Ostatni odcinek Gry o tron

Jest wieczór, różana herbara Kusmi parzy się w dzbanku z minimalistycznego porcelitu ze sklepu Muji. Biorę do ręki jedną z najdziwniejszych i najbardziej intrygujących książek ever, żeby o niej napisać na blogu. Tak! Jest taka książka. I odkładam. Nie teraz. Od kilku dni chodzi mi po głowie, że tak naprawdę nie rozmawiamy na poważnie o serialu Gra o tron. Nie tu, w ogóle nie rozmawiamy.

Nie lubię powieści, seriali ani filmów kostiumowych. Przyznaję się. Nie lubię fantasy. Długo nie chciałam oglądać tego serialu, a potem, dopiero trochę ponad rok temu, obejrzałam cztery sezony ciągiem. I teraz piąty. “To Rodzina Soprano w czasach średniowiecza”, żartuje główny producent serialu, David Benioff, nieprzypadkowo nawiązując do innego hitu stacji HBO. Oczywiście, racja. To bardzo pesymistyczna, ponadczasowa i bardzo trafna analiza żądzy władzy. To opowieść o naszym świecie, walkach wpływów, szantażach politycznych, niedotrzymanych paktach, grze z bankami nawet. Z wątkami przemocy seksualnej, religijnego fanatyzmu, transu niewolnictwa. Słusznie zauważył mój przyjaciel, że królowa Daenerys ma mocno pod górkę, bo nie chce podbijać ludów, tylko je wyzwalać. Ale oni nie potrafią żyć na wolności, bo jak to tak, nagle nie być niewolnikiem, nagle działać na własny rachunek?

daenerys

Miałam kłopot z najnowszą, piątą serią. Nie zawsze miałam ochotę oglądać kolejny odcinek i nie chodzi już o to przesławne okrucieństwo i krew tryskającą z otwartych gardeł. Chodzi o daleko gorsze okrucieństwo – braku złudzeń, że ludzkość potrafi działać w imię dobra wspólnego. Nie potrafi. Nie próbuje nawet. Trwa walka o tron, żelazny, okropny, wyglądający, jakby siedzenie na nim sprawiało fizyczny ból. I na dodatek każdy walczy o jego objęcie i rządy nad Siedmiomia Królestwami. Metody są różne: walka do ostatniej krwi, podstęp, trucizna, czary. George R.R. Martin, autor sagi naczytał się Szekspira i dobrze go zrozumiał.

Nawet sfera mistyczna serialu – a bogowie i czary są, jak to w mitycznych czasach, znacznie bliżej ludzi, niż dziś – jest mroczna, wymaga najwyższych, starotestamentowych ofiar i nie obiecuje raju. Umarli powstają z grobów i tworzą armię, której nie pokona życie, za Wielkim Murem na północy trwa porządna mobilizacja, którą żywi co jakiś czas komunikują sobie hasłem ”Nadchodzi zima”. Bogowie są w Grze o tron wyłącznie strażnikami Cienia. Wszyscy, którzy mają z nimi jakieś układy, spotykają się ze swoim cieniem, najgorszymi koszmarami, co już nawet bez magii, a wyłącznie dzięki psychologii jest wystarczająco trudne. Ten cień snuje się nad każdym odcinkiem, bogowie, groby, bez uczonych. Co jakiś czas podróż na południe – Królewska Przystań, piękne suknie, egzotyczne kwiaty, ale wino zatrute. Jest coraz bardziej duszno. Nadchodzi zima, której nie przetrwa nikt, a państwo są zajęci wielowiekowymi sporami o rodowe srebra, a nawet nie srebra, tylko żelazo. Żelazny tron. Brzmi znajomo?

daenerys.tyrion

I tylko trzy postaci, które wystają ponad towarzystwo. Wspomniana Matka Smoków Daenerys, która jednak błądzi, bo dopiero uczy się mechanizmów małości i wcale nie wiadomo, czy zdąży się nauczyć. Karzeł Tyrion, o wybitnej inteligencji i politycznym talencie Franka Underwooda, ale nie pozbawiony moralności. On widzi, że wszystko zmierza ku zagładzie, ale jest nihilistą i nie wierzy, że można zatrzymać rozpad. Autor sagi na pewno lubi go najbardziej. Ten trzeci to oczywiście Jon Snow.

Właściwie Jon Snow załamał mnie najbardziej. Jak wiadomo, w ostatniej scenie ostatniego odcinka, został zabity. Wszyscy zgodnie i nie do końca przecież serio, opłakaliśmy jego śmierć na Facebooku i Twitterze, ale przecież nie chodzi tylko o to, że był fajny i przystojny. Jon Snow jako jedyny próbował połączyć siły odwiecznych wrogów. Mógł za to przejść do historii, czytałyby o nim dzieci książąt w szczęśliwych czasach, które nastąpiłyby po wiekach średnich, jako o jednym z największych bohaterów, może królów. Ale nie będą czytały. Za to, że Jon Snow chciał połączyć wrogów, zginął jako zdrajca. Być może nie będzie żadnych czasów po wiekach średnich, bo zza muru idzie zima.

winters.coming

Poddani Daenerys właśnie rzucili się na nią z mieczami i gdyby nie smok, który w pogodniejszych bajkach pożera dziewice, a tu ratuje ulubioną przez widzów królową, nie byłoby też jej. Tyrion chwilowo został sam w mieście niewolników, którzy zabiliby, żeby nie być wolni. Wszystkie choć trochę pozytywne postaci zostają unieruchomione, moce wypadają im z rąk, z ust córki Jaime Lannistera, zaraz po tym, kiedy padają sobie w objęcia, tryska krew, nie będzie szczęśliwego zakończenia nigdzie i nigdy.

Nie oglądam tego więcej, pisze moja przyjaciółka na Facebooku. Tyle już razy obrażaliśmy się na ten serial, kiedy bez żadnego uprzedzenia, żadnej hitchcockowskiej strzelby na ścianie, ginęli nasi ukochani bohaterowie. Ale jest coraz gorzej. Teraz już giną ci, którą mogą ocalić świat. A może tylko ocalić tę opowieść?

Nie daje mi spokoju Jon Snow. Że musiał zginąć za coś, za co powinno się o nim śpiewać pieśni. Za próbę zjednoczenia wrogów przeciwko wrogowi większemu niż wszystkie Siedem Królestw razem wziętych. Niepokoi mnie pytanie, na ile to jest o nas.

A o tej niesamowitej książce napiszę następnym razem. Tutaj, w Warszawie, wieczorem w czerwcu dopiero jest lato. A Zima to zaledwie cień.

graotron5

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.