Nowe Twin Peaks, stary Lynch

Pierwszy odcinek nowej serii „Twin Peaks” odrzuca. Zwłaszcza, jeśli się czekało na placek z wiśniami, donuty z lukrem, agenta Coopera z dowcipnymi dialogami. Ja czekałam, oczywiście, jak trzy czwarte świata. I pewnie wszyscy przeżyliśmy szok. Długie, niepokojące sceny, mrok, nieporozumienie, pretensjonalność i makabra. Z miasteczka została tylko Czarna Chata z czerwonymi kotarami, to dziwne miejsce przejścia, gdzie wszyscy mówią od tyłu metaforami ze snu. Cudowne, kiedy zaglądało się w to miejsce co jakiś czas, między banalnymi wnętrzami dostatnich domów, czy dobrze znanymi ulicami miasteczka. Ale miasteczko zniknęło. Zniknęły postacie, pączki, rzeczy błahe, przyziemne i choć trochę oswajające koszmar.

Pozostały najgorsze sny, bez jawy. Kilka niby humorystycznych scenek, w których niezbyt rozgarnięci bohaterowie gubią się w swojej gapowatości, nie ratuje tak naprawdę z tej narastającej atmosfery grozy. David Lynch zebrał tu swoje największe koszmary, od czasów „Głowy do wycierania” przez „Lost Highway” i zwłaszcza „Mullholland Drive” po „Inland Empire” – ten ostatni, najdziwniejszy i najbardziej wydumany film. Pęknięcia w rzeczywistości, niedoświetlone kadry, nieznośna jazda kamery, która za rogiem na pewno zobaczy coś strasznego. Gnijące ciało, które leżąc w łóżku, w samotnym mieszkaniu, czeka na ratunek sąsiadów. Dziwne urządzenie, którego trzeba pilnować, choć nikt nie wie, po co, ani kto zlecił. Obecność tego kogoś, super silna, choć niewysławialna, jakiś szef mafii i zły duch w jednym. Bezimienny. Pojawiał się pod postacią dziwnych facetów w innych filmach Lyncha. Mówił „Dick Laurent is dead”, śmiał się szyderczo, krzyczał wściekle, przerażał i kpił. Tu nawet go nie ma, ale jest ten strach, że jak się pojawi, to raczej wkurzony. Ktoś mocno wali w ściany metalowej puszki zawieszonej w kosmosie (tak!): Pospiesz się, matka już idzie! Dziecięce koszmary z pogranicza jawy i snu, wyjątkowo sugestywnie pokazane przez dorosłego. Lynch robi przegląd swoich najciemniejszych patentów, tym razem bez taryfy ulgowej, bez pretekstu historii, choćby najbardziej absurdalnej. I wraca do Twin Peaks. Jednak.

Kolejne trzy odcinki ogląda się już łatwiej. Nawet zdumiewająco szybko, zwłaszcza w porównaniu z pierwszym, który dłużył się dziwnie i męcząco. Nawet jeśli nie wszyscy wracają, nawet jeśli coraz bardziej tęskni się za choć jedną zwykłą sceną z miasteczka. Na razie jej nie będzie. Choć czasem zajrzymy do biura szeryfa Trumana i będą tam Lucy i Andy, a nawet Bobby Briggs, wszyscy o 27 lat późniejsi. Swoją drogą – ten upływ czasu stał się jednym z największych atutów lynchowskiego absurdu. Zobaczyć twarze, które widziało się tylko wtedy, jako młode, nagle tak postarzałe – to lepsze niż jakakolwiek charakteryzacja.

Ale teraz przynajmniej serial nabiera sensu. Agent Cooper pod dwiema postaciami: grasującego gangstera o wyglądzie starego Indianina i klasycznego Coopera w garniturku, który powraca z Czarnej Chaty – pada ofiarą rozdwojenia na dobrego i złego. Co się stanie, jeśli rozdzieli się te dwie strony? Doppelganger – to słowo klucz w „Twin Peaks”, pojawiało się już w pierwszej serii. Pojęcie pochodzi z niemieckich mitów, to zła strona – zła część duszy. W metafizycznych przestrzeniach lynchowskiego piekła-czyśćca dochodzi jednak do usterki. Zły nie wraca do piekła, dobry wraca na ziemię. Świat pęka i o tym opowiada nowy „Twin Peaks”.

Umarłam, a jednak żyję, mówi Laura Palmer. Jest starsza o 25 lat i wróciła tak, jak obiecywała. Nie, nie do Twin Peaks. Nadal przesiaduje na czerwonej sofie w saloniku o podłodze z czarno-białych kafli. Postarzała się o ten czas, choć przecież jest duchem. I oddaliła: Czasem wydaje mi się, że znam Laurę Palmer, ale to niekoniecznie ja, opowiada agentowi Cooperowi. Zdawkowo. Tam za wiele się nie mówi. Niestety okazuje się, że te ćwierć wieku agent Cooper również spędził w Czarnej Chacie. Teraz, kiedy wraca do zwykłego życia, jest w katatonii, otępiały, dokładnie tak, jak Philip Jeffries, agent specjalny, który nagle zaginął i potem wrócił na chwilę. Grał go David Bowie w kinowej wersji Twin Peaks „Ogniu krocz za mną”. Oglądając pierwszy odcinek trudno sobie wyobrazić, jak bardzo spójne jest wszystko, co potem następuje. Jak z rozrzuconych na przestrzeni 30. lat kamyczków Lynch układa konsekwentny obrazek. Trochę jak szaleniec, który potrafi znaleźć znaki w trawach, chmurach, koronach drzew i krokach. Kto mu zabroni?

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.