsiada znajomy staruszek. Zdyszany złapał się poręczy i stał chwilę nie patrząc na resztę pasażerów. Ruszyli w jego kierunku. Zamknęły się drzwi pociągu. Baron usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości i znowu zerknął na telefon. Nikt za nim nie szedł, do nikogo nie dzwonił. Jest twój. Schował telefon tuż przed Mietkiem.

– Mamy minutę, więc szybka wymiana.

Starzec podał Warsowi skórzaną teczkę. Nic nie mówił, wciąż próbując wyrównać oddech. Baron otworzył ją i zerknął do środka. Uśmiechnął się lekko widząc czyim nazwiskiem sygnowane są akta. Spojrzał na kilka gęsto zapisanych kartek przekonując się o dużej wartości dokumentów.

– Dobra, jesteśmy kwita. – Przepuścił do przodu stojącego dotąd za swoimi plecami Lubelskiego. – A to twoja zguba.

– Mam nadzieję, że już cię nie zobaczę – powiedział zdyszany Mietek.

– Jak będziesz o siebie dbał, to na pewno – odparł Wars i rzucił jeszcze mężczyźnie w parce: – A pan niech się tak nie boi starości, będzie spokojna. Do zobaczenia! – Lubelski próbował zagłuszyć rodzące się na twarzy oznaki zadowolenia. Zareagował jedynie puszczając do Barona porozumiewawcze oko. Starzec zmęczony pokonywaniem prowadzących na peron schodów zajmował w tym czasie najbliższe miejsce siedzące. – A jeszcze jedno Mietek! – dodał Wars podnosząc głos. – Jeśli ty w ogóle wiesz, co to sumienie, to masz na nim kolejną duszę. Matka Natalii nie żyje, nie wytrzymała gierek twojego kolegi…

Starzec popatrzył na niego i drżącym głosem zaczął mówić: – Przykro mi Wars… – Baron go zignorował, odwrócił się i poszedł w głąb pociągu. Stanął dopiero przy następnych drzwiach i po chwili wyszedł na peron PKP Koło. Kiedy szedł w stronę zejścia na Górczewską czuł się dużo lżejszy niż godzinę wcześniej. Nazwisko na teczce było mocne i należało do kogoś, o kim już prawie zapomniał.

*

To był ciężki dzień, jeden z tych, przez które żałował, że nie wziął lżejszego kawałka chleba. A proponowali wyżej, w sporcie i turystyce. Ale wiedział, że to by była emerytura, wypadłby z gry. Może wyższe uposażenie, ale żadna odpowiedzialność. A tak siedział na stołku resortowym, a trzymał za gębę wiceministra. Lubił trzymać za mordę. Nazywali to zarządzaniem, ale wolał prostsze i bardziej trafne określenie. To tak jak z ogrodnikiem. Od tygodnia powtarzał, żeby przyciąć drzewka wzdłuż alejki. A parobek, że nie, teraz się tego gatunku nie tnie, nie wolno. Gałęzie światła na podjeździe zasłaniały. Takie fikuśne lampki, które sam kupował, bo jak zlecił, to mu syf, tandetę zamontowali. – I co? – myślał podjeżdżając pod bramę wjazdową. – Palcem pogroziłem i przyciął. Pięknie teraz jest. Widać, co się czai w ogrodzie, a nie półmrok, że alejki nie widać. – Przycisnął guzik na pilocie i brama zaczęła się powoli otwierać. – Jeszcze tylko Krystka trzeba pogonić, żeby mechanizm przyspieszył, bo przysnąć można, tak sie wolno toczą te wrota.

W domu było ciemno. Stara w Alpach, pani Zdzisia już wyszła, czekał go spokojny wieczór na kanapie. Miał w planach chlapnąć coś smacznego i podrzemać przed telewizorem. Żadnych papierków, telefonów. Nawet kolacją nie musiał sobie zaprzątać głowy, bo zjadł w restaurancie, na wieczornej naradzie. W nocy miało padać, więc samochód zostawił w garażu. Potem poszedł prosto do sypialni. Ściągnął swój dzienny mundur – tak mówił na garnitur, który wypadało nosić, ale od dwudziestu lat nie potrafił się przyzwyczaić. Jeśli o to chodzi to tęsknił za starą robotą. Też trząsł ludźmi, ale przynajmniej ubierał się na luzie, jeansy i sweter. Ale rządowe salony to nie opozycyjna piwnica i musiał się przystosować. Założył spodnie od pidżamy i opatulił się szlafrokiem. Na stopy nasunął wełniane kapcie. W domu było ciepło, ale jemu i tak zawsze marzły stopy. Tak wystrojony zszedł do salonu. Zapalił lampkę stojącą na szafce przy kanapie. Wyciągnął z barku czterdziestoletniego Calledoniana, może nie był najdroższy, ale zrezygnował z kupowania bardziej wytwornych łiskaczy. I tak nie czuł różnicy. Potrafił odróżnić tani alkohol od tego ze średniej półki, ale wyżej nie miał już smaku. Oczywiście nikomu się do tego nie przyznawał, smród by poszedł, że nowobogacki frajer z niego. Blefował, kiedy zdarzała się jakaś degustacja i jak dotąd nikt się nie skapował. Przypuszczał, że reszta towarzystwa też nie miała pojęcia co pije. Nalał do kieliszka prawie po brzeg, nie chciało mu się dwa razy chodzić i rozsiadł się w kanapie. Upił małego łyka. Poczuł błogie ciepło spływające po przełyku. Odstawił kieliszek i zaczął szukać pilota. Nie było go na kanapie, tam gdzie zwykle go zostawiał. Na stoliku też go nie dostrzegł. Przeklął w duchu sprzątaczkę, która raz na miesiąc, nie wiedzieć czemu, chowała wszystkie małe przedmioty pozostawione w salonie do szuflady pod telewizorem. Jęknął na myśl, że będzie musiał znowu prostować gnaty i unosić ciężki tyłek. Jedzenie na mieście trochę rozepchało go w pasie. Kiedy już wyprostował plecy i szykował się do wstania telewizor sam się włączył. Zdziwiony przez chwilę wpatrywał się w ekran, Eurosport transmitował właśnie zawody snookera.

– Przełączyć? – rozległ się głos za jego plecami. – Z tego, co pamiętam za sportem nigdy nie przepadałeś. – Próbował się odwrócić, zobaczyć kto do niego mówi, ale zapadnięte w kanapie pośladki uniemożliwiały mu pełne odwrócenie tułowia. – Może wiadomości? – kanały zaczęły się zmieniać i zatrzymały na TVN 24. – O tobie dzisiaj nic nie mówią. – Głos zaczął się do niego zbliżać. Zaskoczony mężczyzna pomagając sobie rękami starał się jak najszybciej wstać. – A ja jestem tu po to, żeby jutro nie mówili o mnie. – Intruz znalazł się w zasięgu jego wzroku, z półmroku starał się wyłowić rysy tajemniczej twarzy, głos kojarzył. Widząc, że postać zbliża się do stojącego obok fotela zrezygnował z walki i zdecydował się pozostać na miejscu. Teraz żałował, że broń trzymał w sejfie w sypialni a nie na dole, pod ręką. Gość wkroczył w krąg światła rzucany przez lampę. Już wiedział, że go zna, teraz musiał ustalić skąd. Przewertował w pamięci portrety znajomych i nie mógł go nigdzie przyporządkować. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że błędem było szukanie go wśród żywych. Pobladł.

– Wars? Myślałem, że nie żyjesz.

– Sie masz Karolek. Wróciłem. W piekle mnie nie chcieli. Wyrzucili. A na odchodne dali mi to. – Baron rzucił na stolik wypchaną tekturową teczkę. Kiedy gospodarz po nią sięgał Wars zajął miejsce w fotelu. Przez chwilę milczał patrząc jak mężczyzna w szlafroku przegląda wysypujące się z teczki dokumenty. Ręce Karola zaczęły drżeć. Przełykał głośno ślinę sięgając po kolejne protokoły. Kiedy kolor jego skóry zaczął zbliżać się do barwy szkolnej kredy Wars wyłączył telewizor.

– Widziałem na Polonii fajny dokument o tobie. Lata walki na barykadach wolności. Cierpienie internowanego. Piękna emigracyjna karta, tylko co tak krótko? Za krajem się tęskniło? No i budowanie nowego. Wzruszające archiwa, szczególnie ta wizyta u Ojca Świętego. Powiem ci szczerze, ładna laurka, tylko trochę nudnawa. Brakowało napięcia, jakiejś akcji, suspensu. – Wars wskazał teczkę na kolanach rozmówcy. – Ale trzymasz w rękach materiał na drugą część. Ja bym z tego nawet fabułę zrobił. Radziwiłowicz w roli głównej, co ty na to. Odciąłby się chłopak od „Człowieka z marmuru” i zagrał w końcu niejednoznaczną postać. Przywódca solidarnościowego zrywu, który po godzinach klepie esbecji co tam jego brodacze drukiem puścili. Radziwiłowicz by to ładnie zagrał, wyrzuty sumienia, wewnętrzna walka… oddałby by to, czego pewnie wcale nie było. Bohater oddany Polsce, rozdarty między obowiązującym prawem a pragnieniem wolności. – Karol trzęsącą się ręką sięgnął po kieliszek, za jednym zamachem wypił całą zawartość.

– Co za to chcesz? – wychrypiał.

– No, od razu konkret. Za dużo dzisiaj mieliłem ozorem – mówiąc to Wars wstał i ruszył do barku. Wyjął z niego kieliszek i napoczętą przed chwilą whisky. Wracając do fotela nalał sobie alkoholu, a odkręconą butelkę postawił na stole, obok pustego kieliszka gospodarza. – Masz departament w MSW?

– T… tak. To oficjalnie… wiadomo – Karol uważnie patrzył na każdy ruch Warsa.

– I pewnie po cichu kręcisz niejedną żarówką…

– Co?

– Nieoficjalnie masz trochę więcej ludzi pod sobą i to siedzących dużo wyżej?

– Nieoficjalnie?

– No, dużo możesz.

– Nie wiem co chcesz…

– Wczoraj była strzelanina u chińczyków, na Marywilskiej. Trzeba wyciszyć. Świadkowie niewiarygodni, albo nikogo nie widzieli. Coś wymyślicie. Zatrzymali tam jednego łosia. Załatwisz mu najniższy możliwy wymiar kary. Będzie śpiewał różne rzeczy, więc łatwo nie będzie. – Wars zrobił przerwę na łyk alkoholu. – Dodatkowo, jeśli kiedykolwiek wypłynie moje nazwisko, albo mojej córki, ucinasz sprawę…

– Córki? A jak się córka…?

– To sobie bez problemu sprawdzisz. Zresztą, gdyby ktoś nam zaczął bruździć dam znać, a ty to załatwisz. Spokojnie, ja nie zamierzam już rozrabiać, jestem emeryt, a moja córka to bezproblemowy szarak… Od jej bliskich też wara. Marywilska i smrody to dwie sprawy, jest jeszcze trzecia. Tam w środku, na ostatniej stronie. – Karol spojrzał na teczkę z odrazą. – No otwieraj i patrz! – ponaglił go Wars. Gospodarz drżącą ręką znalazł wskazaną kartkę. – Informacje o tym kolesiu. Przypuszczalnie wczoraj albo dzisiaj opuścił granice naszej ojczyzny, chcę wiedzieć, w jakim kierunku odleciał. Tylko tyle. Żadnych listów gończych i łowców cieni, chociaż wiem, że ta teczka jest na tyle ciężka, że i to byś dla mnie zrobił. Znajdź mi ślad i zapomnij o nim. Rozumiemy się?

– I oddasz mi to? – zapytał zamykając tekturową okładkę. Wars wstał i nachylił się nad rozmówcą.

– Czy dzięki temu będziesz mógł spać spokojnie?

– No… tak.

– A ja nie – odparł i zabrał z kolan gospodarza plik dokumentów. Karol nawet nie starał się przytrzymać teczki. Jego palce były zdrętwiałe. Za jednym zamachem zobaczył żywego trupa i dowiedział się o istnieniu papierów, które ponad dwadzieścia lat temu kazał spalić. – Twoje zwierzenia zostają u mnie, bezpieczne. Z daleko od oczu wszystkich zainteresowanych. Dasz radę mi pomóc?

– Chyba…

– Dasz radę?! – wrzasnął Wars prostując się nad niknącym w oczach mężczyzną.

– Tak, dam. Na pewno – wyszeptał Karol.

– No to nie będziesz bohaterem najbardziej kasowego polskiego filmu od czasów „Ogniem i mieczem”. Przykro mi. Spełnisz moją prośbę, to będziesz mógł dalej, w spokoju, z tylnego siedzenia kierować swoim bajzlem. Nie dasz rady? Zostaniesz gwiazdą jednego sezonu, a potem zgnijesz w jakiejś dziurze zapomniany przez kolegów. – Wars wsadził teczkę pod pachę i ruszył w stronę barku. Wyjął z niego zamkniętą butelkę. – Fajną siwą pijasz. Wezmę dla kumpli. – Karol przełknął ślinę patrząc jak dawny znajomy z podziemia znika za drzwiami, z niebezpieczną teczką i pięćdziesięcioletnią North British, za którą dał ponad trzy tysiaki, miał ją otworzyć dopiero w wigilię.

*

– Przykro mi. Jak mogę jakoś pomóc to mówcie – powiedział Tomek po drugiej stronie linii.  Natalia już wcześniej zdecydowała, że powie mu prawdę. Od pół godziny szykowała się do tego telefonu chodząc w tę i z powrotem po mieszkaniu matki. Jelena i Petro protestowali, kiedy podziękowała za gościnę i zażądała odwiezienia na Pragę. Mówili, że rozumieją jej ból, ale nie było jeszcze bezpiecznie. Stanowczo żądała powrotu do swojego życia. Zgodzili się pod warunkiem, że nie zostawią jej samej. Dlatego Petro siedział teraz w kuchni i rozmawiał z Barbarą. Przedstawił się, jako przyjaciel rodziny z dawnych lat i świetnie radził sobie w tej roli. Kiedy Natalia w końcu wykręciła numer przyjaciela zdecydowała się zacząć od wiadomości o śmierci matki. Wiedziała, że jej strata osłabi jego złość na wieść o prawdziwym przebiegu wydarzeń sprzed lat.

– Barbara, złota kobieta, wszystkim się zajmuje. Ja nie mam tyle siły. Teraz i bez tego jest ciężki czas…

– No właśnie, dzwoniłem. Nie odzywałaś się. Adam też milczał. Co się dzieje?

– Muszę ci coś powiedzieć. Coś, co na pewno cię zaboli…

– Bardziej niż ciebie śmierć matki? Niemożliwe. Mów.

– Nasz wypadek, to że straciłeś wzrok… To wszystko moja wina.

– Jak twoja? Losowe zdarzenie… – Tomek natychmiast zareagował.

– Nie… znaczy się, to ja wtedy prowadziłam. Jacek wziął wszystko na siebie.

Po drugiej stronie słuchawki zaległa cisza.

– Tomek, powiedz coś…

– Szczerze? To ja sie domyślałem, że coś kręcicie. Ale myślałem, że z czasem powiecie, o co chodzi. A potem zacząłem to olewać, praktycznie zapomniałem. Wiesz, ja mam teraz trochę mniej pretensji do świata. Doszedłem do wniosku, że tak miało być. – Natalia usłyszała jak głośno przełyka ślinę. – Nie szukałem winnych. Zresztą wiesz, że Jackowi wybaczyłem bez trudu. To dlaczego miałbym teraz męczyć ciebie. Rozumiem, że miałaś powody, żeby oszukać policję. Jacek miał mniej do stracenia. To… to teraz nieważne. Skup się na pożegnaniu matki. Uporządkuj sprawy i potem sobie o wszystkim pogadamy. Na spokojnie i zapewniam, bez złości.

– Dziękuję – Natalia poczuła, że do oczu napływają jej łzy. – Ale to nie wszystko. Jest jeszcze Adam…

– Adam?

– Posłuchaj. Jak dobrze go znasz? Wiem, że kumplowaliście się od szkoły średniej…

– No, co ty gadasz? Jak dobrze? Znam go tak jak ty. Nawet mniej, bo wy jesteście tak blisko, jak my nigdy nie będziemy. Co z nim? Jest teraz z tobą?

– Nie. Coś się stało… złego. Nie mogę ci teraz wszystkiego powiedzieć, wyjaśnię za jakiś czas. Po prostu, okazało się, że Adam nie do końca był tym, za kogo się podawał…

– Co? Przecież chodziliśmy razem do ogólniaka. Lata całe…

– Wiesz, że ja go wtedy znałam tylko z korytarza. Nawet nie wiedziałam jak się nazywa.

– Ale ja go znałem. Wtedy to był tylko kolega. Kilka razy poszliśmy na piwo. Moi znajomi kumplowali się z jego. Wspólne imprezy. Tak się zaczęło. Potem… no, to teraz mój przyjaciel. Może nie od początku, ale się sprawdził w kilku trudnych sprawach. Po cholerę ja to mówię? Przecież wiesz… O co w ogóle chodzi z tym, że nie jest tym, kim…

– Oszukał mnie. Wykorzystał do własnych celów. Więcej na razie nie powiem… nie mogę.

W słuchawce zaległa cisza.

– Tomek?! – Natalia upewniła się, że przyjaciel wciąż jest po drugiej stronie.

– Dobra… Ale, o co chodzi? Co chcesz wiedzieć?

– Czy w liceum… czy on się kochał w jakieś dziewczynie… tej, co zginęła?

– No było to słynne znikniecie. Fakt, że mu się podobała. Ale on, jak my wszyscy, wzdychał do wielu dziewczyn. Ja też się wtedy w tobie… przecież wiesz.

– Ale mówił coś o niej? Podejrzewał, co się z nią stało?

– Nawet gdyby, to nie pamiętam. To był dawno. Wiesz, człowiek wciąż ma w głowie jak się schlał tuż przed maturą, ale co tam ktoś powiedział, do kogo wzdychał? Ja nawet nie pamiętam twarzy dziewczyn, za którymi wtedy jęczałem… no, poza twoją. A zanotować, że kumpel się zabujał i w kim, to niemożliwe.

Natalia zapytała go jeszcze o kilka rzeczy dotyczących Adama, ale wiedza Tomasza pokrywała się z tym, co sama wiedziała. Jej były chłopak świetnie się maskował, nie zdradził nawet przed najbliższym przyjacielem. Na koniec rozmowy jeszcze raz przeprosiła.
Umówili się, że razem pojadą na pogrzeb. Rozłączyła się. Uchyliła okno i zapaliła papierosa. Telefon do Tomka niewiele rozjaśnił. Cała nadzieja w tym, do czego dojdą Jacek z Warsem. Staruszek się starał. Przez cały dzień nawet nie mignął w tle. Wiedziała, że chce dać jej czas i czuła, że w końcu będzie musiała się z nim rozmówić. Już nie czuła takiej złości. Szczególnie, że Wars stawał na głowie, żeby rozwiązać tajemnicę Adama. Jacek raportował jej wszystkie ich działania. Ganiali po mieście z mizernym skutkiem. Jej ukochany zostawił po sobie niewiele śladów. Ukochany – przestała tak o nim myśleć. Brakowało jej tylko obecności mężczyzny, jego zapachu, silnego ramienia, ale za tą postacią, za tym ciepłem, które jej dawał nie stał już Adam jako osoba. Tęskniła za fizycznością, reszta stała się obiektem nienawiści. Słowa, które jej cedził były kłamstwem. Plany na przyszłość omamem, który zakrywał jego prawdziwe intencje. Chory umysł karał ją za winy ojca, a skoro miała do czynienia z niezrównoważonym człowiekiem, to czy mogła uwierzyć w winę Warsa? W ogóle, jak mógł przez tyle lat ją oszukiwać, udawać bliskość, wejść w jej życie? Sama kłamała, ale nie aż tak, nie raniąc tak głęboko.

– Natalia! Musimy zaraz iść – usłyszała głos Barbary dobiegający zza zamkniętych drzwi. – Matka – pomyślała. – Trzeba ją pożegnać, odprowadzić. Pogrzebać cały ten świat. – Rozejrzała się po pokoju. Popatrzyła na świeżo odmalowaną meblościankę udającą coś, czym nie była, peerelowski antyk naśladujący Ikeę. Papieros się kończył. Podeszła do parapetu i przez chwilę patrzyła na żar podchodzący do filtra. Przysunęła go do firanki, nie znosiła tych welonów na okna. Ostrożnie przypaliła jedną z białych nitek układających się w kwiatowy wzór. Potem następną. Materiał się nie zajął, okno nie stanęło w płomieniach. Powiększała obszar zniszczenia tak długo, aż zobaczyła tkaną łodygę zakończoną wielką dziurą. Zawsze chciała to zrobić. – Za kwadrans musimy być na zakrystii! – Barbara powtórzyła wezwanie. Natalia złapała za zasłonkę i pociągnęła w dół, żabki puszczały po kolei. Potem wywaliła materiał za okno i patrzyła jak spada na trawnik pod domem.


Copyright by Piotr Jezierski, Foto Anna Luboń

To przedostatni odcinek powieści publikowanej ekskluzywnie na blogu CudKultury.

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.