Parada grzeszników (17)

Piotr Jezierski

PARADA GRZESZNIKÓW

 

W POPRZEDNICH ODCINKACH: Natalia zostaje uprowadzona przez nieznanych porywaczy. Wars wyjmuje ze swojego archiwum obciążające kogoś dokumenty. W wypadku giną zamieszani w sprawę mężczyźni, jeden z nich był pośrednikiem przekazującym wiadomości od prześladowców. Tymczasem Natalia ucieka. Okazuje się, że wywieziono ją do ukraińskich Zaleszczyk. Znajduje pomoc u miejscowego księdza i czeka na obiecaną przez Warsa pomoc.

 

ODCINEK 17

Cichy Rusek przyjechał po nią o drugiej w nocy. Ochrzciła go tak, bo w czasie rozmowy telefonicznej zadawał krótkie pytania. Głównie chciał od niej usłyszeć wszystkie szczegóły dotyczące porwania. Ruskiem został ze względu na wygląd. Czupryna w kolorze zboża, nie posiwiała mimo sześćdziesięciu kilku lat na karku, postura byłego mistrza olimpijskiego w rzucie młotem. Ubrać go tylko w pasiastą koszulkę i mógłby grać w „Pancerniku Potiomkinie”. Kiedy pożegnała się z księdzem i wsiadła do pordzewiałej Łady Nivy uwspółcześniła nieco jego filmografię – ubrać go w sowiecki mundur i byłby podstarzałą wersją Schwarzeneggera z „Czerwonej gorączki”.

– Petro – przedstawił się, mimo, że zrobił to już wcześniej przez telefon. – Od Warsa – to też już wiedziała. W czasie ich pierwszej rozmowy zauważyła, że świetnie mówił po polsku, ale w jego głosie pobrzmiewał wschodni akcent.

– Natalia – pozwoliła wielkiej łapie uścisnąć swoją drobną dłoń. Ruszyli przez miasto, z powrotem w kierunku rzeki. Wydawało się jej to dziwne, bo myślała, że do Polski to w przeciwną stronę.

– Długa droga przed nami – próbowała zagadać.

– No! – odpowiedział.

– Może opowiesz mi coś o Baronie? Słabo się jeszcze znamy.

– Może – odpowiedział i skręcił kierownicą w prawo, jego kurtka z grubej brązowej skóry zatrzeszczała w ramionach.

Patrzyła na śpiące o tej porze miasto. Na ulicach nie było ludzi. Rozmowa się nie kleiła, więc wskazała radio.

– Mogę włączyć? Raźniej będzie.

– Antena urwana, tylko kasety – odpowiedź uznała za zgodę, więc nacisnęła play. Z głośników zaczęło lecieć jakieś mroczne new romantic z czasów jej dzieciństwa. Poczuła dreszcz przerażenia wspominając swoją przeprawę przez most, którym teraz jechali.

– O tutaj wyszłam z lasu – wskazała drogę, którą przecięła w czasie swojej ucieczki. Cichy Rusek skręcił w prawo, na dojazdówkę do jej byłego więzienia. – Zaraz, jak to!? Chcesz tam jechać? – zapytała przerażona.

– Spokojnie – odparł nawet na nią nie patrząc. – Idź do tyłu. Schowaj się.

Przyglądała mu się przez chwilę, czekała na wyjaśnienia. Był skupiony na drodze i nie uraczył jej spojrzeniem. Zdecydowała się zwiększyć kredyt zaufania i bez słowa wykonała jego polecenie. W samochodzie było dostatecznie dużo miejsca, żeby dała radę przejść na tył. Leżała na kanapie patrząc w ciemność za oknem. Nagle samochód się zatrzymał. Kierowca wyłączył silnik. Mrok wypełnił wnętrze Łady.

– Zaraz wrócę. Zaczekaj – powiedział i wysiadł zostawiając ją swoim myślom. Nie zabrał jej ze sobą, więc nie chciał oddać porywaczom. Przez chwilę myślała, że Wars zdradził, albo ktoś lepiej płacił jego ukraińskiemu, czy tam ruskiemu koledze. Zdecydowała się odrobinę wyprostować i spojrzeć w ciemność. Okazało się, że leśne mroki rozświetla pojedyncza żarówka wisząca nad bramą do jakiejś posesji. Po białym murze poznała, że to jej niedawny areszt. Pod lampą stało dwóch czarnowłosych mężczyzn, jeden przynosił jej posiłki, drugiego, trzymającego w rękach karabin, wcześniej nie widziała. Petro podszedł do nich i uścisnął dłoń nieuzbrojonemu. Przez chwilę rozmawiali, potem blondas wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki jakieś zawiniątko i podał rozmówcy. Tamten powiedział jeszcze kilka słów, po czym się pożegnali. Gospodarze zniknęli za bramą posesji, a Cichy Rusek wrócił do samochodu. Kiedy zamknął za sobą drzwi zgasła żarówka świecąca się nad bramą. Zapalił silnik i zawrócił. Odezwał się dopiero, kiedy wrócili na główną drogę i skręcili z powrotem na miasto. – Zapłaciłem za informacje. Twój ojciec chciał wiedzieć, kto zlecił porwanie.

Natalia nie zapytała o zleceniodawcę, nie była ciekawa skąd jej opiekun zna bandziorów, skupiła się na szokującej informacji zawartej w ostatnim zdaniu.

– Ojciec?

– O ja głupi – Cichy Rusek po raz pierwszy się uśmiechnął pokazując ukrywaną dotąd złotą, górną czwórkę. – Wygadałem, Wars sam chciał ci powiedzieć.

*

Wars zaparkował przy jednej z uliczek legionowskiego osiedla, które przycupnęło na skraju lasu. Wysiedli i ruszyli ścieżką wśród drzew. Jacek nie znał drogi, polegał na swoim starym przewodniku, który przez następne pół godziny objaśniał mu swój plan. Trochę krążyli po przykrytych zeschłymi liśćmi ścieżkach. Dotarli do skrzyżowania jednej z nich z szerszą przecinką, na przecinającej ich ścieżkę trasie porytą przez korzenie ziemię zastępowały betonowe płyty. Ruszyli w lewo, zatrzymali się dopiero, kiedy w oddali zobaczyli przejeżdżające szosą samochody.

– Tam się schowasz. – Wars wskazał krzaki na wzniesieniu, z którego widać było prowizoryczny parking na skraju drogi. Ze sportowej torby wyjął lornetkę i podał ją chłopakowi. – Wycisz telefon i staraj się nie ruszać, bo go spłoszysz. Leżysz i czekasz, a potem według instrukcji. Wytrzymasz?

– Raczej nie zmarznę, mam na tyłku kalesony. No i to – pokazał zakrętkę od piersiówki wystającą z kieszeni.

– Oddawaj – Wars wyrwał mu naczynie z dłoni. – Usmarujesz się i hałasu narobisz.

– Dwa łyczki, na rozgrzewkę chciałem.

– Telefon masz naładowany?

– Tak.

– To brykaj pod górkę i się nie wychylaj. Zgarnę cię jak będę wracał. Masz tu kluczyki do wozu, zmykaj jakby się coś działo.

– Ale ja nie mam prawka – uśmiechnął się Jacek. – Zabrali…

– Bez żartów, prowadzić umiesz, zjawiają się kolesie z giwerami, to zaraz spierdalasz i podjeżdżasz w umówione miejsce.

Jacek ruszył do krzaków na wzniesieniu. Kiedy już się za nimi schował Wars ze ścieżki pokazał mu kciukiem okej, nie było widać nawet skrawka czupryny chłopaka. Baron odwrócił się i ruszył po betonowych płytach, w kierunku, z którego przyszli. Potem skręcił w lewo i wyciągnął telefon.

– Jak tam Petrik, wszystko gra? – zapytał rozmówcę.

– Już za przejściem jesteśmy – odpowiedział głos po drugiej stronie.

– Dziewczyna w porządku?

– Skóra zdjęta z ojca. Wkurwiła się jak jej powiedziałem.

– No namieszałeś. Dasz mi ją? Może teraz będzie chciała gadać.

– Śpi.

– Dobra. Nie budź. Pogadamy wieczorem. Mam nadzieję.

– Dasz radę. A jak nie to ruski przyjdzie z odsieczą. – Petro wydał z siebie serię tubalnych westchnięć, które Wars już wiele lat temu rozszyfrował jako atak śmiechu. – Szkoda, że z tych cygańców nic nie wyciągnąłem, chyba nie kłamali, nie wiedzą, kto zlecił porwanie. Ale będą siedzieć cicho i jakby co ściemniać, że wciąż ją mają.

– Wiesz, że takiego długu nie spłacę? Tego nie da się wyrównać…

– Nie pierdol staruchu. Coś wymyślę.

– Na razie.

Baron się rozłączył. Popatrzył na ścieżkę przed sobą i zdecydował się zapalić papierosa. Ostatniego przed spotkaniem. Wolał nie ryzykować zadyszki w razie ewentualnej ucieczki.

*

– Zaraz będzie lekki łuk w lewo, na nim jest leśny parking, po prawej, przy czerwonych strzałkach. Tam stajecie. Zostawiasz kolegę i na piechotę, drogą przez las – instruował Wars przez telefon.

– A jakiś wilk mnie tam nie puknie? – zażartował starzec siedzący na tylnym siedzeniu Mercedesa.

– Jak ci przez ostatnie pół wieku nie urwało tej kościstej dupy, to i dzisiaj sobie poradzisz. Czekaj aż zadzwonię – zakończył Wars i się rozłączył. Starzec westchnął.

– Długo nas będzie jeszcze po tych dziurach ganiał? – zapytał kierowca zerkając w lusterko na pasażera.

– Zaraz panie Jarku będzie po prawej przystanek. O już widać.
Tam stajemy.

– Jest pan pewien, że sam idzie? Ma klamkę, automatyczny wieszak w bagażniku. Lasem się przejdę w bezpiecznej odległości.

– Nie trzeba, spokojnie. Krzywdę, to on mi może zrobić, ale nie fizyczną. Pan zostaje i tak jak się umawialiśmy, jak nie wrócę za półtorej godziny idzie pan sprawdzić ślady. A jak nie dam znaku życia przez cztery godziny rozpierdalacie obserwowane adresy, ludzi za mordę i do piwnicy, do odwołania.

– Dobra, jak pan chce – kierowca zatrzymał wóz po prawej stronie drogi. – Tutaj kończymy podchody?

– Chyba tak, przegonił nas przez pół Pragi bez wysiadania.

– To ja dzwonię do Grzesia, żeby krążył po okolicy.

– Jak pan chcesz – odparł znużonym głosem starzec.

– Pan się może upierać, że idzie do lasu sam, ale to ja jestem odpowiedzialny. Choć minimalną ochronę muszę zapewnić, a wsparcie to podstawa. Co pan robi?! – wrzasnął widząc jak pasażer kładzie na siedzeniu obok trzymany wcześniej przy pasie mały rewolwer. – Bez broni nie mo…

– Kurwa! – wrzasnął pomarszczony suchotnik. – Co wy jesteście moja stara? Jak mówię, że idę sam, bez broni, to chyba wiem, co robię! Jeszcze matce ciągnąłeś suty jak z nim pod kulami skurwysynów napierdalałem! Trochę zaufania do ludzi. – Starzec skończył, wygramolił się z samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi. Poprawił kołnierz myśliwskiej kurtki tak, żeby wiatr nie ziębił mu karku i ruszył we wskazanym przez Warsa kierunku.

*

– Wysiadł – poinformował czający się w krzakach Jacek. – Nie spieszy mu się za bardzo. Dziadzio taki, że bym patykiem z niego wszystko wygrzebał.

– Siedź i się nie ruszaj. Patrz czy kierowca zostaje – instruował Wars.

– W tym tempie dojdzie za jakieś pół godziny.

– I dobrze. Dzwoń jak dotrze do punktu B.

– Tak jest! – odpowiedział Jacek i wyłączył telefon. Przez lornetkę patrzył na siedzącego w Mercedesie draba. Kwadratowa szczęka przez chwilę mamrotała coś do słuchawki telefonu, po czym zaczęła objadać się paluszkami. Kierowca nie spuszczał wzroku z oddalającego się staruszka.

*

Telefon zadzwonił dokładnie w momencie, kiedy mężczyzna dotarł do skrzyżowania leśnych ścieżek. Domyślił się, że Wars schował gdzieś obserwatora. Przez chwilę rozmyślał, czy nie zadzwonić do Jarka, żeby przeczesał okoliczne krzaki, ale kolejne instrukcje Warsa pokrzyżowały mu plany.

– Skręć w lewo. Jeszcze kilka kroków i zobaczysz wystającą z ziemi rurę.

– Ten pordzewiały komin?

– Tak. Dalej pójdziesz prosto, nie zbaczaj z tej ścieżki. A teraz nie kończąc połączenia wrzuć do rury telefon, potem coś do niej krzyknij.

Starzec wykonał polecenia, po czym nachylił się do wystającej z ziemi na pół metra szerokiej rury. W środku panowała ciemność, tylko gdzieś w głębi widać było maleńki kwadrat rozświetlonego ekranu komórki. – Żeby Ci Wars artretyzm kuśkę wykręcił! – wrzasnął do znikającego w ziemi komina. Zdenerwował się, bo Baron wykorzystał zapamiętaną wiedzę o nim. Nie znosił technologicznych bajerów, więc nie trzeba było zgadywać, że weźmie ze sobą tylko jedną komórkę. Mimo, że nie spodziewał się fajerwerków, to ubyło mu odwagi, kiedy Wars zerwał telekomunikacyjną smycz. W kieszeni, miał jednego papierosa, schowanego w futerale do cygar. Zdecydował się właśnie teraz zapalić czerwone Marlboro. To już piąte, od kiedy z równowagi wyprowadził go mail od zmarłego współpracownika. Przekroczył limit, pierwszy raz od roku.

*

Głowa pulsowała bólem promieniującym od rozbitego nosa. To było pierwsze, co poczuł po przebudzeniu. Przypomniał sobie okoliczności, w których stracił przytomność – pociągowy przedział, łysego mięśniaka i poprawiony cios. Następny był pulsujący ból rozdziawionej szczęki. Do ust wsadzono mu jakiś przedmiot z twardej gumy. Blokował język, którym bezskutecznie próbował wypchnąć knebel. Potem poczuł zdrętwiałe nogi i ręce. Wyciągnięte i związane. Chyba leżał na łóżku, pod plecami było miękko. Jego członki przywiązano tak, że musiał wyglądać jak wielki, nagi X po środku materaca. Nagi, to następne, z czego zdał sobie sprawę, nie miał na sobie nic poza opinającą głowę kominiarką. Wykonana była z jakiegoś nieprzepuszczającego powietrza materiału, więc włosy pod nią lepiły się od potu. Uszy miał czymś zatkane. Otworzył oczy, ale w pomieszczeniu było ciemno. Jedyne źródło światła stanowiła szpara pod drzwiami, dzięki której widział kawałek podłogi i jakąś komodę pod przeciwną ścianą. Rzucił się kilka razy próbując uwolnić ręce, a kiedy zdał sobie sprawę, że nic to nie da przyspieszył mu oddech. Jedną dziurkę od nosa miał zatkaną i całą wymianę powietrza obsługiwała ta druga. Wracająca świadomość obudziła lęki, że się udusi, że zaraz go zaszlachtują albo, co gorsza, zrobią coś z odsłoniętymi genitaliami. Oddech jeszcze bardziej przyspieszył. Wtedy poczuł coś zaskakującego. Jego penis zaczął się podnosić, a z każdą łapaną porcją powietrza czuł narastające podniecenie. Zdziwiło go nietypowe zachowanie organizmu w chwili, która powinna budzić tylko lęk. Próbował krzyczeć, ale z ust zatkanych gumą dobyło się tylko stłumione jęczenie. Wtedy poczuł lecącą od strony drzwi falę chłodniejszego powietrza. Spojrzał w kierunku przepuszczającej światło szpary i zobaczył poruszające się cienie. Ktoś był w pokoju obok, przez zatkane uszy doszły go niewyraźne dźwięki krzątaniny. Zaraz się zacznie – pomyślał. – Zaraz przyjdzie kara po wieloletnim rachunku sumienia.

*

– Stań. Ręce za głowę i się nie odwracaj – krzyknął Wars do stojącego na skraju lasu mężczyzny. Przed starcem w myśliwskiej kurtce roztaczał się księżycowy krajobraz, wielka polana wypełniona była piachem, nad olbrzymim dołem pełnym śladów terenowych aut i motocykli wznosiła się sporych rozmiarów góra. Baron wyszedł zza drzewa i od tyłu podszedł do człowieka, który bez słowa wykonał jego rozkaz. Przeszukał go i nie znajdując żadnej broni pozwolił opuścić ręce.

– Cześć Wars. To co, po pieszczotach przechodzimy do konkretu? – odwracając się powiedział starzec.

– Buzi Mietek nie dostaniesz. Chodź, przejdziemy się.

– Zaraz, momencik. To są interesy. Giwery u ciebie nie szukam. Ufam, że do starych psów nie strzelasz, ale skąd mogę wiedzieć czy nie nagrywasz?

– Po pierwsze to nie moje metody, zresztą prosiłem o spotkanie i uczciwą rozmowę, a po drugie Mieciu w tym kraju liczy się tylko to, co na papierze. Nagrania jak wypłyną, to przy twoich możliwościach kto się przejmie treścią. Jeszcze ja oberwę, nawet im nie będzie przeszkadzało, że od lat martwy leżę.

– Fakt, to seans spirytystyczny, przekonałeś mnie – staruszek się uśmiechnął i ruszyli w stronę piaszczystej skarpy. – Zacznijmy od tego, że cieszę się, że jednak żyjesz. Chociaż nigdy nie uwierzyłem w twoją śmierć. Zmartwychwstałeś z przytupem. Dałeś wczoraj z grubej rury. Jakbyś opublikował te materiały kilka stołków by jebnęło.

– To ty zrobiłeś o krok za daleko. Możesz napierdalać leżącego w grobie, ale obiecałeś nie ruszać jego rodziny.

– Rodziny?

– Dobrałeś się do mojej córki. Miałeś je zostawić w spokoju, chyba, że z wiekiem skrupuły odpadają? Mogłeś mnie wywabić, pomysłów pewnie ci nie brakuje, ale nie w ten sposób. – Wars się zatrzymał. Spojrzał rozmówcy w oczy. Najpierw zacisnął zęby, a potem zapytał: – Powiedz mi stary chuju gdzie jest Młoda? – Zaryzykował udając, że nic nie wie o odbiciu Natalii z rąk porywaczy.

– Młoda? Twoja córka?

– Porwali ją.

– Gdzie, kiedy?

– To już ty powinieneś wiedzieć.

– Kurwa, no nic nie wiem.

– Nie pierdol, zorganizowałeś nagonkę. Gracie i znowu mnie wkręciliście, podchodząc przez Natalię.

– Mówię ci Wars, nic nie wiedziałem o żadnym porwaniu…

– …i o dobraniu mi się do dupy?

– A to już inna sprawa. – Starszy z mężczyzn się zamyślił, chwilę stał patrząc na wydmę, po czym zerknął na Warsa prosząc: – Daj fajka.

Zapalił, po czym w milczeniu ruszyli pod górę. Wars zdecydował się nie naciskać. Jeśli Mietek faktycznie nic nie wiedział o porwaniu Natalii, to potrzebował czasu do namysłu ile może mu powiedzieć.

*

Drzwi się otworzyły. Do pokoju weszła jakaś potężna postać zasłaniając niemal całe wpadające z sąsiedniego pomieszczenia światło. Krzysiek rozpoznał napastnika z pociągu. Zapaliła się lampa na chwilę oślepiając przywiązaną do łóżka ofiarę.

– Widzę, że wszystko gra – powiedział olbrzym zerkając na przyrodzenie porwanego, który wielką ochotę zakrycia ciała wyraził napinając więzy i wydając kolejne zduszone jęknięcie. Porywacz podszedł do stolika obok łóżka i wyciągnął z kieszeni telefon. Przez chwilę przyciskał ikonki na wyświetlaczu, w tym czasie Krzysiek rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu. Leżał na małżeńskim łóżku w typowym, skromnie urządzonym, pokoju hotelowym. Kiedy wrócił wzrokiem do brodatego łysielca ten wyjmował mu spod głowy biały kabelek. Jego końcówkę podłączył do telefonu i w uszach ofiary rozległ się dźwięk oczekującego połączenia. Porywacz odwrócił się i nie zamykając drzwi wyszedł z pomieszczenia.

– Dobrze mnie słyszysz? – w słuchawkach wciśniętych pod ciasny czepek rozległo się pytanie. – Przytaknij jeśli tak, tam pod sufitem jest kamera. – Krzysiek popatrzył w niewielki obiektyw zamontowany w samym rogu nad drzwiami, ale zamiast potwierdzić zamknął oczy i skierował głowę w drugą stronę, tak jakby choć wzrok chciał uchronić przed obserwującym go sztucznym okiem. – Po reakcji wnioskuję, że wszystko słyszysz. Zaraz zacznie się przedstawienie, a ja będę twoim narratorem.

PG 04

Copyright by Piotr Jezierski, Foto Piotr Jezierski

Tę powieść w odcinkach, ilustrowaną fotografiami Autora, możesz przeczytać tylko tu, na blogu CUDKULTURY.PL

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.