Parada grzeszników (19)

Piotr Jezierski

PARADA GRZESZNIKÓW

 

W POPRZEDNICH ODCINKACH: Wars rozmawia ze swoim dawnym zwierzchnikiem. Mietek wyjaśnia, że kiedyś brał udział w rozgrywkach, ale teraz jedynie pośredniczy w grach młodszych uczestników. Obiecuje pomóc Baronowi i przekazuje mu informacje mające pomóc w dotarciu do prześladowcy. Uprowadzony Krzysiek budzi się nagi, z maską na głowie, w nieznanym sobie miejscu. Przywiązany do łóżka staje się narzędziem w rękach porywacza zmuszającego go do udziału w seksualnym trójkącie, którego uczestniczką jest jego żona. Będąca pod wpływem środków odurzających Helena nie rozpoznaje męża. Wypuszczony na wolność Krzysiek okłamuje Warsa, mówiąc że porywacze wrobili go w morderstwo. Prześladowca żąda, żeby mężczyźni zjawili się wieczorem w miejscu położonym nad kanałem żerańskim. Natalia wraca do stolicy razem ze wschodnim przyjacielem Warsa.

 

ODCINEK 19

Cichy Rusek tuż za granicą Warszawy skręcił w jedną z uliczek obstawionych jednorodzinnymi domami. Zatrzymał się przed posesją, którą od ulicy oddzielał wysoki płot. Z samochodu Natalia widziała tylko dach stojącego za ogrodzeniem budynku. To wystarczyło, żeby mogła ocenić właścicieli jako nowobogackich snobów. Czerwona dachówka, fikuśne wykończenia elewacji budynku. Sam płot ustawiono z betonowych paneli. Miał przypominać ułożone jedne na drugich płaskie kamienie. U góry wił się pomalowany na złoto kwiatowy wzór. Czekała w samochodzie, jej towarzysz podszedł do furtki i zadzwonił. Schylił się, żeby jego twarz była widoczna w kamerze wideofonu, coś powiedział i już po chwili wielka brama zaczęła się odsuwać odsłaniając podjazd. Mężczyzna wrócił za kierownicę.

– Tutaj będziesz bezpieczna. Jutro rano przyjadę i zastanowimy się co robić dalej – powiedział.

– Raczej powiesz mi co zdecydowaliście razem z tatuśkiem – podsumowała Natalia.

– Uwierz mi, że tak będzie lepiej. W twoim ostatnim hotelu zapłaciłem za milczenie, nikt nie wie, że uciekłaś. Dopóki się w Warszawie nie uspokoi, lepiej, żebyś się nie wychylała.

Zaparkowali przed gankiem, którego dach wsparty był na pseudoantycznych kolumnach.

– No, więzienie jak dla księżniczki.

– To wynajęte. Tak naprawdę nie w stylu moich przyjaciół, bardziej pasuje do gustu ich klientów.

W drzwiach pojawiła się krucha blondynka ubrana w biały komplet. Skromna spódnica i żakiet, jedynym dodatkiem był złoty krzyżyk na szyi. Biznesowy uniform. Gospodyni się uśmiechnęła widząc jak Petro do niej macha.

Wysiedli z samochodu i ruszyli w stronę kobiety otwierającej drzwi do domu. Natalia kątem oka zauważyła jakiś ruch w krzakach po drugiej stronie podjazdu. Spojrzała tam i odkryła, że pod murem, za niskimi krzakami, stoi paląc papierosa mężczyzna w ciemnozielonym dresie. Przez ramię miał przewieszony karabin, ale wyglądał tak, jakby wcale się nie przejął obecnością gości. Zauważył jej spojrzenie i zaraz się uśmiechnął pokazując krzywy zgryz. Nie zdążyła odpowiedzieć nawet grymasem twarzy, bo w tym samym momencie Petro skończył przytulać chudą blondynkę i zaczął przedstawiać swoją podopieczną.

– Jelena, to Natalia. Córka przyjaciela, która potrzebuje bezpiecznego schronienia. – Wyciągnął dłoń w kierunku dziewczyny, jakby chciał jej pomóc wejść na ganek. Nie złapała go za rękę, więc lekko ją objął, kiedy znalazła się tuż obok.

– Dzień dobry, Natalia Sze…

– Imię wystarczy moje dziecko. Ja Jelena. – Uścisnęły sobie dłonie na powitanie. – Nie gniewaj się. Petro mówił, że sprawa gorąca, więc zostawmy nazwiska na chłodniejszy okres. – Doskonale mówiła po polsku, ale jej wschodni zaśpiew był o wiele mocniejszy niż u Cichego Ruska. – Zapraszam do środka. – Przechodząc obok Natalia stwierdziła, że kobieta z daleka wyglądająca na jej rówieśniczkę, z bliska okazuje się mieć ze dwadzieścia lat więcej.

Znaleźli się w wąskim przedpokoju, który zaraz przechodził w duży salon. Tak jak Petro zdjęła kurtkę. Oboje nie wiedzieli co z nimi zrobić, bo przy drzwiach brakowało jakichkolwiek wieszaków. – Tutaj rzućcie – gospodyni wskazała obity białą skórą fotel stojący zaraz za wejściem do salonu. – Trochę u nas skromnie z meblami. Tak tymczasowo. – Natalia przyznała jej w myślach rację. Na środku pomieszczenia stała reszta zestawu: wielka kanapa i drugi fotel, przedzielone ławą o szklanym blacie. Reszta przestrzeni była pusta. Żadnych obrazów na ścianach, szaf, komód. Tylko rozpalony kominek z bielonych kamieni. Kiedy siadała w rogu kanapy, we wskazanym przez gospodynię miejscu, zauważyła, że salon łączy się z wnęką kuchenną. Paliło się tylko jedno światło, szklana kula nad nimi. Sięgające podłogi okna wychodziły na ogród. Niewiele było w nim roślinności, jedynie krzewy rosnące tuż przy ogrodzeniu. Środek podwórka pokrywał trawnik, po którym spacerował wielki szary wyżeł. Natalia widziała go doskonale, bo ogród oświetlał umieszczony gdzieś na dachu halogen.

– To Fuga – powiedziała gospodyni widząc, że pies zainteresował gościa. – Ukochana męża. – Uśmiechnęła się zajmując miejsce w fotelu. – Miała być ostrym zwierzem na polowania, ale się głupia nawet chomika boi, wiec mamy kanapowca trzydzieści kilo.

– Mam nadzieję, że nie psujemy ci planów? – zapytał Petro.

– Nie, no skądże. Ty nigdy. Staruszek wyjechał nad morze bawić klientów, takich co nigdy tyle wody nie widzieli, więc… przyda mi się towarzystwo. Poza Fugą same chłopy się tu kręcą, nie ma z kim pogadać, bo mruki.

– Coś o tym wiem – wtrąciła się Natalia mierząc wzrokiem swojego towarzysza. – Przez ostatnie pięć godzin powiedział może ze trzy pełne zdania.

– Kochanie – uśmiechnęła się gospodyni. – Ja z nim kiedyś byłam tydzień pod żaglami. Tylko jak zaśnie, to mu się gęba nie zamyka. Chrapie jak stary Moskwicz z urwaną rurą.

– Mam słabą mięśniówkę gardła – obruszył się mężczyzna.

– A może sadełko rośnie? – Jelena wskazała palcem.

– Co? Mi? Skąd? – uśmiechnął się prostując w fotelu i klepiąc się po brzuchu.

– A właśnie, ja głupia. – Gospodyni zerwała się na nogi. – Z drogi jesteście. Głodni, spragnieni. Kawa? Herbata? Koniak? Winko? Mogę podgrzać pieczeń. Sama nie robiłam, chłopcy przywieźli – mówiła kierując się w stronę kuchni. – Mamy restaurację niedaleko. Doskonale jeść dają…

– Ja nie Jelena – Petro próbował przebić się przez słowotok gospodyni. – Muszę lecieć, mówiłem. Tylko jeszcze… Pamiętasz?

– A, chłopaków chcesz pożyczyć? Weź młodego spod domu. On już czeka. Po resztę podjedziecie. Tylko mi ich nie męcz za bardzo. Śpią potem cały dzień a w południe stary wraca.

– Jeszcze raz dziękuję…

– A za co? Dzisiaj ja tobie, jutro ty mi. Zresztą, kto to między przyjaciółmi zliczy? Wracajcie szybko. A jeszcze jedno! – Jelena zatrzymała się w połowie drogi do lodówki i spojrzała mu prosto w oczy. – Śpisz na kanapie czy z chłopakami w chałupie obok? Bo jak tutaj to po dziesiątej nie wpuszczę… – Zrobiła groźną minę, ale zaraz się uśmiechnęła.

– Nie, ja raczej… no jeszcze nie wiem jak się wieczór potoczy. Na pewno rano wpadnę, na śniadanie.

– O, to trzeba więcej bułek zamówić. – Jelena ruszyła dalej. Otworzyła lodówkę i spojrzała na Natalię: – To co pijesz kochanie?

– Może ten koniak?

– Mam tylko Sarajishvili, prawie jak koniak. Dobre z kawą na początek?

Natalia potwierdziła ruchem głowy.

– O pieczeń nie pytam, zjesz na pewno. A, Petro, jak już idziesz. Weź śmieci ze sobą. Tam worek stoi. Młody ci powie gdzie kontenery.

*

Pod pierwszym adresem z listy znajdowało się mieszkanie. Powojenna kamienica, odnowiona elewacja i domofon, który pokonali dzwoniąc pod ostatni numer z listy lokatorów, udawali roznosicieli ulotek. W mieszkaniu nikogo nie było. Wars wyjął swój zestaw wytrychów i sprawnie otworzył drzwi. Za nimi kryła się kawalerka. W jedynym pokoju stało biurko, wąska szafa, fotel i mała kanapa. Najtańsze meble z Ikei. Na blacie lampka i stosik papierów. W szafie dwie marynarki, kilka koszul i skoroszyty wypełnione dokumentami.

– Mamy niecałą godzinę – powiedział Wars zerkając na zegarek. – Potem musimy jechać po Krzyśka. Masz w telefonie aparat?

– No ba, każdy teraz ma – powiedział Jacek i zaraz się uśmiechnął rozbawiony przypadkowym rymem.

– To ty bierzesz biurko a ja szafę. Przeglądamy. Szukamy czegoś, co może nam cokolwiek powiedzieć o właścicielu lokalu. Robimy zdjęcia, jak najwięcej.

Zabrali się do roboty. Jacek co jakiś czas nerwowo oglądał się w stronę drzwi, nasłuchując czy dźwięki na klatce nie zaowocują wtargnięciem kogoś do kawalerki. Wars zdawał się ignorować wszystko poza papierami. Znaleźli rachunki na kilka firm podpisane przez wiele osób. Starali się dokumentować głównie te opiewające na duże sumy. Nie znaleźli żadnych papierów kojarzących się z ich sprawą. Jacek ze śmietnika wyciągnął wydruki stron internetowych.

– Malownicze – powiedział przyglądając się jakiemuś zdjęciu. – Też bym chciał tam chawirę.

– Pokaż.

Chłopak rozprostował kartkę i podał ją Warsowi mówiąc: – Chyba od pośrednika nieruchomości. Isla Mujeres.

– Wyspa kobiet – odpowiedział Baron. – Niedaleko Cancún.

– Meksyk?

– Nie ma ekstradycji. Zrób fotkę.

– Tu jest jeszcze kilka – powiedział Jacek wyciągając kolejne kartki ze śmietnika. – I nadgryziony Pawełek.

– Zrób wszystkim zdjęcia – Wars zignorował informację o niedojedzonym batonie. – Musimy się zwijać.

Wars zajrzał jeszcze do kuchni. W lodówce znalazł dwie butelki piwa i wodę mineralną. W szafkach nie było prawie żadnych naczyń, poza dwiema szklankami, kubkiem i papierowymi talerzykami.

– Tu się raczej nie mieszka – podsumował Jacek wyglądając z łazienki, w której odkrył tylko mały ręcznik i kilka rolek papieru toaletowego.

*

Krzysiek nie patrzył im w oczy. Nie chciał, żeby się domyślili, że ich okłamał. Jechali pod wskazany adres, Wars prowadził, Jacek siedział z przodu a jego usadzili z tyłu. Po tym jak wsiadł zapytali czy wie jak tam dotrzeć, potwierdził i wskazał drogę ulicą Płochochocińską.

– Jak się czujesz? – zapytał Jacek odwracając się do pasażera skulonego na tylnej kanapie.

– No, a jak mam się czuć? Chujowo…

– Wjebali cię…

– Jacek! Daj mu spokój – wtrącił się Wars. – Jeszcze możemy z tego wyjść. Zobaczymy, czego chcą. – Uspokajał łowiąc spojrzenie Krzyśka w lusterku.

– No, tak. Sorry, że się tak… po prostu chciałem…

– Tu w lewo – rzucił Krzysiek wskazując zjazd do centrum handlowego.

Większość samochodów skręcała w tym samym kierunku, do największej w Warszawie chińskiej hali targowej, zadaszonego molocha mieszczącego prawie półtora tysiąca stoisk. Dumny następca stadionowego Jarmarku Europa powitał ich korkiem na wjeździe. Wars zdecydował się nie przekraczać bramy po lewej tylko zaparkować na wolnym miejscu poza ogrodzonym terenem, skręcił w prawo i zajął zwolnione przed chwilą miejsce. Zgasił silnik i wyjął telefon. Wybrał numer.

– Jesteście? – zapytał. – Kiepsko… duży teren, sporo wyjść… Obstawiajcie bramę wyjazdową i najbliższe wyjścia… Dobra, w pogotowiu… Zadzwonię jak będę więcej wiedział. – Rozłączył się, odwrócił do Krzyśka i zapytał: – Co dalej?

– Miałem puścić im sygnał jak dotrzemy.

– To dawaj – powiedział Wars.

Krzysiek odszukał aparat i połączył się z jedynym numerem zapisanym w kontaktach telefonu, który dostał od łysego skurwysyna. Inaczej nie potrafił o nim myśleć, cała nienawiść do prześladowców skupiała się na mordzie tego typa. Przerwał połączenie i już po chwili dostał sms.

– „Wejście piąte, prosto, aż do kibli, tam kolejny sygnał”, tak napisali – wyjaśnił.

Wars wklepał kilka słów w klawiaturę swojego telefonu, po czym schował go do kieszeni i spojrzał na towarzyszy: – No dobra, idziemy. Tylko niespiesznie, najwolniej jak się da. Gdyby był kocioł pamiętacie gdzie się spotykamy? – Przytaknęli. – A i łap. – Wars rzucił Jackowi klucze od samochodu. – Mam zapasowe. Gdyby nas rozłączyli, pierwszy przy aucie wsiada i odjeżdża, drugi wali na piechotę. Ty Krzychu trzymaj się jednego z nas.

Na parkingu przed halą ciągnął się sznur samochodów, wszyscy szukali wolnych miejsc postojowych jak najbliżej głównych wejść. Zaczęło kropić. Krzysiek podniósł kaptur kurtki, po czym wsadził dłonie jak najgłębiej w jej kieszenie. Prawą przytrzymywał blisko ciała zimny przedmiot, który już kilka godzin wcześniej wepchnął za pasek spodni. Zaczął drżeć, nie wiedział czy z wlewającego się przez kołnierz zimna, przez chłód lufy, czy z nerwów. Przed drzwiami numer pięć kłębił się tłumek otaczający niewielką popielniczkę. Wszyscy chcieli być jak najbliżej najeżonego kiepami okręgu, bo tylko w tym miejscu nie zacinał wiatr. Jacek spojrzał na ludzi blokujących przejście, po czym zgasił papierosa na chodniku. Wars w tym czasie otworzył drzwi i puścił Krzyśka przodem. Przepuszczony natychmiast pomyślał, że Baron go rozgryzł, dlatego wysyła pierwszego. Przeszło mu przez głowę, że teraz będzie służył za żywą tarczę. Starał się uspokoić rozbiegany wzrok i wyrównać oddech, żeby tylko nie poznali, że denerwuje się bardziej niż powinien. A jak właściwie powinien się denerwować człowiek w ich sytuacji? Każdy srałby po gaciach – podsumował w duchu. Popatrzył za siebie i zobaczył, że Wars przepuścił również Jacka, po czym rozejrzał się na zewnątrz i dołączył do nich. – Sprawdzał tyły. Nie węszy zdrady – pomyślał Krzysiek.

Wnętrze wypełnione było jasnym światłem i ludzkim gwarem okraszonym mdłą, syntezatorową melodią. Muzyka dolatywała gdzieś spod wysokiego sufitu. Przedzierali się przez tłumy ludzi, którzy nie do końca wiedzieli, czy wyłożone przez boksami ciuchy przebierać na tym, czy na kolejnym stoisku. Co chwila ktoś idący przed Krzyśkiem nagle decydował się zawrócić, albo skręcić w bok. Do tego, co pewien czas rozlegało się skrzekliwe: – Przeplasiam! – i mijał ich orientalny typ na hulajnodze. Miał wrażenie, że to wciąż ten sam skośnooki, tylko za rogiem zmienia kolor podkoszulki i zaraz wraca. Jacek widać myślał o tym samym, bo nachylił się do ucha Krzyśka i wskazując dwukołowiec powiedział: – Ten chinol, to wykurwisty kamuflaż dla szpicla naszych prześladowców. – Rozmówca nie odwzajemnił uśmiechu, więc Jacek tylko wzruszył ramionami i szedł dalej. Wszelkie wątpliwości, co do szpiegowskiej natury właściciela hulajnogi rozwiało zderzenie dwóch takich pojazdów na kolejnym skrzyżowaniu alejek. Twarze biorących w stłuczce Azjatów były dla Krzyśka identyczne. Jakaś baba zaczęła krzyczeć, bo kółko strzeliło ją w kostkę. Zaraz interweniował jej mąż zwracając się do siwiejącego na skroniach kierowcy: – Pierdolony chiński smarkacz!

Udało im się wyminąć zbiegowisko i zaraz za nim zauważyli ubikacje. Wars zaproponował wejście do środka. Stłoczyli się w niewielkim pomieszczeniu z umywalkami. Krzysiek wysłał sygnał i tak jak poprzednio, już po chwili dostał odpowiedź. – Dalej prosto, potem pierwsza w lewo i druga w prawo – przeczytał ją na głos.

– I co dalej? – dopytywał się Jacek.

– Nic, tyle napisali…

– Kurwa, przegonią nas, że się jeszcze zgubimy…

– Już pewnie mamy ogona – stwierdził Wars wystukując treść kolejnej wiadomości. – Nawet dwa, bo jeden jest nasz. Tylko się nie rozglądajcie, bo jeszcze wsypiecie naszego. Jazda! – Wyszli na alejkę i ruszyli we wskazanym kierunku.

Krzysiek miał już dosyć. Pociły mu się dłonie, wciąż schowane w kieszeniach kurtki. Irytowali mijani ludzie i gwar. Wkurwiała zapętlona melodia nadawana przez bazarowy radiowęzeł. Z głębi świadomości przebijała się twarz łysego, która już kilka razy mignęła mu w tłumie. Napinał wtedy mięśnie i był gotów do działania. – Zajebałbym chuja – cedził pod nosem. Dopiero po chwili uświadamiał sobie, że to ktoś inny. O Helenie starał się nie myśleć, nienawiść do gwałciciela zakrywała poczucie winy wobec żony. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zdradzić wszystkiego swoim towarzyszom, nie dać im szansy na wyjście z sytuacji na ich zasadach. Te wątpliwości też uśmiercał widokiem lśniącej glacy pochylonej nad plecami żony.

Kiedy przeszli ostatni wskazany zakręt w kieszeni Jacka odezwał się sygnał wiadomości. Wyjął go i bez słowa pokazał swoim towarzyszom: – Boks B 217.

– To już tam? – głos Jacka lekko zadrżał.

– Albo kolejna zmyłka – stwierdził Wars.

*

Boks B 217 mieścił się pomiędzy stoiskiem obuwniczym a sklepem z ubraniami dla dzieci. Był wyłączony z handlu, zamknięty. Szyby od wewnątrz zaklejono chińskimi gazetami. Jacek próbował zerknąć co kryje się w środku, ale nic nie zobaczył, szklaną powierzchnię szczelnie wypełniały płachty papieru zadrukowane orientalnymi znaczkami. Wars ruszył do drzwi wejściowych, brat Natalii stał tuż za nim a Krzysiek kilka kroków dalej, szykował się do odegrania szokującej dla wszystkich roli. Przypomniał sobie instrukcje łysego draba, dyktowane, kiedy zabrał go od śpiącej Heleny. Krzysiek słuchał w milczeniu. Oprych przedstawił cały scenariusz postępowania. Opisał spotkanie, które miało się zaraz zacząć, powiedział co ma zrobić, w którym momencie rozpocząć akcję. Wypuszczając go w Warszawie oprych wcisnął Krzyśkowi zwinięty w szmaty przedmiot. To był główny rekwizyt zbliżającego się przedstawienia. Waliło mu serce, kiedy Wars pchnął drzwi i wszedł do ciemnego wnętrza. Jacek ruszył za Baronem, a on, główny aktor spektaklu, zawahał się. Stał przed drzwiami do boksu i patrzył na twarze mijających go ludzi. Myślał o tym, że jak coś źle pójdzie mogą to być ostatni ludzie, których w życiu widzi. Być może niewinni świadkowie. Owieczki żyjące swoim poukładanym życiem, niezdające sobie sprawy z tego, że kiedy przekopują się przez sterty chińskich podróbek za ścianą rozgrywa się ludzki dramat. Rozsunął kurtkę, żeby mieć łatwy dostęp do chowanego za paskiem pistoletu i wszedł do środka zamykając za sobą drzwi.

Na środku pomieszczenia siedział mężczyzna w szarym garniturze. Pociągła twarz, siwizna na włosach, zmarszczki wokół oczu. Na oko pięćdziesiąt lat. Gospodarz spotkania starał się zachować powagę, ale gdzieś za nią czaił się umiejętnie skrywany sarkastyczny uśmiech. Oświetlała go zdezelowana lampa stojąca, która z wysokości półtora metra rzucała światło na środek pomieszczenia. Po kątach walały się fragmenty manekinów i sklepowe wieszaki.

Krzysiek zobaczył, że ktoś otwiera zamknięte przez niego drzwi. Do pomieszczenia wsunął się niski, ale napakowany mężczyzna w skórzanej kurtce. Wars zmierzył go złowrogim spojrzeniem.

– Ręce za głowę proszę. Rozumiecie, względy bezpieczeństwa – powiedział siedzący przed nimi mężczyzna. Wykonali polecenie. Mały atleta przeszukał ich zaczynając od Jacka a kończąc na Krzyśku. Zignorował ukrywaną przez niego broń, a przecież Krzysiek czuł jak przesuwa po niej dłoń. Strażnik skończył i wyszedł na zewnątrz.

– Proszę, usiądźcie – rzucił szary garnitur wskazując trzy krzesła ustawione na granicy kręgu światła rzucanego przez lampę. Wars i Jacek wykonali polecenie, Krzysiek znowu się zawahał, tym razem nie wiedział, które krzesło wybrać, zostały dwa puste miejsca. Wybrał te bliżej Warsa. Spocone ręce ślizgały się na oparciu, kiedy próbował przesunąć krzesło. Gdy pośladki ostatniego gościa dotknęły siedziska gospodarz sięgnął za siebie i nacisnął przycisk ustawionej na statywie kamery. Wcześniej nikt jej nie zauważył, bo statyw wyglądał jak zdezelowany element dawnego wyposażenia sklepu. Zapaliło się czerwone światełko. – Mam nadzieję, że nie będzie panom przeszkadzał fakt nagrywania naszej rozmowy. Mała archiwizacja dla mojego klienta. Tak klienta, reprezentuję człowieka, który ma wobec panów plany. To spotkanie ma na celu naświetlenie panów przyszłych obowiązków i przedstawienie argumentów oraz żądań, które nie będą podlegały negocjacjom. Rozumieją panowie? – Tylko Wars lekko pokiwał głową, Jacek nerwowo ściskał ramę krzesła, a w głowie Krzyśka kołatało się jedno pytanie: – Czy zacząć teraz? – Powstrzymywał się przed działaniem ciekawy, co jeszcze powie szary garnitur. – Rozumiem, że panowie akceptują warunki spotkania…

– Czy dzisiaj poznamy pana pracodawcę? – zapytał nagle Wars.

– To nie będzie konieczne, a nawet jest niewskazane, ze względu na… delikatną naturę państwa stosunków. Proponuję, żeby uznali mnie panowie za choć trochę bezstronnego negocjatora… Nie, posłańca. Panów sytuacja nie daje zbyt dużego pola do negocjacji. Powiem, czego klient chce i rozstaniemy się w zgodzie…

– A jeśli wcześniej urwiemy panu kilka palców, albo zostawimy na pięknej twarzy jakieś znaki rozpoznawcze? – zapytał Wars spokojnym głosem.

– To będzie niewskazane – czający się za maską opanowania uśmieszek zniknął. Oczy na chwilę zerwały kontakt z rozmówcami i gospodarz spojrzał gdzieś w bok. Zaraz wrócił do Warsa i dodał: – Za drzwiami czeka kilku wyszkolonych w szybkich interwencjach panów, a kamera nie tylko nagrywa, ale również nadaje do jednego z setek pomieszczeń znajdujących się w hali. – Szary garnitur zmusił się do lekkiego uśmiechu. Wars odchylił się lekko do tyłu i rzucił okiem tam gdzie wcześniej zerknął ich rozmówca. Krzysiek to zauważył i zdecydował się odczekać chwilę zanim zrobi to samo.

– Kamera nie nadaje, znam ten model. Nie ma takich opcji – rzucił nagle Jacek.

– Być może. Ale panowie za drzwiami są gotowi wkroczyć w każdym momencie…

– Dobra, przestańmy pierdolić i przejdźmy do konkretów. Czego od nas chcecie? – warknął Wars.

– Słusznie – gospodarz poprawił się na niewygodnym krześle. – Pan Jacek jest tutaj jedynie jako reprezentant interesów swojej siostry, który być może stanie się jeszcze pełnoprawnym uczestnikiem wydarzeń. Mój klient zna jego interesy i zostawionych na lodzie wspólników. Ale kluczowym bohaterem naszego spotkania jest pan, panie Wars. Klient występuje tu jako poszkodowany, ofiara pańskich działań sprzed trzydziestu lat i chce, żeby właśnie teraz dowiedział się pan, z czego wynika jego niechęć do pana. – Szary garnitur sięgnął do stojącej na podłodze teczki. Krzysiek wykorzystał chwilę jego nieuwagi i spojrzał tam gdzie przed chwilą patrzyli gospodarz i Wars. Po prawej stronie, na końcu pomieszczenia, w mroku, kryła się ściana luster. Pozostałość po dawnej przebieralni. Kilka sekund zajęło mu dojście do tego, dlaczego człowiek w garniturze patrzył tam w chwili zagrożenia. Już wiedział co zrobi, musiał zmienić plany. Posłaniec wyciągnął z torby dużą odbitkę, fotografię jakiegoś mężczyzny i podał ją Warsowi, który skupił się na czarnobiałej twarzy. – Poznaje pan tego człowieka?

– Nie – odparł Baron po chwili ciszy. – Ni chuja nie poznaję tej gęby. – To był ten moment. Łyse bydlę kazało Krzyśkowi przygotować się na tę chwilę. Miał być czujny i reagować na kolejne słowa przedstawiciela prześladowców. Wkroczyć do akcji, kiedy usłyszy hasło.

– To przykre, że w ten sposób wypowiada się pan o nieznajomym człowieku, którego pozbawił pan życia. Którego rodzinę naraził pan na cierpienie. Którego żonę doprowadził do załamania nerwowego, a syna pozbawił najukochańszego ojca.

– Kto to jest? – Wars wrzasnął potrząsając zdjęciem.

– To jest drogi panie Roman Grzelak.

– Kto?

– Mężczyzna, którego zimą 1984 zostawił pan na pewną śmierć w bagażniku taksówki…

– Na śmierć? – Wars był wyraźnie zdziwiony. Krzysiek szykując się do działania przesunął rękę w kierunku broni. Krew pulsowała mu w skroniach. Wiedział, że zaraz będzie musiał zrobić coś, co doprowadzi do nieprzewidywalnego ciągu zdarzeń.

– Tak panie Wars… – szary garnitur wstał. Jego twarz zniknęła z kręgu światła – …teraz zapłaci pan za krzywdę jego syna. – To był znak dla Krzyśka. W tym momencie łysy kazał mu wstać, wyciągnąć broń i strzelić Warsowi prosto w kichy. Dokładnie tam gdzie będą największe zniszczenia, ale ofiara nie zginie od razu, będzie konać w męczarniach. Od początku nie zamierzał wykonywać poleceń gwałciciela, planował strzelić do prowadzącego spotkanie, a potem, nim przybędą posiłki, wydusić od niego nazwisko prześladowcy. Chciał grozić mu bronią przysuniętą do skroni, trzymać w szachu karki, które zapewne wsypałyby sie przez drzwi. Być może by zginął, ale gdyby zjawiła się władza, gdyby przeżył, wyznałby wszystkie swoje grzechy. Chciał się poddać. Miał dość. Teraz stał trzymając rękę na pasku i nie robił nic. Myślał. Gospodarz spotkania milczał, jakby zabrakło mu słów. Krzysiek oprzytomniał i wykonał nowy plan. Wyjął broń i wycelował w lustra. Był przekonany, że są weneckie. Słyszał kiedyś o podobnych przebieralniach, w których właściciele podglądali klientki. Jeśli się mylił, mógł zawsze wrócić do pierwotnego planu i postrzelić prowadzącego spotkanie. Strzelił dwa razy. Szkło pękło. Miał rację, lustro było weneckie. Zobaczył dwie postacie. Jedna opadała na kolana, druga rzuciła się w mrok kryjący resztę pomieszczenia za lustrami. Ruszył w ich kierunku. Nie widział nic poza leżącym już na ziemi człowiekiem, światło lampy odbijało się od gładko ogolonej głowy. Wycelował jeszcze raz. Drugi człowiek otworzył drzwi w głębi ukrytego pomieszczenia i wpuścił odrobinę światła z alejki. Wtedy Krzysiek spojrzał w oczy łysego bydlaka. Zobaczył w nich błaganie, prośbę o zrozumienie, strach. Wtedy strzelił ostatni raz.

Odcinek 19-1+++

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.