Parada grzeszników (16)

Piotr Jezierski

PARADA GRZESZNIKÓW

(powieść)

 

W POPRZEDNICH ODCINKACH: Natalia zostaje uprowadzona przez nieznanych porywaczy. Krzysztof i Baron Wars przesłuchują chłopaka, który wcześniej zaczepiał Krzyśka w kawiarni, okazuje się, że jest on wykonawcą poleceń tajemniczych prześladowców. Wars szykując się na następny atak wyjmuje ze swojego archiwum obciążające kogoś dokumenty. Przesłuchiwany przez mężczyzn chłopak ginie w wypadku, którego ofiarą jest również zamieszany w sprawę biznesmen. Tymczasem Natalia ucieka z domu, w którym była więziona.

jezierski1

ODCINEK 16

Kilka minut szła przez rzadki las. Słyszała przejeżdżający po lewej samochód, nawet przez chwilę widziała zieloną karoserię, ale nie chciała wychodzić na drogę, właśnie tam by jej szukali. Nikt za nią nie szedł. Widocznie mieli poobiednią sjestę i jeszcze nie znaleźli rannego strażnika. Zranione kolano szczypało. Głód coraz bardziej dawał się we znaki. Ale szła dalej, co jakiś czas oglądając się za siebie. W końcu jej drogę przecięła szosa. Na chwilę schowała się za krzakami obserwując jadące nią pojazdy. Zdecydowała się skręcić w lewo i iść za krzakami, wzdłuż drogi. Po chwili przecięła wąską leśną drogę, którą wcześniej jechał zielony samochód. Spomiędzy drzew zaczął przeświecać błękit nieba. Mimo jesiennej pory było bezchmurne. Wyszła na skraj lasu i oniemiała widząc roztaczający się przed nią widok. Stała na wzgórzu, które schodziło wprost do wijącej się w dole rzeki. Brzeg układał się w podkowę, której wnętrze wypełniało miasto. Setki jednorodzinnych domów znikały na horyzoncie, między nimi rosły zielone jeszcze drzewa. Miasto ogrodów – pomyślała widząc, że przy każdym budynku kłębiła się plama zieleni. Dostrzegła jedną fabrykę z wysokim kominem. Kawałek za nią budynek z kopułą, cerkiew. Nie znała tego miejsca. Nigdy go nie widziała, a jeździła trochę po kraju. Lubiła podróżować, nawet palcem po mapie, ale tutaj nigdy nie dotarła. Mimo zaawansowanej jesieni wiał ciepły wiatr. Pojawiła się przerażająca myśl – nie jestem w Polsce. Zdjęła strzelbę z ramienia i rzuciła ją w rosnące poniżej krzaki. Potem ruszyła w stronę mostu prowadzącego na drugą stronę rzeki, do miasta.

*

Z knajpy wybiegł z bijącym szybko sercem. Wars i Jacek ruszyli za Krzyśkiem. Ustalili, że pojadą za nim. Jeśliby się zgubił miał utrzymywać kontakt telefoniczny. On oczywiście protestował, powołując się na żądanie prześladowcy, żeby przyszedł sam. Ale kiedy wsiedli do tramwaju dał się przekonać, że powinni go obserwować z bezpiecznej odległości. Na dworzec dotarli kilka minut przed czasem. Krzysiek wszedł do hali głównej. Ubezpieczający go obserwatorzy rozdzielili się. Wars ruszył do wejścia od strony postoju taksówek. Minął schody prowadzące na perony i wspiął się piętro wyżej, na galerię obok apteki. Z tego miejsca mógł w miarę dyskretnie obserwować wnętrze dworca. Jacek zaczaił się na placu za zajezdnią autobusów. Widział boczne wyjście z hali, a w razie czego mógł ruszyć na dół, w podziemia dworca, zejściem od strony Złotych Tarasów.

Krzysiek nie rozglądał się za nimi. Stanął przy kolejkach do kas, co chwila zerkał na swoją komórkę, czekał na kolejne wskazówki. Przyszły po jakiś pięciu minutach. Dostał informację z firmy obsługującej paczkomaty, czekała na niego przesyłka w punkcie odbioru na Centralnym. Ruszył we wskazanym kierunku. Metalowy regał z kilkudziesięcioma szafkami odnalazł na zewnątrz budynku. Wpisał swój numer telefonu i po prawej otworzyły się drzwiczki. W środku znalazł tekturową kopertę. Zerwał i schował adres nadawcy, nazwa firmy nic mu nie mówiła, ale chciał zachować wszelkie ślady mogące ich naprowadzić na graczy. Otworzył tekturowe opakowanie. Ze środka wyjął bilet na pociąg do Wrocławia, który odchodził za siedem minut. Poza tym w przesyłce znajdowała się fotografia. Zobaczył na niej swoją żonę, której ktoś zrobił zdjęcie z ukrycia. Siedzący na zewnątrz fotograf skadrował ją przez okno. Stała przed lustrem w jakimś pokoju hotelowym, w samej bieliźnie, nie licząc zakładanej właśnie kremowej bluzki. Bluzki, którą kupił jej w zeszłym tygodniu. Strzałka kazała mu odwrócić fotografię, tam napisano odręcznie: Wyrzuć telefon. Spiesz się na pociąg. Zgub kolegów, albo pomogę jej zapiąć bluzeczkę.

Telefon wrzucił do śmietnika obok paczkomatu i pobiegł do przejścia podziemnego na skrzyżowaniu Jana Pawła i Jerozolimskich. Wiedział, że Jacek i Wars będą obserwowali halę główną, a biegnąc odległym przejściem miał szansę dotrzeć na perony i jednocześnie ich zgubić. Dopadł schodów, potrącił jakąś kobietę, nie przeprosił, zbiegł na dół. Skręcił w prawo. W podziemnym chodniku odszukał rozkład odjeżdżających właśnie pociągów, sprawdził peron i pobiegł dalej. Na schodach ruchomych rozglądał się za twarzami swoich wspólników. Nie zobaczył chłopaka ani starszego mężczyzny. Pociąg już stał. Wpadł do niego i od razu zamknął się w ubikacji. Dzięki temu nie mogli go wypatrzyć siedzącego w przedziale. Tam, dysząc z wysiłku, czekał, aż pociąg ruszy.

Opłukał płonącą z emocji twarz i wyszedł na korytarz. W poszukiwaniu przedziału musiał przejść przez dwa wagony. Usiadł na swoim miejscu. Był sam. Pociąg w ogóle nie był zatłoczony. Kiedy zatrzymał się na Zachodnim Krzysiek przez chwilę rozważał ucieczkę – wyjście na peron, znalezienie pierwszego lepszego pociągu i pojechanie nim aż do końca. Miał w portfelu kilkanaście stów, wypłacił na wypadek nieoczekiwanych przygód z Warsem, mógłby wynająć pokój w jakimś pensjonacie i siedzieć tam z tydzień. Potem może by wrócił do Warszawy i zobaczył jak się sprawy mają – albo nie – myślał – zaszyłbym się w jakiejś dziurze i oderwał od tego całego gówna. Może by mnie nie znaleźli.

Do przedziału wszedł postawny mężczyzna w drogim garniturze. Powiedział – dzień dobry – i usiadł, nawet nie czekając na odpowiedź siedzącego przy oknie pasażera. Skórzaną torbę na laptopa położył na półce i zajął miejsce naprzeciw Krzyśka. Zdjął okulary i zaczął je przecierać wyciągniętą z kieszeni chusteczką. Bez nich ogolona głowa i gęsta broda zdawały się bardziej surowe, prymitywne. Krzysiek wyłowił z pamięci czyjeś zapomniane już słowa: „duży, tępa gęba, łysy, ale z brodą”. Kiedy skojarzył wypowiedź z twarzą Tadka mięśniak zakładał już szkła na nos. Spojrzał przez nie na przerażonego współpasażera, który właśnie zrywał się do ucieczki. Palce wielkiej łapy zacisnęły się na kurtce Krzyśka uniemożliwiając mu wstanie z miejsca. Druga ręka wzięła zamach i pięść trafiła w nos. W przedziale zrobiło się ciemno, ale ból szybko przywrócił ofierze trzeźwość. Wtedy łysy wyprowadził następny cios, po którym zgasło światło i świadomość.

*

Chodziła po obcym mieście starając się unikać głównych ulic. Na początku myślała, że jest gdzieś w Rosji, wszystkie nazwy pisane były cyrylicą. Potem zauważyła, że wśród liter pojawiają się wyjątki z łacińskiego alfabetu. Rosyjskiego uczyła się wieki temu, ale opanowała go na tyle, żeby odczytać poszczególne słowa. To była Ukraina. Mijała niewielu ludzi, ale prawie wszyscy dziwnie się jej przyglądali. Nie chciała ich zaczepiać. Bała się, że przypadkiem mogą znać prześladowców, że całe miasto może siedzieć w ich kieszeni. Znalazła restaurację znajdującą się w posowieckim pawilonie. Weszła do środka i ruszyła prosto do łazienki. Tam po raz pierwszy od wielu godzin spojrzała w lustro. Miała rozmazany makijaż. Wyglądała jak wariatka po ataku histerii. Zaschnięty tusz rysował na policzkach koryta czarnych rzek. Szorowała twarz, aż wszystko zeszło. Tłuste włosy spięła gumką, która znalazła w kieszeni. Przemyła też zadrapane kolano, pozbywając się śladów krwi. Kiedy skończyła oparła się o umywalkę i starała skupić rozbiegane myśli. Dokąd pójść? Gdzie w obcym mieście i nieznanym kraju szukać pomocy? Konsulatu Polskiego pewnie tu nie mieli. Milicja, czy też policja, mogła być zamieszana w działalność porywaczy. – Tylko wyjdę i zaraz mnie złapią – zaczęła panikować. Na zewnątrz robiło się już ciemno, doskwierał jej chłód wieczoru. Poza wymiętą koszulą i żakietem nie miała nic, co okrywałoby jej ramiona. – Gdzie iść? Najpierw trzeba się skupić. Zapalić i pomyśleć. Tak, muszę skombinować papierosa. – Po cichu wyszła z łazienki. Zajrzała na salę restauracji, akurat w momencie, w którym obsługa włączyła ukraińskie disco. Jedyni goście siedzieli w rogu pomieszczenia, plecami do niej. Kelner zniknął w kuchni. Podeszła do wieszaka stojącego przy barze i ściągnęła z niego jasny płaszcz. Już po chwili była na zewnątrz. Zniknęła w jednej z małych uliczek, według jej orientacji oddalających się od mostu. Tam założyła płaszcz i przeszukała kieszenie. Znalazła tylko chusteczki higieniczne i zapałki. Ruszyła szybkim tempem. Dwie przecznice dalej zauważyła młodego chłopaka palącego papierosa. Podeszła do niego i na migi poprosiła o szluga. Poczęstował z uśmiechem proponując jeszcze ogień. Podziękowała ruchem dłoni, więc tylko dygnął ramionami i poszedł dalej. Zapaliła w kolejnej uliczce, przy której stały niemal identyczne domki jednorodzinne z jasnej cegły, podobnej do tej, z której w Warszawie budowano śmietniki. Zaciągnęła się i gryzący dym podrażnił suche gardło. Zakaszlała. Następny dymek przyniósł spokój ducha. Trzeci dał odpowiedź na pytanie – dokąd iść? Stojąc na skarpie za rzeką widziała wieżę katolickiego kościoła. Jeśli nie wywieźli jej zbyt głęboko w Ukrainę, była szansa, że spotka tam polskiego księdza. Tak się jej zdawało. Następnego bucha ściągnęła już idąc w kierunku widocznej nad dachami kopuły cerkwi, z tego, co pamiętała rzymska świątynia znajdowała się jakieś dwie przecznice dalej.

*

Krzysiek przepadł. Jacek kurwił na graczy, Wars obwiniał siebie. Był już za stary na takie podchody. Umysł nie był już tak elastyczny jak kiedyś, działał mechanicznie, a zachowań w takich sytuacjach uczył się przecież pół wieku temu, kiedy ani śledzeni przez niego ludzie, ani siatki konspiratorów nie korzystały z telefonów komórkowych. Pociągi, jak ten, którym Krzysiek przypuszczalnie odjechał, miały kiedyś poślizgi czasowe uniemożliwiające zorganizowanie skutecznej ucieczki. W terenie działało się zupełnie inaczej. Teraz przebiegli po peronach zaglądając do wagonów stojących pociągów, wydzwaniali do Krzyśka odsłuchując tekst z jego poczty głosowej, bezskutecznie. W dawnych czasach Wars miałby więcej ludzi do dyspozycji. Skończyli zdyszani na jednym z peronów.

– Straciliśmy go. Nawet gdybyśmy wyczaili, do którego pociągu wsiadł, to i tak mógł dostać instrukcje wyjścia na Wschodniej czy Zachodnim… – powiedział Wars.

– Albo zwinął się na tramwaj. Mogli go zabrać samochodem. Chuj wie gdzie.

– Dobra, jedziemy do mnie. Musimy się przygotować do porannej akcji.

– Jakiej akcji? – Jacek spojrzał niepewnie na starszego mężczyznę.

– Takiej, która pomoże wyciągnąć z tego gówna choć Natalię.

– A może sprawdzimy mieszkanie Krzyśka?

– Zapomnij, nawet, jeśli nie obserwują, to pewnie wszystko zataił przed żoną.

– Ma żonę?

– Trochę go sprawdziłem, na tyle ile starczyło dojścia. O liceum nie wiedziałem – Wars złapał Jacka za ramię i ruszyli w kierunku ruchomych schodów. – Musimy odpocząć. Jutro będzie nerwowo. Może wszystko się skończy, a przynajmniej sporo się dowiemy.

*

Kościół był zamknięty. Natalia stała przed drzwiami do plebanii. Zastanawiała się, co powiedzieć księdzu i w duchu błagała, żeby okazał się Polakiem. Powoływanie się na wspólną religię, której on był gorliwym wyznawcą, a ona technicznie rzecz biorąc wierzącą prawie niepraktykującą, to słaba podstawa proszenia o pomoc. Wspólna narodowość, to już zupełnie co innego. W oknie na piętrze paliło się światło. Zapukała mocno w drewniane drzwi i przyłożyła do nich ucho. Po chwili dało sie słyszeć kroki na drewnianych schodach.

– Kto? – odezwał się męski głos.

– Dobry wieczór – powiedziała zastanawiając się, co dodać do powitania. – Chciałam prosić o pomoc.

– Polka…? – otworzył jej starszy mężczyzna we wzorzystym swetrze. Pod brodą zobaczyła czarną koszulę i rozpiętą koloratkę. – …nietutejsza? – Mówił po polsku, ale z lekkim wschodnim akcentem.

– Mogę wejść?

– Ale, o co chodzi dziecko?

– Proszę, oni mogą mnie zobaczyć.

Mężczyzna wpuścił ją do środka i przed zamknięciem drzwi rozejrzał się po ulicy. Nikogo nie było.

– Dziękuję – powiedziała Natalia rozglądając się po wyłożonym boazerią przedpokoju. Wnętrze wyglądało jak dom jej dziadków trzydzieści lat temu.

– Co się stało? – zapytał ksiądz odwracając się od drzwi. – Jak mogę ci pomóc?

– Boże, tak się cieszę, że ksiądz jest Polakiem. Nie wiedziałam dokąd pójść – napięte przez ostatnie godziny nerwy zaczęły ustępować miejsca lekkiej histerii. W oczach pojawiły się łzy. – Ja nawet nie wiem gdzie jestem? Co to za miasto? – Natalia łkała przytrzymując się stojącej w przedpokoju komody.

– Zaleszczyki dziecko.

– Na Ukrainie?

– Tak, w Ukrainie – odparł zdziwiony mężczyzna. – Może chodź do kuchni. Dam ci herbaty, zjesz coś i opowiesz. – Zaprosił ją do stołu. Wstawił wodę w czajniku i zaczął kroić chleb. W tym czasie ona wycierała oczy w wydobytą z kieszeni płaszcza chusteczkę. Potem spojrzała w okno, obawiając się, że ktoś z zewnątrz może ją tu zobaczyć. Na szczęście wychodziło na ogród za domem, pełen zbyt gęsto posadzonych choinek. Ledwo przebijało się przez nie światło odległych latarni.

– Dziękuję, że mnie ksiądz wpuścił. Naprawdę nie wiedziałam gdzie iść…

– Nad Dniestrem różne rzeczy się dzieją. Nie pierwszy raz ktoś o pomoc prosi. Dziewczyny na zachód tędy wiozą. Do Polski, do Niemiec szlak prowadzi. Kiedyś pomogliśmy dwóm, osiemnastu lat nie miały biedaczki. – Na kromkach chleba zaczął układać plasterki kiełbasy. – Ale żeby z polski dziewczynę tędy wieźli? Nie słyszałem.

– A nie… bo ksiądz myśli, że mnie do bur… do domu publicznego?

– No takie tu mamy historie dziecko, to i tak pomyślałem – odpowiedział stawiając przed nią talerz z kanapkami. – Zjedz, potem powiesz. Może płaszcz powieszę?

– Dziękuję. – Natalia zdjęła okrycie i podała je mężczyźnie. Kiedy on wieszał je na haczyku obok drzwi ona rzuciła się na pierwszą kanapkę. Ksiądz wrócił i usiadł po drugiej stronie stołu.

– Tu się z Rumunii, z Mołdawii szlaki przecinają. Kryminały, w co drugiej wiosce, takie, że wyobraźni nie starcza. Władza u nich w kieszeni siedzi, to i dobrze, że do mundurowych nie zaszłaś. Zaraz by oddali. Poradzimy coś, spokojnie. – Odezwał się gwizdek czajnika. Mężczyzna wstał i zalał herbatę nasypaną do dwóch szklanek w metalowych koszyczkach. Potem podszedł do lodówki i wyciągnął z niej talerz z zakalcowatym ciastem. Postawił go przed nią i podał gorący napar. – Nasz kościół tu robi nie tylko pasterkę, ale i pomoc socjalną, wsparcie w trudnej chwili. Nocujemy, ubieramy. Ludzie u was chcą pomagać. Dużo darów z kraju. Tu bezrobocie wielkie, to i czasem człowieka na zarobek do Polski wyślemy.

Natalia przełknęła ostatni kawałek pierwszej kanapki i dotarło do niej, że więcej teraz nie zmieści. Kiełbasa była tłusta i bardzo sycąca. Spojrzała na popielniczkę ustawioną na parapecie. Ksiądz to zauważył i zapytał: – Zapaliłabyś? Momencik – podniósł się i sięgnął do szafki na lodówką. Wyjął z niej paczkę żółtych papierosów z chińskimi znakami. – Ja, co prawda nie kurzę, ale gospodyni to smok. Mi nie przeszkadza. W kuchni zawsze sobie smrodzi, więc częstuj się. Tylko okienko uchylę – sięgnął do lufcika, po czym usiadł z powrotem. – Pal, pij i opowiadaj.

– Niewiele tego proszę księdza – zapaliła papierosa korzystając z leżącej obok zapalniczki. – Wczoraj byłam jeszcze w Polsce, w hotelu na mazurach, przyszły dwa draby i gdzieś mnie wywiozły. Dzisiaj obudziłam się w jakimś domu, tutaj za rzeką. Szłam przez las, potem most, kręciłam się po mieście, aż pomyślałam, że poszukam naszego kościoła – ominęła ukradziony płaszcz.

– Bogu dzięki, że cię z ulicy nie zabrali. Szczęście miałaś. Ale historia dziwna. Dziewczyna z Polski na wschód uprowadzona?

– Porwali mnie – zdecydowała się kłamać, żeby uprościć swoją historię – może dla okupu?

– To się tu zdarza, ale wśród miejscowych. Widać musieli rozwinąć działalność. – Ksiądz napił się herbaty. – Ale co z tobą zrobić? Jak ci dalej pomóc? Jutro do Tarnopola jedzie jeden parafianin. Pewny człowiek. Stamtąd do Polski autobusem byś mogła. Ale… nie, paszport zabrali?

– Nawet go nie miałam ze sobą.

– Do konsulatu trzeba, do Lwowa w takim razie. Ja ci tam na autobus dam dziecko.

– Przepraszam, a mogłabym zadzwonić? Mój brat może coś wymyśli – powiedziała właściwie nie wierząc w pomysłowość Jacka a w możliwości Warsa. Na szczęście telefon do brata znała na pamięć.

– Tak, proszę. Zaprowadzę cię.

Telefon stał w biurze księdza na pierwszym piętrze. Weszli do małego pokoiku, który oświetlała tylko stająca przy ulicy latarnia. Mężczyzna zaciągnął zasłony i włączył lampkę stojącą na biurku. Zobaczyła stary aparat z okrągłym cyferblatem.

*

Wars zdecydował się wpuścić Jacka do swojego warszawskiego domu. Nie przyjmował tu gości i dopóki był z nimi Krzysiek wolał nie zdradzać lokalizacji swojego lokum, ale bratu Natalii mógł zaufać. Kawalerka na Ochocie była studiem wykrojonym z o wiele większego kiedyś mieszkania. Urządzono ją wyjątkowo skromnie. W otwartej na salon kuchni straszyły meble pamiętające poprzednią epokę, tylko lodówka była nowa. W pokoju znajdował się stary regał, element ekskluzywnej kiedyś meblościanki,  dwa fotele oraz stolik z tego samego kompletu i tapczan z Ikei. Mały telewizor na niewielkiej komodzie pod ścianą, obok na podłodze sterta książek. Jacek ocenił wnętrze, jako schludne i czyste. Wszystko ustawione było równo, widział rękę starego pedanta. Gospodarz zaproponował mu piwo. Włączył cicho radio ukryte na regałowej półce, chłopak nie przepadał za muzyką klasyczną, ale spokojna melodia okazała się pasować do chwili i osoby Barona Warsa. Usiedli w fotelach i popijając z glinianych kufli rozmawiali o licealnych czasach Natalii, starając się znaleźć w nich jakąś wskazówkę. Akurat otwierali drugie piwo, kiedy zadzwonił telefon Jacka. Przez chwilę wahał się czy odebrać, bo numer nie dość, że był nieznany, to jeszcze dziwnie się zaczynał.

– Słucham! – zaczął stanowczym tonem.

– To ja – odpowiedział głos z drugiej strony linii. Jacek na początku nie rozpoznał siostry. – Natalia!

– Kurwa! Natalia! – powiedział jednocześnie do telefonu i Warsa, który natychmiast odstawił piwo na kuchenny blat i podszedł do chłopaka. – Gdzie jesteś? Zrobili ci coś?

– Uciekłam. Słuchaj, musicie mi jakoś pomóc, może Wars…

– Gdzie jesteś? – przerwał jej brat.

– Na Ukrainie – odparła.

– Ukraina?! – wrzasnął Jacek a Wars wyrwał mu telefon.

– Tu Wars. Po pierwsze gdzie? Jaka miejscowość? Podaj dokładny adres.

Natalia zapytała księdza o adres plebanii i podała go rozmówcy.

– Druga sprawa, czy jesteś tam bezpieczna? Możesz zostać parę godzin? Poczekać?

– Chyba mogę. Tak, raczej tak. Pomaga mi ksiądz stąd…

– Dobra. Powiedz mi jeszcze, co wiesz o porywaczach? Gdzie cię trzymali?

– No, za mostem – Natalia trochę się zdziwiła, że Wars w takiej sytuacji pyta o tak dziwne szczegóły. – Po drugiej stronie rzeki, w jakimś domu za lasem. Chyba niedaleko tego wysokiego brzegu.

– Teraz tak, czekasz przy telefonie – Wars spojrzał na aparat Jacka, żeby sprawdzić czy numer nie jest zastrzeżony. – Oddzwonię za pięć, najdalej dziesięć minut. O nic się nie martw, już wszystko w porządku. Kontrolujemy sytuację.

 

Copyright by Piotr Jezierski, Foto Piotr Jezierski

Tę powieść w odcinkach możesz przeczytać tylko tu, na blogu CUDKULTURY.PL

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.