Najbardziej oczekiwane premiery 2018 roku


Piotr Jezierski

W 2018 czekam na wiele rzeczy, są wśród nich kolejne sezony, ciągi dalsze kinowych opowieści i całkiem świeże premiery. Sporo było w 2017 kryminałów, więc na tym polu troszeczkę odpuszczam (choć poniżej jest jeden wyjątek). Wybrałem siedem spośród kilkudziesięciu kulturalnych zapowiedzi, które najbardziej przyspieszają bicie mojego fanowskiego serca.

 

  1. Na pierwszym miejscu moich oczekiwań 2018 roku pojawia się dzieło, do którego na początku podszedłem z niesmakiem. Ten początek, to 2003 rok, kiedy wśród nowości literatury fantastycznej pojawił się „Modyfikowany węgiel” Richarda Morgana. Na okładce wygenerowany przez komputer łysy facet z bródką gapi się na trzymaną w ręku mini kopię spiralnej galaktyki. W tle smutne bloki i burzowe niebo. Tytuł podany czcionką, czytelną tylko dla kryptologów. Całość była zdaje się nawiązaniem do okładkowej estetyki Phantom Pressu (nie wiem czy pamiętacie – bardzo brzydkie okładki zwykle niezwiązane z tematem książki). Opakowanie zrobiło swoje – nie ruszyłem książki mimo obiecujących recenzji. Wszystko zmieniło sie pod koniec zeszłego roku, kiedy do księgarń trafiło nowe wydanie z już bardziej strawną i zachęcającą grafiką – mechaniczno-trupia twarz kobiety z unoszącą się nad głową mglistą ptaszyną symbolizującą zapewne duszę. Opis z okładki mi pasował, akurat szukałem rozrywkowej fantastyki z kryminalną intrygą, dostałem odrobinę więcej. Ale gdzie tu noworoczne oczekiwanie, skoro książka nieświeża? Netflix robi z niej serial. Już w lutym zobaczymy przygody detektywa o słowiańsko brzmiącym nazwisku, w świecie, w którym po śmierci dostaje się kolejne (sztuczne lub używane) ciało – rasowy cyberpunk.

„Modyfikowany węgiel”, sezon 1, Netflix.

 

  1. Pierwszy był most, połączył Danię i Szwecję, format się spodobał i Francję z Anglią zjednoczył już tunel, potem kupiły go Stany i zesłały bohaterów na meksykańskie pogranicze. Efekt przypomina nalewkę, którą nastolatki podpijają z barku rodziców, po każdej degustacji dolewając do mikstury wody. Oryginał jest mocny, wyrazisty i smaczny, amerykański ma się jak fastfoodowa kanapka do prawdziwego hamburgera (od miesiąca nie jem mięsa i tęsknię). Zaburzona psychicznie szwedzka policjantka i jej kolejni duńscy partnerzy, których życie prywatne zbyt mocno oddziałuje na prowadzone śledztwa. „Most nad Sundem” to w klimacie rasowy skandynawski kryminał, tylko więcej w nim życia, akcji i uczuć, mimo że główna bohaterka ma problem z ich okazywaniem. Trzy pierwsze sezony łyknąłem w tydzień, pierwszy odcinek czwartego miał premierę w tym tygodniu, na razie tylko w Szwecji. Poczekam aż całość pojawi się w Polsce i (pewnie już na wiosnę) zrobimy sobie w domu pełen napięcia weekend z przeraźliwie wkurzającą panią detektyw.

„Most nad Sundem”, sezon 4, Netflix (?).

 

  1. Jon Krakauer zyskał popularność pisząc książkę „Wszystko za Everest”, która stała się inspiracją dla twórców hollywoodzkiego blockbustera. Przyznam się – nie dałem rady – kocham góry, ale wolę je oglądać niż o nich czytać. Za to kolejne dzieło Krakauera wgniotło mnie w fotel. „Pod sztandarem nieba” pokazuje radykalne odłamy mormonizmu od zaskakującej strony – bezwzględni prorocy, religijne morderstwa i brudy zamiatane pod dywan małomiasteczkowej Ameryki. Czyta się jak dreszczowiec. Z wypiekami czekałem na wydanie kolejnej pozycji dziennikarza-alpinisty. „Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim” – tytuł mówi sporo. Znowu mamy do czynienia z prowincją, tym razem Krakauer przygląda się życiu pozornie spokojnej społeczności. W latach 2008–2012 policja tytułowej miejscowości skierowała do prokuratury sto czternaście zgłoszeń przemocy seksualnej. Prokuratura oskarżyła tylko czternastu podejrzanych. Wyroków skazujących było niewiele, a przecież za gwałt grozi w Montanie od dwóch do stu lat więzienia. Do tego ofiary często oczerniano odnosząc się do najbardziej prostackich stereotypów. Krakauer tak jak poprzednio pokazuje bestie kryjące się za twarzami miłych chłopaków z sąsiedztwa.

Jon Krakauer „Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim”, Wydawnictwo Czarne.

 

 

  1. Na mojej liście musiał znaleźć się komiks, właściwie nie konkretny tytuł, a autor. Alan Moore najskuteczniej zaatakował moją wyobraźnię „Strażnikami”, przetworzył temat super bohaterów pokazując świat, w którym zimna wojna jest jeszcze bardziej mroźna. Wspaniale się bawiłem patrząc jak „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” (złożona z bohaterów masowej wyobraźni drugiej połowy XIX wieku) łączy siły i radzi sobie z wyzwaniami kultury minionego stulecia. Kocham „Top 10”, lubię „From Hell”, trochę mniej „V jak Vendetta” i przejąłem się niskim poziomem ekranizacji komiksów czarownika z Northampton. Cieszyli mnie nawet kiczowaci faceci w rajtkach „Marvelman” i „Captain Britain”. A jego wersja „Sagi o potworze z bagien”? Palce lizać. Z czasem odkryłem, że moje pierwsze (nieświadome jeszcze) spotkanie z Moorem miało miejsce już w 1991 roku podczas lektury „Zabójczego żartu”. Chyba nie muszę przekonywać, że lubię twórczość angielskiego scenarzysty. W 2010 roku ciekawi Alana Moore’a polscy czytelnicy doczekali się zbioru wywiadów z mistrzem, a w minionym serii krótkich filmów „W głowie Alana Moore’a”, które obejrzeć można na stronie telewizji Arte. Dzięki tym pozycjom niby coś już wiemy, ale prawdziwy Moore wydaje się wciąż ukryty za maską brodatego okultysty. Mam nadzieję, że maska opadnie po premierze „Magicznych słów. Niezwykłego życia Alana Moore’a”, biografii autorstwa Lance’a Parkina.

Lance Parkin „Magiczne słowa. Niezwykłe życie Alana Moore’a”, Wydawnictwo Komiksowe.

 

LINK DO FILMU „W GŁOWIE ALANA MOORE” NA ARTE

 

  1. Wśród moich największych noworocznych oczekiwań znajduje się też gra, kontynuacja przeboju z 2010 roku. Pierwszy „Red Dead Redemption” nie był chamską strzelanką, kosmicznym rollercoasterem, ani przygodowym fajerwerkiem, a rasowym westernem, który stawiam na półce obok „Dobrego, złego i brzydkiego”, „Deadwood” i „Małego Wielkiego Człowieka”. To nie zabawa dla spragnionych adrenaliny dzieciaków, odmalowany w grze Dziki Zachód był światem pełnym odniesień do kinowych odpowiedników i nie mam tu na myśli ramotek z Johnem Waynem, ani jugosłowiańsko-niemieckich produkcji pełnych szlachetnych Indian i heroicznych rewolwerowców. „Red Dead Redemption” to wyrazista opowieść, epickim rozmachem dorównująca obrazkom Sergia Leone, a opisem okrutnego świata przypominająca „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego. Oczekiwania odnośnie dwójki są wielkie, gorączkę westernowych maniaków podsycają pełne akcji zwiastuny, ale ja najbardziej nie mogę się doczekać galopowania przez otwarte przestrzenie. Za serce złapał mnie odcinek „Teorii wielkiego podrywu”, w którym Sheldon przyznał, że dla odprężenia włącza „Red Dead Redemption”, wsiada na konia i pruje przed siebie, aż nad prerią zajdzie cyfrowe słońce.

„Red Dead Redemption II”, Rockstar Games.

 

  1. Muzycznie się cofam. Praktycznie nie wiem, co nas czeka w 2018 roku. Powodem jest odkrycie aplikacji, którą mój operator komórkowy załączył do nowego modelu telefonu, dzięki niej jeszcze przez rok będę miał dostęp do tysięcy płyt. Odkrywam albumy, na które nie trafiłbym przez dekadę poszukiwań. Kiedy skończy się promocja chyba wykupię abonament. Grzebię wyłącznie w przeszłości szukając głównie starych płyt wykonawców, którzy grali z moimi ulubionymi artystami. Ostatnio hulam między skandynawskim jazzem, starą elektroniką i symfonicznym minimalem. Ale kilka zapowiedzi przebiło się do mojej świadomości. Na pewno czekam na nowe „Lao Che”. Po nierównym „Soundtracku” zespół Spiętego dał mi przyjemność słuchania płyty „Dzieciom”, tylko pozornie nagranej dla milusińskich. Teraz zbliża się „Wiedza o społeczeństwie” z zapowiedzią nawiązań do muzyki rozrywkowej lat osiemdziesiątych. Moda na pastelową dekadę trwa w najlepsze. Na małych i dużych ekranach odradza się Kino Nowej Przygody, popowcy grają melodie żywcem rżnięte z Madonny i Jacksona, a ja wciąż czekam na twórcze rozwinięcie tematu, na coś, co korzystając z materiału mojego dzieciństwa da całkiem nową jakość. Może „Lao Che” zagra mi coś oryginalnego?

Lao Che „Wiedza o społeczeństwie”, Mystic Production.

 

  1. Jeszcze nie ma dokładnej daty premiery, jest tylko 2018 rok, ale już wiadomo, że Denis Villeneuve bierze się za kolejnego giganta fantastyki – „Diunę” Franka Herberta. Jego kontynuacja dzieła Ridley’a Scotta nie do końca mnie przekonała, choć gdyby nie był to „Blade Runner”, tylko inna opowieść osadzona w podobnym świecie, pewnie wyszedłbym z kina przeszczęśliwy. Ale już „Nowym początkiem” Villeneuve pokazał, że rozumie gatunek – kameralne opowiadanie Teda Chianga przyprawił kinowym rozmachem i oryginalnym klimatem, odrobinę suchym rozważaniom pisarza dodał odrobinę wilgoci. Właśnie wyczucie klimatu jest jego najmocniejszą stroną. Kanadyjczyk potrafi odmalować atmosferę niepokoju obecną w plenerach tak odległych jak meksykańskie pustkowia („Sicario”) i zalane deszczem amerykańskie miasteczko („Labirynt”). Teraz bierze na warsztat monumentalne widowisko, którego realizacji w latach 70’ nie podołał Alejandro Jodorowsky, mimo zaangażowania takich postaci jak: Orson Welles, Salvador Dali, H.R. Giger i Moebius. W 1984 roku za „Diunę” zabrał się David Lynch. Dla wielu miłośników literackiego pierwowzoru jego ekranizacja była niestrawna, krytycy wieszali na niej psy, ja odkryłem ją kilka lat po premierze i z miejsca zakochałem się w najbardziej barokowym filmie twórcy „Zagubionej autostrady”. W latach 2000-2003 emitowano serial oparty na trzech pierwszych tomach sagi o Arrakis, bliżej mu było do teatru telewizji niż kinowego widowiska. Teraz pałeczkę przejął Villeneuve, który chyba czuje temat, potrafi tworzyć niezwykłe pejzaże i wycisnąć z aktorów niespodziewane reakcje (patrz Hugh Jackman w „Labiryncie), tylko czy da sobie radę z pustynnymi czerwiami?

„Diuna”, reż. Denis Villeneuve, scen. Eric Roth.

Comments are closed.