Co ostatnio oglądałeś? Film: Gniew


W zalewie naprawdę niezłych produkcji, poruszył mnie ostatnio film, o którym nie wiem nawet, czy jest do końca udany. Koturnowy w swojej powadze, przyciężki od nachalnych metafor i symboli, dotyka jednak czegoś szczerego, prawdziwego i nieuchwytnego, co pozostaje w widzu niczym męczące poczucie winy.

Porównanie jest jak najbardziej na miejscu gdyż właśnie to uczucie (poza tytułowym gniewem) towarzyszy głównemu bohaterowi Malky’emu. Pracuje on jako robotnik przy wyburzaniu kościołów, to zajęcie jest sposobem na odreagowanie traumy z przeszłości, gdy jako 12-latek był molestowany przez księdza z lokalnej parafii. Poza tym próbuje ułożyć sobie życie z kelnerką z ulubionej knajpy oraz opiekować starzejącą się matką, do której ma żal o to, że nie obroniła go przed księdzem pedofilem. Sytuacja komplikuje się gdy ten ostatni niespodziewanie powraca do parafii. 

Jak widać po tym krótkim streszczeniu film dotyka „modnego” ostatnio tematu, o którym powstały z pewnością wybitniejsze filmy (żeby wspomnieć chociażby oscarowy „Spotlight” czy „Siostry Magdalenki”). Wyróżnia go jednak perspektywa oraz emocjonalna powściągliwość w prowadzeniu tematu. Historię oglądamy z perspektywy osoby wierzącej, która problemu pedofilii nie postrzega tylko jako patologii społecznej lub przestępstwa, ale przede wszystkim w kategorii grzechu, którym przestępca poniekąd „zaraża” swoje ofiary przez wspomniane poczucie winy, nienawiść i gniew. Malky doświadcza głównie tych właśnie uczuć i co zrozumiałe szuka zemsty. Nie ma jednak pomysłu na adekwatną karę. Początkowo wydaje się nią śmierć, czy jednak to nie za mało? W tym momencie film przejmująco dotyka jednego z największych paradoksów Chrześcijaństwa, a więc swoistego okrucieństwa przez miłosierdzie. Czy największą karą nie jest wybaczenie, w akcie którego zwracamy złoczyńcy ciężar, którym wcześniej obciążył ofiarę? Czy będzie w stanie udźwignąć to, że mu wybaczono?

Te teologiczne subtelności wybrzmiewają w „Gniewie” wyjątkowo dobitnie głównie dzięki zaskakującej i powściągliwej kreacji Orlando Blooma. Ten średniej (delikatnie mówiąc) klasy aktor, który jak się wydawało na dobre utknął już w repertuarze na miarę swojego talentu, postanowił udowodnić, że jest w stanie pokazać coś więcej niż wystudiowaną pewność siebie i nonszalancki urok lekko już podstarzałego chłopca. Przeważająca część filmu to ujęcia twarzy Malky’ego, dramat rozgrywa się głównie na niej i Bloom naprawdę daje radę w przekonujący sposób ukazać całe spektrum emocji od otępienia, przez nieustannie tłumioną agresję i wściekłość („Jestem po prostu zmęczony” – to jego jedyna odpowiedź na pytania o samopoczucie) po wzruszenie i poczucie ulgi.

To dla mnie największe aktorskie zaskoczenie od czasu gdy Sylvester Stallone wystąpił w „Cop Land”, i to Bloom sprawia, że kupuję tę historię, mimo paru scenariuszowych kiksów i ewidentnych przegięć. Pewnej powściągliwości reżyserski tandem braci Shammasian mógłby się nauczyć chociażby z arcydzielnej (i zupełnie w Polsce zignorowanej) „Kalwarii” J. M. McDonagha poruszającej podobny temat. Mam nadzieję, że bracia nadrobią tę pozycję zanim znowu ogarnie ich słuszny gniew.

Michał Burszta
Animator kultury, dziennikarz filmowy 

Comments are closed.