Parada Grzeszników (18)

Piotr Jezierski

PARADA GRZESZNIKÓW

W POPRZEDNICH ODCINKACH: Natalia ucieka porywaczom. W powrocie do Polski pomaga jej przyjaciel Barona Warsa. Mężczyzna przez przypadek zdradza, że Wars jest jej ojcem. W tym czasie Krzysiek budzi się nagi w nieznanym sobie miejscu. Jest przywiązany do łóżka, a w uszach ma słuchawki, przez które tajemniczy głos mówi mu: – Zaraz zacznie się przedstawienie, a ja będę twoim narratorem. – Ubezpieczany przez Jacka Wars dociera na spotkanie ze swoim dawnym zwierzchnikiem. Mężczyźni rozmawiają o toczącej się grze.

 

ODCINEK 18

Dotarli na szczyt wzniesienia. Starzec przez całą drogę ważył zyski i straty z wyjawienia Baronowi swoich tajemnic. Zatrzymali się na górze, obaj mieli lekką zadyszkę.

– Dobra, przemyślałem, już wiem ile mogę.

– Trwa gra?

– Tak.

– Ty pociągasz za sznurki?

– Za stary jestem, to zabawa dla młodszych.

– To mi kurwa coś powiedz. Wiesz, że grają ale ty sam nie. Jak poprzednio, jesteś dobry wujek i trzymasz się z daleka.

– Wtedy też w tym nie siedziałem. Mówiłem ci prawdę. Tak jak teraz.

– Nie pierdol. Dziwnym trafem właśnie zginęły dwa rozgrywane pionki. Rozjebał się samochodem koleś od afery z prywatyzacją Polmosu. A tak się składa, że ten Polmos, to była twoja główna konkurencja, bo ty Mieciu od dwudziestu lat w monopolach siedzisz, sprawdziłem. Koleś pewnie miał u siebie w firmie przymknąć na coś oko, coś zachachmęcić a w zamian nikt się nie dowie o jego przekręcie sprzed lat. Ale nie chciał współpracować, a wyjawienie starej afery i tak było ci na rękę, bo wykończy konkurencję. Ty tu jesteś zwycięski niezależnie od wyniku, więc mi nie mów, że nie rozgrywasz.

– Dobra, rozgrywałem. Gdzieś pod koniec komuny dałem się wkręcić. Trzeba było kombinować, żeby na pewne stołki wskoczyć jak się system zawali. Moją wygraną były alkohole i jeszcze kilka biznesów. Wtedy to gra była szalona, ludzie masowo znikali, pojawiła się duża kasa. Stara gwardia się bawiła…

– Koledzy z leśniczówki? – zapytał Wars pokazując mu telefon i jedno ze zdjęć znalezionych w piwnicy.

– Już nie tylko, graczy było więcej niż za PRLu. Te fotki ci już nic nie dadzą, bo twarze się zmieniły. Zaczął się nowy wiek i rozgrywki przejęli młodzi. Siatka się rozrosła, wielu ludzi dla nas pracowało nawet bez haków. Zbieraliśmy informacje, płaciliśmy nawet za plotki, oczywiście z pewnych ust. Gra zdziczała, pojawiły się przypadki przekupywania policyjnych świadków, żeby tylko sprawa mogła wypłynąć po latach, w czasie kolejnej rozgrywki a nie podczas śledztwa. Haki na ludzi stały się kartami w rozgrywce.

– Domyślam się po co ci jestem potrzebny.

– Kilka lat temu pojawiła się tradycja – Mietek zignorował uwagę Warsa. – Starzy gracze odchodzili namaszczając wprowadzanych nowicjuszy i przekazując im swoje karty. Ja też się odsunąłem, ale nie wyznaczyłem następcy. Wolałem zatrzymać swoje materiały i co jakiś czas wymieniać je na przysługi. Z pięć lat temu zrezygnował Stalmaszczyk, pamiętasz go?

– Dziadzio, tuż przed setką dzisiaj.

– Tak, kiedyś sama góra. Odszedł z gry i oddał lejce gówniarzowi, który chyba mu sporo za to zapłacił, bo ani z rodziny, ani znajomek. Zaraz dzieciaka sprawdziłem. Czysty jak łza. Garniturek, obrotny inwestor, duża kabza i nawet z klasą, ale chuj wie czyj on. Przed dwudziestką nie istniał. Wszystkie papiery zaczynają się od dyplomu na uniwerku, a cała kasa kilka lat później. Chłopak faktycznie na wszystko sam zarobił, nikt mu nie wykładał na rozbieg. Imponujące samozaparcie przy mnożeniu gotówki. Ale jak to u nas bywa, albo się usmarujesz na początku, albo zaczniesz brudzić jak jesteś wysoko. Ciągnie do władzy, a on się chyba wolał angażować anonimowo, więc zaczął grać.

– Jak on się nazywa? Bo rozumiem, że istotny?

– A, no tak. Kuba Joniec. Ale jak mówiłem, nic nie znajdziesz. Na to nazwisko jest czysty. Poza tym unika rozgłosu. Na starość będzie idealną szarą eminencją. – Zakasłał zakrywając dłonią usta.

– Suszy od gadania? – zapytał Wars wyjmując z kieszeni piersiówkę Jacka. – Masz, popij.

Mietek wychylił łyk i się skrzywił. – Gówno straszne.

– Darowanemu się nie zagląda – odparł Wars i też napił się gorzkiego płynu. Musiał przyznać rozmówcy rację, winiak smakował jak rozpuszczalnik. Wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował. Sam też zapalił łamiąc daną sobie obietnicę o małej przerwie z nikotyną.

– Na czym to ja…?

– Na Jońcu.

– Młody ze dwa razy wcześniej grał. A teraz, jakieś trzy miesiące temu, przylazł do mnie, bo słyszał, że mam dużo haków za pazuchą. Powiedział, że kasę ma i chciałby zagrać o coś innego, jakieś wyzwanie chciał, nie niewinną ofiarę, drapieżnika, a przy okazji dobrać się jednemu kolesiowi do dupy. Komu nie wiem, prywata jakaś. Ja na to, że dam mu kilka haków ale jest sprawa z prezesikiem od wódy. Wiem, że Joniec zaprosił jeszcze kilku graczy z drobnymi sprawkami. Ja miałem tylko dostać Polmosa na talerzu…

– Tylko to?

– No i twoje archiwum. Postawiłem warunki. Tak zmusić cię do wypłynięcia, żeby nie zrobić ci krzywdy. Rodzina miała być nietykalna. Czekałem tylko na cynk, że się pojawiłeś. Dostałbyś plecy, może lekkie popchnięcie, żeby skoczyć do skrytki. Potem przejęcie i masz spokój.

– Po chuj ci te papiery? Gdyby nie moja córka, pewnie bym tam nigdy nie zajrzał, zgniłyby razem ze mną.

– Spora grupa pierników naciskała, żeby odszukać twoje zbiory. Chodzące trupy, tak jak ja, ale się boją, że dzieciom i wnukom życie spierdolą jak to wszystko wypłynie. Dla większości z nich ty jesteś martwy, łyknęli, ale się bali komu wcześniej przekazałeś, czy też przez przypadek ktoś znajdzie i puści w obieg. A ja miałem to załatwić, bo Baron Wars to moja sprawa. Ale już się nie nadaję, po zawale dałem spokój. Tylko spokojne interesy. A tu się gnojek zjawia i sam chce sprawę rozkręcić, to co, miałem nie spróbować?

– Kurwa, puściłeś jakieś bydle na moją rodzinę.

– Tego nie chciałem. Po prawdzie to zauważyłem, że zaczął coś kręcić. Miałem takiego jednego co mi pomagał przy rozgrywkach, jeszcze z czasów leśniczówki, miejscowy spod Szczytna. Chciał się już wycofać, mówił, że ostatnia sprawa, bo gotówki potrzebował i emerytura. Dałem namiar Jońcowi i kilka dni temu czytam, że mój człowiek samobója strzelił. Dzwonię do zainteresowanych i słyszę, że ten gnojek go zastraszał, kazał jakieś papiery wypisywać, groził, no pogrywać zaczął organizatorem rozgrywek. Znałem człowieka dosyć dobrze, żeby sobie łeb rozwalił musiał naprawdę się bać, nie o siebie, o bliskich.

– I nie pomyślałeś, że ten twój Kubuś coś śmierdzi?

– Myślałem, ale co ja teraz mogę, już na tylnym siedzeniu jadę.

– Ale pewnie wiesz jak się chujowi do dupy dobrać?

– No, swoje wiem. Chcesz coś dostać dawaj papiery, oryginały. Kopiami to se można dzisiaj dupę podetrzeć.

Wars rozpiął kurtkę i wyciągnął zza niej grubą kopertę z wyrysowanym flamastrem wielkim M. Podał ją starcowi. Ten przejął dokumenty i zaczął je przeglądać.

– Tu jest wszystko?

– Wszystko co miałem na ciebie. Niewiele, bo się dobrze kryłeś.

– A może za starej władzy było bardziej uczciwie?

Wars wskazującym palcem odwinął sobie powiekę prawego oka.

– Jedyne co mogę to przyspieszyć rozgrywkę. Dostaniesz trochę papierów, mam kilka jego adresów. Sam sobie sprawdzisz. Niewiele tego, bo gość się nieźle maskuje. Wiedz, że od teraz pomagam bezinteresownie – ton głosu Mietka zmienił się na bardziej poważny. – Za te wszystkie lata wspólnej pracy i za to co ci zrobiłem potem. Teraz gracze się ze mną liczą i mogę ci zapewnić bezpieczeństwo. Szczerze. Umrę choć trochę nieujebany tym gównem.

– Bezinteresownie? A nie trzęsiesz dupą, przed resztą mojego archiwum. Na ciebie nic nie ma, ale jak inne świnie polecą, to pociągną niejednego.

– Wars, nie ma już twojego archiwum. – Mietek patrzył w oczy rozmówcy. – Przykro mi to mówić, ale stary już jesteś, pleców nie widzisz. Zaprowadziłeś mnie prosto do skrytki. Czas na spoczynek. Ryby łowić, przyjaciół odwiedzać. Znajdziemy twoją córę, posprzątamy i dasz sobie spokój, emeryturka. Już cię nie będą paliły stare haki.

*

– Czeka cię wyjątkowy spektakl, jednocześnie zagrasz jedną z głównych ról i będziesz widzem. Nie masz doświadczenia aktorskiego w tego typu produkcjach, więc musiałem ci trochę pomóc, dostałeś niebieską pigułkę, żeby podołać – mówił odrobinę rozbawiony głos w słuchawkach. Należał do w miarę młodego człowieka, który bez trudu dobierał słowa. Krzysiek wbił wzrok w drzwi, bo wiedział, że to zza nich przyjdzie niebezpieczeństwo. Głos zaczynał go irytować, rozpraszał podczas przygotowań na nieznane zagrożenie, które zapewne miało uderzyć w jego męskość. Wyobrażał sobie, że za chwilę zostanie zmuszony do stosunku z jakimś obleśnym typem. Był niemal pewien, że zaatakują jego heteroseksualną naturę. – Nie będę ci nudził cały czas, włączę się tylko, żeby to i owo wyjaśnić. Zaraz się zacznie, rozkoszuj się widowiskiem. – Dodał głos i w słuchawkach zapadła cisza.

Drzwi odrobinę się uchyliły. Krzysiek napiął mięśnie. Mimo, że w pokoju było ciepło przeszył go dreszcz. Zacisnął mocno powieki, stwierdził, że może lepiej nie widzieć tego co będzie się działo. Ale już po chwili usłyszał głośny dźwięk. Odruchowo otworzył oczy i zobaczył, że to energicznie otwarte drzwi walnęły o ścianę obok. Do pokoju wpadła tyłem chichocząca kobieta. Kierowała się w jego stronę. Widział tylko jej plecy przecięte paskiem stanika i zgrabne pośladki pod urzędową spódniczką. Do pomieszczenia wepchnął ją łysy brodacz stojący teraz w drzwiach. Miał na sobie tylko czarne slipy i rozpiętą koszulę. Kobieta wciąż się śmiejąc usiadła na łóżku. Ręką oparła się o nagą nogę Krzyśka. Wtedy spojrzała w jego stronę i zobaczył jej twarz. – Oooo! – wydała z siebie pomruk zdziwienia. Zaczął się rzucać. Chciał zerwać więzy i zadusić draba ściągającego właśnie bieliznę. Chciał, żeby Helena przestała się śmiać. Zakończyć ten koszmar. Kiedy głaskała go po nodze zbliżając się do sterczącego członka skupił się na jej spojrzeniu, zwykle bystrym, teraz rozmarzonym, niemal pozbawionym świadomości, zakrytym mgiełką. Coś jej dali – pomyślał. – Pigułkę gwałtu, czy jakieś inne gówno. Nie będzie nic pamiętała.

Potężne łapy oderwały ją od męża i odwróciły tak, że klęczała teraz na krawędzi łóżka. Łysy pozbył się już slipów i swoim potężnym przyrodzeniem smyrał ją po plecach. Jego palce dotknęły zapięcia stanika. Krzysiek patrzył jak uwolnione piersi żony kołyszą się, kiedy dryblas popycha ją w jego stronę. Helena pochyliła się, podciągnęła spódnicę na biodra i wypięła pośladki. Jęknęła rozkosznie a jej mąż poczuł jak cała krew, poza tą zaanektowaną przez wzwód, odpływa do głowy. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu czaszka. Z oczu lały się łzy. Już nie próbował się wyrywać, wiedział, że nie da rady jej z siebie zepchnąć. Mógł tylko się wycofać, schować gdzieś głęboko w skorupie tego ciała i udawać, że to wszystko go nie dotyczy. Oprawca rozerwał jej majtki. Usiadła mężowi na kolanach i przez chwilę bawiła się jego męskością. Potem dryblas strzelił ją otwartą dłonią w pośladek. Mruknęła uwodzicielsko i zbliżyła się do twarzy Krzyśka. Jęcząc gładziła go po zamaskowanych policzkach. Zasłaniała widok tego co robił jej ten drugi. Potem usiadła na mężu. Poruszała delikatnie biodrami, tak jak zwykle, kiedy zaczynali. Krzysiek próbował odciąć się od sceny gwałtu, uciec myślami jak najdalej,  ale nie wytrzymał, podniecenie przejęło nad nim władzę. Helena przyspieszyła. Na jej czole pojawił się pot. Oczy kobiety jeszcze bardziej zaszły mgłą, ale wciąż patrzyła na maskę, pod którą kryła się twarz jej męża. Wtedy nagle się zatrzymała. Łysy przylgnął do jej pleców sięgając ręką do pośladków. Po chwili jęknęła jeszcze głośniej, tęczówki jej oczu zniknęły pod górnymi powiekami. Krzysiek poczuł, że nie jest w niej sam. Teraz to bandyta nadawał tempo. Poruszał się coraz szybciej, popędzając obejmującą męża Helenę. Ona jęczała miarowo. Coraz głośniej. Krzysiek czuł, że zaraz nie wytrzyma. Dochodziła do niego świadomość, że za chwilę eksploduje w żonę gwałconą przez obcego typa. W jego piersi zaczęła rodzić się histeria.

– To część twojej pokuty – odezwał się głos w słuchawkach nieco gasząc jego rozpalone ciało. – Wszystko widzę. Tak jak wtedy, nad jeziorem, wtedy też ktoś obserwował… kiedy wsadzałeś w nią kutasa, a potem walnąłeś jej głową o drzewo. Kiedy zabiłeś moją… -głos się załamał, ale zaraz wrócił do normy. – Teraz patrzę jak razem z tym łysym bydlakiem pierdolicie twoją żonę. Patrzę i nagrywam.

*

Zaraz po tym jak skończyli Helena zasnęła u jego boku, wtulona w unieruchomione ramię. Wtedy olbrzym usiadł mu na brzuchu. Zerwał z twarzy maskę zostawiając w ustach gumową kulę. Potem wstał i wyszedł z pokoju. Po raz ostatni odezwał się głos w słuchawce: – Patrz w obiektyw jebany morderco. Patrz, żeby żona widziała. – Krzysiek odwrócił głowę i popatrzył na spocone ciało Heleny, jej włosy lepiące się do jego przedramienia, zamknięte oczy. Zwykle ten widok go uspokajał, teraz czuł odrazę, nie do niej, ale do swojego ciała. Brzydził go fakt, że dotyka swojej ukochanej, że nie potrafił jej pomóc, uratować i jeszcze stał się narzędziem gwałtu. Nagle włączył się wiszący na przeciwległej ścianie telewizor. – Nie możesz zasnąć? Może pooglądasz, to co ona zobaczy jak mnie zawiedziesz. – Na ekranie widać było łóżko filmowane kamerą spod sufitu. Widział siebie w lateksowej masce. Dryblasa dosiadającego jego żonę. Odwrócił wzrok i wrócił dopiero wtedy, gdy łysy zdejmował jego maskę. Patrzył na swoje zmęczone oblicze. To wszystko nie prezentowało się jak scena gwałtu z sadomasochistycznej orgietki. Jego protesty, rzucanie się, napinanie mięśni, przewracanie głową w połączeniu z pełną gotowością przyrodzenia wyglądało jak odgrywanie roli niewolnika w perwersyjnej grze.

*

Dwie godziny po spotkaniu z Mietkiem Wars dostał maila z listą adresów, pod którymi urzędował Joniec. Pierwsze z listy mieszkanie na Mokotowie zdecydował się odwiedzić natychmiast. Wpakowali się z Jackiem do samochodu i ruszyli w kierunku Rakowieckiej. Niestety wpakowali się w olbrzymi korek. Brata Natalii strasznie nosiło. Chciał działać. Był gotów wyskoczyć z auta i ruszyć na piechotę Spacerową. Wars powstrzymywał go mówiąc, że i tak pewnie nic na miejscu nie znajdą. Jacek poprosił go o papierosa, w biegu nie zdążył kupić nowej paczki. Widać było jak z każdym kolejnym zaciągnięciem odrobinę schodzi z niego para. Podskoczył kiedy zadzwonił telefon Warsa. Mężczyzna odebrał, słuchał rzucając w słuchawkę coraz bardziej nerwowe „gdzie”, „kto” i „kiedy”, przerywane niemal minutowymi odcinkami milczenia. Potem odłożył telefon na półkę pod radiem i spojrzał na Jacka.

– Co? – zapytał chłopak wyrzucając za okno niedopałek.

– Krzysiek wrócił…

– Skąd? Kto go?

– Podejrzane to. Głos mu się łamał jak bachorowi, który się zlał w gacie. Mówił, że kazali mu nas zgubić, wyrzucić telefon i biec na pociąg. Potem, w przedziale, zaczepił go wielki łysy byk, pewnie ten sam co nachodził chłopaczka z „Bajki”. Wysiedli na wschodnim. Tam Golem zapakował go do furgonetki, kazał leżeć i włożył Krzyśkowi worek na głowę. Dostał kilka razy, ponoć za te całe podchody, które organizujemy. Potem go gdzieś wywieźli. Worek zdjęli dopiero po godzinie. Jakiś podjazd pod domem jednorodzinnym. Wokół sady. Krzysiek nie wie gdzie to było. Koleś kazał mu wejść do środka i zabrać papiery z sejfu w pokoju, a potem wracać. – Wars przerwał opowieść, bo samochody przed nim przesunęły sie o jakieś dwa metry. Nadrobił odcinek, sięgnął po papierosy i zapalił.

– No mów… – poganiał Jacek.

– Drzwi były otwarte. Nikogo w środku. Tylko ciemno strasznie. Ponoć okiennice były zakryte a pstryczki nie działały. Mówił, że macał ściany, żeby się nie wywalić, że capiło strasznie i nogi się kleiły do podłogi. Znalazł pokój. Otworzył sejf świecąc sobie zapalniczką, kod mu Golem wcześniej podał. Zabrał papiery i ruszył z powrotem. Dopiero wtedy zobaczył, przez tą zapalniczkę co ją palił, że po drugiej stronie przedpokoju leży ciało, a cała podłoga uwalona krwią.

– Kurwa mać – podsumował Jacek.

– No. Mówił, że wszędzie były odciski jego butów. Wpadł w panikę, chciał to wytrzeć. Ale wtedy z zewnątrz rozległ się klakson i łysy go zawołał. Odjechali. Znowu miał worek na głowie. Wyrzucił go gdzieś za cmentarzem Powązkowskim i pojechał.

– Krzysiek jest spalony. Przykleili mu trupa…

– Już tak miałem i jakoś żyję – wyszeptał Wars po nosem i raptownie ruszył, bo korek zelżał. – To nie wszystko. Krzysiek dostał nowe wskazówki. Tym razem nie tylko dla siebie. O siódmej ma się stawić przy kanale, na Żeraniu. I my też jesteśmy zaproszeni.

Jacek zbladł. – Jak to? Ja?

– Też jestem zdziwiony. Spodziewałem się, że będę w końcu proszony, ale ciebie myślałem, że ominie. Spokojnie, mamy kilka godzin.

– Ale na co? Chcesz naostrzyć noże? Zrobić wjazd do Panoramixa i kupić magiczny napój? Wezwać wsparcie?

– Właśnie, będzie wsparcie – powiedział sięgając po telefon. Znalazł numer w ostatnio wybieranych i nacisnął zieloną słuchawkę. – Daleko jesteście? – zapytał. – Dobra, masz bezpieczny lokal, żeby ją zostawić? – Przerwał na chwilę słuchając odpowiedzi. – Świetnie, będzie dobrze. Słuchaj, a ty w Warszawie, to jeszcze lody kręcisz? Potrzebuję ze trzech dyskretnych na wieczór… Tak, ze sztućcami… Ubezpieczenie… Myślę, że góra trzy godziny… Tylko lepiej, żeby to twoi byli, z obcego podwórka… Dobra, dzwoń. Jeszcze raz dzięki… Ja twoją matkę też… – Wars odłożył słuchawkę i zatrzymał samochód. Dojechali na miejsce. Przeciągnął się w fotelu i na chwilę schował twarz w dłoniach. Czuł, że potrzebuje kolejnej kawy.

– A ja też sztućce dostanę? – zapytał Jacek.

– A strzelałeś kiedyś?

– Dawno temu.

– Na wuefie?

– No… tak.

– To ty mój drogi dostaniesz mikrofon.

– Że z tłumikiem?

– Nie, będziesz wszystko nagrywał. Zresztą i tak pewnie nas przeszukają przed wejściem. Idziemy. Musimy sprawdzimy ten lokal, a potem zabieramy Krzyśka.

* CDN.

Copyright by Piotr Jezierski, Foto Piotr Jezierski

Plakat zrobiony przy użyciu narzędzia – Polona/Typo

Foto 18.1

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.