Parada grzeszników (13)

Piotr Jezierski

PARADA GRZESZNIKÓW

 

W POPRZEDNICH ODCINKACH: Tajemniczy prześladowca coraz bardziej komplikuje życie Natalii i Krzysztofa. Zmusza ich do wyjazdu na konferencję odbywającą się w Szczytnie. Natalia zabiera ze sobą brata i gotowego im pomóc Barona Warsa. Jacek ma incognito przyjrzeć się hotelowym gościom. Wars wysiada w Nidzicy, chce sprawdzić trop, który prowadzi do starej leśniczówki. W tym czasie Krzysztof rusza do Szczytna, mimo, że prześladowca kazał mu tam przybyć dzień później. Mężczyzna chce całą noc obserwować hotel, w którym odbywa się tajemnicza konferencja.

 

ODCINEK 13

Dróżka do leśniczówki była wyjeżdżona. W ostatnim sezonie często z niej korzystano. Wars wyłączył światła, jechał powoli, ale i tak zaklął, kiedy wyrósł przed nim wielki, zwalony konar. Zahamował tuż przed nim i wysiadł z samochodu. Obejrzał przeszkodę i okoliczny teren. Kiedyś droga ciągnęła się dalej, teraz przed kłodą powstała mała polanka, która służyła za parking. Dalej trzeba było iść pieszo. Z pokonanej już drogi i tego co pamiętał wywnioskował, że zostało mu zaledwie kilkanaście metrów. Zwalone już kilkanaście lat temu drzewo dało się bez trudu obejść, za nim zaczynała się szeroka ścieżka wyłożona szczapami drewna tworzącymi prowizoryczny chodnik. Nocne niebo zasłoniły chmury. Dopiero po chwili wzrok przyzwyczaił się do ciemności i zaczął dostrzegać ścieżkę, jaśniejszą od reszty poszycia lasu. Delikatnie stąpał, żeby nie potknąć się o jakiś wystający sęk. Konary drzew ustąpiły miejsca przestrzeni nieba. Na środku polany stał drewniany dom z tarasem zajmującym całą przednią ścianę. Pod samym lasem, po lewej, przycupnął jeszcze mały domek o wyraźnie gospodarczym przeznaczeniu. Obok niego Wars dostrzegł dziwne rusztowanie, które po bliższym oglądzie okazało się być drabinką z dziecinną zjeżdżalnią. Wrócił wzrokiem do głównego budynku leśniczówki. Czarne otwory okienne gapiły się jak ślepia przyczajonego przed skokiem olbrzyma. Wars ruszył prosto w jego paszczę.

*

Jacek znalazł się przed wejściem do hotelu. Na parkingu dostrzegł samochód Natalii. Budynek był sporych rozmiarów, przypominał trochę zajazd stylizowany na klasyczny dworek. W oknach kwiaty, ciepłe światło z wnętrza. Jasna elewacja, drewniane poddasze. Przytulny mimo swoich gabarytów. Zaciągnął się papierosem i wcisnął go butem w żwirową nawierzchnię podjazdu. Poprawił plecak po czym wszedł do środka przez wielkie drzwi z ciemnego drewna. Czuł, że wkracza w przyjazną przestrzeń współgrającą z wychyloną przed chwilą setką. Był dobrej myśli.

*

Przez całą drogę z Warszawy nawet nie włączył GPS-a, doskonale znał drogę. W samym Szczytnie nie miał problemów z odnalezieniem hotelu, bo kilka razy przed wyruszeniem w trasę spojrzał na mapę miasta w internecie. Zaparkował po drugiej stronie ulicy, która dosyć gęsto zastawiona była latarniami, znalazł jednak doskonałe miejsce, tam gdzie światło nie było zbyt mocne, w równej odległości od słupów, dokładnie pośrodku. Pobocze zajmowało kilka innych samochodów. Dosyć dobrze widział wejście do hotelu. Parking odrobinę zasłaniała wiata przystanku autobusowego, ale z tej pozycji doskonale widział boczne wyjście z budynku. Domyślił się, że to droga na zaplecze, bo stało przy nim dwóch, ubranych na biało pracowników kuchni. Palili papierosy i zawzięcie o czymś dyskutowali. Jeden z nich gestykulował, drugi co chwila zanosił się śmiechem. Za nimi widać było dwa wielkie kosze na śmieci, takie na kółkach. Krzysiek zdecydował się podejść do nich w nocy i trochę pogrzebać, nie spodziewał się znaleźć niczego poza obierkami i podartą pościelą, ale uznał, że jako początkujący detektyw rozpracowujący własną sprawę powinien być otwarty na każdą metodę zdobywania informacji.

Opierając się wygodnie rozłożył siedzenie. Nalał sobie kawy. Włączył radio, żeby choć odrobinę zluzować napięcie jakąś melodią. Zatrzymał się na chwilę na wiadomościach, spiker nudził o wyborach, potem przeszedł do ukraińskiego dramatu Tymoszenko i płynnie przeskoczył do ujawnionej rano afery z prywatyzacją  jakiegoś Polmosu. Kombinacje na styku mafii i polityki sprzed ponad dekady niewiele go obchodziły, więc zaczął przeglądać resztę zakresu. Nie znalazł niczego ciekawego, więc włączył odtwarzacz, w którym wciąż spoczywała płyta Kultu. Z budynku wyszła jakaś para, zapakowali swoje bagaże do stojącego na parkingu Mercedesa i odjechali. Zaraz potem drugą stroną ulicy nadszedł jakiś koleś z plecaczkiem, stał chwilę przed wejściem do hotelu dopalając papierosa, zgasił go i wszedł do środka. Zapowiada się luźny wieczór – pomyślał – dobrze by było. Miał dość ciągłego napięcia. Czuł się spokojniej obserwując to miejsce, robił coś, żeby posunąć sprawę do przodu, ale z nadzieją, że nie stanie się nic, co zaangażowałoby jego nerwy. Potrzebował wyciszenia, nawet tutaj, w nieznanym miejscu, z daleka od domu, przed dniem, który przyniesie pewnie kolejne pytania.

*

Deski na tarasie strasznie trzeszczały. Gdyby ktoś był w środku już dawno by zareagował, chyba że siedział przerażony i czekał aż przyjedzie wezwana przez telefon policja. Oczywiście brak samochodu wskazywał na pusty dom. Ciężkie okiennice nie były zamknięte, więc ktoś jeszcze pomieszkiwał tu po sezonie. Nalepka na drzwiach informowała o podłączeniu leśniczówki do systemu szybkiego reagowania pobliskiej firmy ochroniarskiej. Wars już wcześniej dostrzegł antenkę nadajnika na dachu. Nie musieli obawiać się włamywaczy. Poświecił do środka przez okno i zobaczył salon, w którym miał okazję kiedyś być, ze starego wyposażenia niewiele zostało, tylko kominek znajdował się w tym samym miejscu co wcześniej. Kanapa, fotel, skóra dzika rzucona na drewnianą podłogę. Jakiś obrazek na ścianie, która kiedyś obwieszona była myśliwskimi trofeami. W kolejnym oknie odkrył kuchnię, kaflowy piec zastąpiło metalowe pudło na gaz, mała lodówka. W miarę nowe meble. Miejsce zmieniło swoje przeznaczenie. Z centrali tutejszego koła łowieckiego przeistoczyło się w turystyczny dom wynajmowany rodzinom na wakacje. Ktoś tu widać bywał i doglądał terenu, ale raczej nie byli to gracze planujący jutrzejsze rozgrywki w pobliskim Szczytnie. Liczył na to, że zobaczy grupę staruchów siedzących nad mapami, planujących posunięcia i wykonujących telefony z rozkazami dotyczącymi podrzucania Natalii kolejnych wskazówek. Tak naprawdę już skręcając do lasu wiedział, że nikogo znaczącego tu nie zastanie. Kiedy organizowano tu polowania już przy zjeździe z drogi na Jedwabne z lasu wychodzili napakowani chłopcy i niezbyt grzecznie kazali opuścić teren. Jak ktoś się rzucał pokazywali klamki, kiedy i to nie pomagało dorzucali służbowe legitymacje. Zresztą dróżkę do leśniczówki blokował wtedy terenowy łazik. Wokół kręciło się sporo ludzi z obsługi. Kiedy Wars był tu ostatnio trwała impreza po polowaniu, nalany wiceminister kazał go wyciągać z domu i wieźć ze stolicy tylko po to, żeby podziękować za udaną akcję i wręczyć świeżo obcięte poroże, nagrodę za wierną służbę ludowej ojczyźnie. Wyróżniony pracownik nawet nie przypuszczał, że to na takich imprezach rodzą się pomysły kolejnych pozaresortowych rozgrywek.

Zszedł z werandy i ruszył na drugą stronę domu. Obrazy z lat osiemdziesiątych powróciły bez problemu, Wars miał świetną pamięć do miejsc. Okna znajdowały się w tych samych miejscach co poprzednio. Na placyku za domem rozkładano wtedy upolowaną dziczyznę, włochate ciała, nad którymi stali rumiani panowie. Miecia wśród nich wtedy nie było, chyba że krył się gdzieś w środku. Wars odwrócił się w stronę domu i zauważył drzwi prowadzące do piwnicy. Podszedł bliżej. Nie pamiętał, żeby były tu ostatnio. Trzy schodki prowadziły w dół, grunt wypadał na wysokości klamki. Były ciężkie, obite metalem, na trzech zawiasach, dwie mocne, osłonięte kłódki. Podejrzane wyposażenie domku wczasowego. Wars ocenił skuteczność zabezpieczeń i doszedł do wniosku, że nie da się tam dostać bez pomocy specjalisty. Czuł lekkie podniecenie, miejsce kryło w sobie jakąś tajemnicę, mimo braku spiskowców i ich psów.

*

Otworzył pierwsze opakowanie z kanapką reklamowaną jako francuski specjał na polskim pieczywie. Pomału zaczęło do niego docierać, że nie pomyślał jednak o wszystkim, jedyne miejsce, w którym mógł oddać cisnący na pęcherz mocz było właśnie w obserwowanym przez niego hotelu. Oczywiście mógł podejść, albo podjechać do pobliskiego parku, ale straciłby z oczu obiekt. Kiedyś w długich trasach zdarzało mu się korzystać z butelek z szerokimi zakrętkami, ale teraz miał pod ręką tylko puszkę po energetyku, za wąska dziurka, żeby się nie zalać. Im więcej o tym myślał, tym bardziej chciało mu się sikać. Jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Jedynym miejscem, w którym dałby radę oddać mocz jednocześnie nie tracąc z oczu hotelu były śmietniki przy bocznym wyjściu. Nikt już tam nie stał. Nikogo też nie było na parkingu. Delikatnie otworzył drzwi i wysiadł, ruszył na drugą stronę ulicy starając się nie rozglądać. Ewentualny obserwator jego ruchów, mógł przecież uznać to za podejrzane. Im bliżej był wyjścia dla obsługi, tym uważniej nasłuchiwał, czy kolejna grupka pracowników nie wychodzi właśnie na dymka. Z budynku nie dochodziły żadne niepokojące dźwięki. Zszedł z chodnika i wszedł na trawnik za kontenerami, ustawił się przed ścianą hotelu, rozsunął rozporek i zaczął sikać przyglądając się zmianie koloru elewacji pod wpływem parującej cieczy. Ciśnienie było olbrzymie.

Drzwi odskoczyły od czyjegoś kopnięcia i zaraz uderzyły w obudowę śmietnika. Huk był tak donośny, że Krzysiek zachwiał się i zaraz odwrócił w stronę otwartego wyjścia. Zobaczył trzech drabów w sportowych bluzach wynoszących dziewczynę. Na chwilę jej spojrzenie spotkało się ze wzrokiem chłopaka, który w przerażeniu nawet nie zauważył, że sika sobie na nogawki. Mężczyźni go nie widzieli. Uprowadzana wierzgała. Jej ruchy blokowały związane z tyłu ręce, usta miała zaklejone czarną taśmą, nogi trzymał mocno trzeci z porywaczy. Zanim Krzysiek zdążył opanować swoje wciąż oddające mocz przyrodzenie dziewczyna znalazła się na tylnym siedzeniu stojącej najbliżej furgonetki.  Samochód odjechał akurat wtedy, kiedy on gramolił się zza kontenerów. Stał i patrzył jak porywacze znikają za zakrętem. Nie wiedział co robić, gonić czy dzwonić na policję, z którą spotkanie nie było najlepszym rozwiązaniem.

Nagle otworzyły się drzwi za jego plecami, zataczając się wypadł z nich mężczyzna z zalaną krwią brodą. – Gdzie są! – wrzasnął do oniemiałego Krzyśka.

– Ta… tam odjechali – wskazał kierunek.

– Kurwa! Kurwa – wrzasnął zaciskając pięści. – Chuje ją… – jego głos przeszedł w histerię. Krzysiek podszedł do niego akurat wtedy, kiedy ten się zachwiał. Złapał mężczyznę pod ramię a tamten skierował na niego spojrzenie i poprosił: – Jedźmy za nią. Oni… porwali… Natalię.

Ostatnie słowo obudziło szare komórki Krzyśka, imię dziewczyny było kluczem do programu szybkiego działania. To ona – powiedział sobie w myślach, nawet nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Złapał mocniej mężczyznę i zaczął prowadzić do samochodu. – Szybciej! – popędzał go.

– Ale, co? – zamroczony rozpaczą i ciosem, który rozkwasił mu nos, nie za bardzo rozumiał co się dzieje.

– Szybko, za nimi. Tam stoję – Krzysiek wskazał swój samochód. – Tam gdzie jadą jest tylko jeden wyjazd z miasta! – krzyknął przypominając sobie studiowane wcześniej plany Szczytna.

*

Jacek przyspieszył. Wsiedli do auta i ruszyli. Przez chwilę jeszcze trzymał głowę odchyloną do tyłu, na tyle, na ile pozwalało mu oparcie fotela. Krew już nie leciała. Uspokoił się i spojrzał na kierowcę, który w skupieniu wykonywał manewr ostrego skrętu. Samochodu rzuciło na pobliski podjazd. Już po chwili kierowca wyrównał jazdę i przyspieszył.

– W schowku masz wilgotne chusteczki – powiedział Krzysiek uświadamiając sobie, że  twarz pod strugami krwi widział już wcześniej, ten sam człowiek kilka minut wcześniej wchodził do hotelu. Wspomnienia przerwał widok jadącego jakieś sto metrów przed nimi samochodu porywaczy. – Są tam!

– Dawaj! – Jacek pospieszył kierowcę wycierając brodę chusteczkami. Drugą ręką szukał po kieszeniach telefonu. Zaczął wybierać numer zerkając co chwila na stały dystans pomiędzy nimi a porywaczami.

– Dzwonisz na policję? – zaniepokoił się Krzysiek.

– Nie – Jacek spojrzał na mężczyznę wyczuwając niepewność w jego głosie. – Nie dzisiaj.

*

Wars usiadł w altance, która stała pod lasem. Zapalił papierosa i zastanawiał się jak pokonać drzwi do piwnicy nie uruchamiając alarmu. Wtedy zadzwonił telefon. W ciszy wysłuchał pierwszych słów rozmówcy. Po kolejnych wstał. Rozmowę kończył już w biegu. Dopadł samochodu i czerwony z wściekłości ruszył na drogę prowadzącą do Szczytna.

*

Byli już blisko samochodu porywaczy, którzy nie mieli szans zniknąć im w podmiejskiej zabudowie. Na nieoświetlonym skrzyżowaniu, bez wrzucania kierunkowych, ścigani skręcili w lewo. Krzysiek zdecydował się skrócić dystans i pokonać ostry zakręt na skróty, przez ciemne pobocze.

– Nie! – krzyknął Jacek dostrzegając w ciemnościach rów. Samochód przechylił się do przodu, Krzysiek odruchowo skręcił kierownicą w prawo i stanęli. Zarzynany silnik wył, kierowca przeklinał a tylne światła samochodu z uprowadzoną Natalią znikały w mroku.

– Kurwaa! – zawył Jacek. – Spierdolili nam! – Schował twarz w dłonie i na chwilę się zawiesił. W aucie zapadło kłopotliwe dla Krzyśka milczenie. Nagle pasażer energicznie sięgnął po trzymany w kieszeni telefon. Wybrał ostatni numer.

– Uciekli… – powiedział do słuchawki i wysłuchał odpowiedzi rozmówcy. – …w rowie… przy drodze na… – popatrzył na Krzyśka.

– Biskupiec, chyba.

– Biskupiec… czekam – zakończył rozmowę i jeszcze raz spojrzał na kierowcę. Chwilę nic nie mówił, po czym wyszeptał: – Dzięki.

Krzysiek nie odpowiedział, otworzył drzwi i wysiadł. Jacek ruszył jego śladem i poczęstował papierosem kopiącego koło mężczyznę. Ręce mu się trzęsły, kiedy przypalał nieznajomemu z taką ochotą służącemu wsparciem pościgowym. Widząc, że kierowca też jest wściekły zaryzykował pytanie: – To nie był przypadek, że tam stałeś?

Krzysiek zamyślił się nad odpowiedzią.

– Sikałem za śmietnikami, kiedy…

– Tam pod hotelem… nie stałeś przypadkiem?

Krzysiek popatrzył na rozmówcę. Fakt, że obaj znajdowali się w opresji wywołał w nim uczucie zaufania, no i to, że tamten znał Natalię. Imię nie mogło być przypadkowe. Był pewien, że to ta sama Natalia dla której przekazywał wiadomość.

– Tutaj niema przypadków – wahał się jeszcze przez chwilę i dodał. – Niewidomy koleś… znajomy Natalii, dostał parę dni temu list.

– Dostał – przyznał Jacek nie chcąc zbyt wiele zdradzać.

– To ja mu go dałem.

Zapadło milczenie przerwane przez Krzyśka, patrząc w ciemność, która pochłonęła porywaczy powiedział: – Nie wiem kim jesteś, nie wiem kim jest porwana dziewczyna… i nie mam pojęcia co dalej robić. Po raz pierwszy od kilku dni spotkałem kogoś w podobnej dupie. Może razem rzucimy na to trochę światła, bo sam już nie mam siły.

– Zaraz będzie tu ktoś, kto odrobinę rozświetli sprawę – Jacek zaciągnął się papierosem. – Ale chyba będziemy musieli sobie trochę zaufać.

– Ja… już nie mam wyjścia…

– Skurwysyny! – wrzasnął nagle Jacek. – Spod nosa mi ją zabrali!

Krzysiek widział łzy w oczach rozmówcy. – To, twoja dziewczyna? – zapytał.

– Siostra. – Pociągnął zatkanym krwią nosem. – Siostrę mi porwali, skurwysyny.

*

Wars bez problemu znalazł samochód w rowie. Przed maską jarzyły się dwa czerwone ogniki. Zjechał na pobocze, podciągnął kołnierz kurtki i wysiadł. Podszedł do Jacka i zapytał ignorując mężczyznę nerwowo wciągającego papierosowy dym: – Widziałeś ich?

– Draby, zwykłe napakowane typy. Może twarze bym rozpoznał, ale szybko dostałem w ryj.

Wars przeniósł wzrok na Krzyśka i wrócił do Jacka.

– Numery pewnie nam gówno dadzą. Tutaj w każdej wsi są ze dwie dziuple ze szwabskimi brykami. Już są w innym…

– On mi pomógł… – Jacek wskazał Krzyśka. – …nim też pogrywają.

– Albo gra z nimi – rzucił Wars wyjmując z kieszeni swoje papierosy. Kiedy zapalał uniósł głowę i popatrzył nieznajomemu głęboko w oczy.

– Słuchajcie – zareagował Krzysiek. – Nie znamy się i jeśli was ktoś robi w chuja tak jak mnie, to też nie macie powodów, żeby mi ufać. Ale jeśli pogadamy, to może coś się zacznie kleić w waszej i mojej historii.

– Oczywiście, że pogadamy – powiedział Wars. – Ale nie tutaj. Wyciągnę twój samochód i podjedziemy gdzieś …

– A Natalia? – zapytał Jacek.

– Nic jej nie będzie – zaciągnął się. – Dopóki trwa gra… – I dopóki ja w niej jestem – dodał już w myślach.

*

Siedzieli w altance, na skraju dużej polany, przy drewnianym domu z kamienną podmurówką. Na stole paliła się elektryczna latarenka, którą stary koleś wyciągnął ze swojego bagażnika. Krzysiek oczyma wyobraźni widział grób, który zaraz każą mu wykopać wśród drzew. Myślał o tym, że w takich sytuacjach nawet sympatyczni ludzie okazują się bandziorami, którzy po skutecznym przesłuchaniu zakopują ciało nieszczęśnika w lesie. Obawiał się ich nawet bardziej niż anonimowego prześladowcy, bo widział ich twarze. Ale w duchu powtarzał sobie, że to jedyna droga, być może szczęście, że spotkał innych zamieszanych w sprawę. Oczywiście jeśli to nie oni za tym wszystkim stali. Spojrzał na rozmawiających o porwaniu mężczyzn i uznał, że i oni mogą mieć podobne wątpliwości. Zaufanie – powtarzał sobie w duchu. – Trzeba mieć zaufanie i wykazać dobrą wolę. Sam nie dam rady. – Uspokajał go też fakt, że przez półtorej godziny zamiast zająć się jego obecnością jeździli po Szczytnie i szukali wozu, który uprowadził dziewczynę. Nowi znajomi przejmowali się zniknięciem kobiety, więc i jego los mógł ich odrobinę wzruszyć. Poza tym scena porwania i pościgu wyglądała na spontaniczną reakcję brata ofiary, a nie zaplanowaną akcję typową dla prześladowców. Kiedy wrócili do hotelu Jacek zrobił nawet awanturę w recepcji, obsługa wciskała, że nikt nic nie widział. Krzysiek obserwował ich przez okno, wolał tam nie wchodzić przed następnym rankiem. Stary i chłopak odpuścili kiedy recepcjonista podniósł słuchawkę telefonu, pewnie chciał dzwonić na policję.

– No dobra, przejdźmy do ciebie – zaczął stary. – Najpierw ty opowiesz nam o sobie, jak tobą pogrywają, co do dzisiaj dla nich zrobiłeś, jak cię skierowali na Natalię.

– Jak powiem będziecie wiedzieli więcej niż…

– Spokojnie. Nie chcę wiedzieć jakiego mają haka. Chcę znać szczegóły działania. Mamy tu dwie siatki zdarzeń, które trzeba nanieść na wspólną mapę. Zadziałamy tam, gdzie tropy będą się przenikały. Może jeszcze nie zauważyłeś, ale bierzemy udział w grze, w której to nie my przesuwamy pionki. Musimy to zmienić. Najpierw ty, potem nasza opowieść, właściwie nie nasza, ale Natalii.

Krzysiek chwilę się wahał czy cokolwiek powiedzieć, potem zastanawiał się od czego zacząć. Zmotywowało go dopiero posępne spojrzenie starego. Opowiedział im o wszystkich informacjach od prześladowcy i swoich reakcjach na nie, pomijając wyprawę na mazurską wieś i swoją tajemnicę. Najbardziej szczegółowo opisał sprawę z przekazaniem listu niewidomemu, dzieląc się nawet swoimi wątpliwościami co do klienta „Bajki”. W czasie jego opowieści zdarzały się wtrącenia Jacka zwracającego uwagę na drobne szczegóły, jak choćby samochód na Bankowym, do którego Natalia wrzuciła kopertę.

– Jeździsz w robocie niebieskim Land Roverem?

– Co ty? – odparł Krzysiek. – Pcham gówno na samym dole.

– No to mamy wspólny trop – rzucił Wars. – Kierowca tego wozu jest pewnie trzecim jeleniem, któremu dobrali się do dupy. Nie mamy rejestracji, tylko model i kolor, za którym trzeba się rozglądać.

Krzysiek opowiadał dalej. Kiedy skończył popatrzył na twarze słuchaczy.

– To wszystko? – zapytał Wars.

– Tak, wszystko co mogę na dzisiaj. Nie znam was i…

– Rozumiem, że przemilczałeś swoje działania wykraczające poza żądania prześladowcy? – przerwał mu starszy mężczyzna.

– Nie wszystko mogę…

– Spokojnie, jeszcze sobie, mam nadzieję, zaufamy.

– Nie wiem czy w aż takim stopniu – dodał pod nosem Jacek.

– Jak trzeba będzie – rzucił Wars. – Wolisz być martwy, czy się wyspowiadać?

– No dobrze, a wy? – przypomniał się Krzysiek.

– To jest Jacek – stary wskazał mężczyznę obmacującego swój spuchnięty nos. – A na mnie możesz mówić Leon. – Podał mu dłoń.

– Krzysiek – odparł ściskając wielką, suchą rękę.

– Teraz nasz wkład – Wars zmusił się do grymasu przypominającego uśmiech. Opowiedział Krzyśkowi o przygodach Natalii, pomijając zdarzenie sprzed lat.

– A pan…? – Krzysiek się poprawił. – A ty, co w tym wszystkim robisz?

– Telegraficznie, to miałem już z graczami do czynienia, urządzali sobie zabawy za komuny. Powiedzmy, że chcę to skończyć, a przynajmniej wyeliminować najstarszych uczestników. Zadowolony?

– No, tak – rzucił Krzysiek patrząc jak starszy mężczyzna zmienia się na twarzy. Rozmowa prowadzona była w spokojnej atmosferze. Wcześniej Krzyśka trochę niepokoiło jak łatwo starszy z nowo poznanych pogodził się ze zniknięciem dziewczyny. Teraz pojął, że spokój miał skruszyć lody. Nie mieli czasu na dłuższe pogawędki. Wszystko trzeba było wyłożyć na ławę już teraz i działać, a razem z działaniem na twarzy starego zaczęła pojawiać się złość.

– Po pierwsze – Wars wstał – myślę, że zniknięcie Natalii było zaplanowane. To nie rezultat waszego pojawienia się na miejscu. Nie spodziewali się ani Jacka, ani ciebie Krzysztofie. Śmiem nawet przypuszczać, że skurwysyny, chciały cię jakoś wplątać w jej uprowadzenie. Jutro twój pionek najpewniej spadłby z szachownicy, a na twoje konto poszedłby niejeden, trudny do rozwiązania, wątek rozgrywki. W samą porę na siebie wpadliśmy.

– Ale co ja mam jutro zrobić? – zapytał Krzysiek, z obawą patrząc jak jego rozmówca bierze do ręki przyniesiony z samochodu łom. Przez myśl przemknął mu obraz własnej głowy rozwalanej przez mężczyznę każącego mówić do siebie Leon. Krew trysnęłaby na siedzącego obok Jacka, który też z zaciekawieniem patrzył na dłoń starca ściskającą metalowy przedmiot. Wtedy Wars powiedział:

– Za chwilę zaplanujemy. Teraz trzeba coś rozjebać. – Odwrócił się i ruszył w kierunku domu. Po chwili krzyknął do idących za nim mężczyzn: – Bądźcie gotowi, może zaraz trzeba będzie stąd spierdalać w podskokach!

*

Pozycja była niewygodna. Leżała na brzuchu. Nawet kiedy wyginała głowę mocno w bok widziała tylko tył fotela. A musiała ją unosić, bo materiał, którym obito siedzenia śmierdział zgnilizną. Kolana miała obtarte i posiniaczone. Związane na plecach ręce już drętwiały. Serce waliło. Oddech był szybki, bo pobierała i oddawała powietrze tylko przez nos, usta wciąż miała zaklejone taśmą. Samochód musiał być duży, bo leżała sama na tylnej kanapie. Słyszała trzy głosy. Rzucali sobie hasła: – Skręć tutaj. Tam wal. Zaraz zgubisz skurwysyna. – Przesuwające się po tapicerce światło dawało jej znać, że mijają miejskie ulice. Bała się, że zgaśnie światło. Że zostanie sama z ich głosami. Staną, zgaszą silnik. Zgwałcą łamiąc żebra i obijając twarz, a potem dokończą uderzeniem łopaty w głowę i zakopią w rowie pod Szczytnem.

Pokonali ostry zakręt. Zwolnili. Po sztucznej skórze z którą stykała się nosem przebiegły ostatnie smugi światła. Zrobiło się ciemno.

– Zostali z tyłu – powiedział jeden z porywaczy.

– Wjebali się do rowu, widziałem – dodał drugi.

– Kurwa, długo się trzymał, za słabo mu dojebałeś…

– Sam nie był, jeszcze się jakiś krył za śmietnikiem.

Trzeci z porywaczy milczał. Straciła ostatnią nadzieję na ratunek. Zgubiła Jacka. Straciła światło. Teraz wydyma ją trzech drabów. Widziała twarze. Zabiją. Zresztą po to porwali – myślała. – Żeby zatrzeć jakieś ślady w tej swojej pierdolonej grze. Ostatnia szansa, przeszło jej przez głowę, kiedy samochód jeszcze bardziej zwolnił. Zaczęła wyć. Na zewnątrz wydobyło się tylko żałosne mruczenie. Wiła się. Waliła nogami w szybę.

– Ucisz ją kurwa! – zachrypiał głos z przodu.

– Już, moment! – odezwał się w końcu trzeci głos.

Napięła mięśnie. Przygotowała się na uderzenie, które miało pozbawić ją przytomności. Wciągnęła powietrze i poczuła dziwny, nieprzyjemny zapach.

– Jebany. Nie lej tyle, bo nas potrujesz!

Na twarzy poczuła jakąś szorstką powierzchnię. Zapach stał się dławiący. Ich głosy odległe. Świadomość odpłynęła.

*

Pokonanie ciężkich drzwi zajęło im pięć minut. Weszli do środka i żaden alarm się nie włączył, widać nalepka firmy ochroniarskiej była tylko dla picu. Piwnica należała do nich. Latarkami oświetlili wnętrze. Pod ścianami stały wielkie worki z brykietem na grilla i trzy butle z gazem. Dwie skrzynki z butelkami po piwie czekały aż ktoś zawiezie je do sklepu i wymieni na pełny trunek. Znaleźli też kilka zakurzonych poroży, zrolowane skóry i zawinięte w folię obrazy w ramkach. Żadnych ukrytych schowków, skrzyń z aktami czy innych wskazówek dotyczących prześladowców. Wars zabrał się za odwijanie obrazów, które okazały się być wypłowiałymi zdjęciami uczestników kolejnych polowań. Wszystkie opisane datami, sięgającymi lat siedemdziesiątych. W sumie było ich piętnaście. Na wszystkich uśmiechnięci panowie prezentowali ułożone przed sobą zwierzęce trupy. Flinty zwieszone na plecach, dumnie wypięte brzuchy, rumiane policzki. Wars wyciągnął jeden z nich i podświetlił fragment zdjęcia pokazując go chłopakom. Odkryli na nim młodszą wersję Barona.

– Latka lecą – zauważył Jacek. – Kiedyś to się bawiło z fantazją.

– Byłem tu służbowo. Zagonili mnie do zdjęcia, chociaż jak widać nie za bardzo chciałem – odpowiedział wskazując skwaszoną minę na swojej niepomarszczonej jeszcze facjacie. – Ktoś na tych fotkach może być naszym graczem. Musimy je zabrać.

– No, nie będziemy tego taszczyć do Warszawy – wtrącił się Krzysiek szukając czegoś w kieszeniach.

– Rozprujemy ramki – odparł Wars wyjmując z pochwy przy pasku myśliwski nóż.

– A może zrobimy im fotki? – Krzysiek pomachał telefonem komórkowym.

– Technika zaskakuje – skomentował Baron i ustawił obraz tak, żeby rozmówca mógł go sfotografować.

Kiedy skończyli sesję Krzysiek sprawdził jak wyszły zdjęcia. Na niektórych odbijał się flesz, ale było widać wszystkie twarze. Kolejny raz był zadowolony, że kupił komórkę z dobrym aparatem. Nagle jego telefon zapiszczał dając znać, że właściciel otrzymał sms. Otworzył wiadomość i przeczytał jej treść wspólnikom:

– Szkolenie odwołane ze względu na niską frekwencję. Przepraszamy i zapraszamy do zapoznania się z naszą ofertą. O kolejnym terminie poinformujemy niebawem.

 

Copyright by Piotr Jezierski, Foto Piotr Jezierski

Tę powieść w odcinkach, ilustrowaną fotografiami Autora, możesz przeczytać tylko tu, na blogu CUDKULTURY.PL

13 odcinek powieści za dwa tygodnie.

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.