Miasto 44

To mi się teraz wydaje dziwne, że ci ludzie wokoło są tacy radośni i my zwyczajnie pijemy kawę, mówi A. Przed chwilą wyszłyśmy z pokazu Miasta 44.

Dziś jest ciepły dzień września, od rana słońce, może jeszcze będzie trochę lata. Po projekcji idę do redakcji, niedaleko Placu Powstańców, na ulicę Warecką, gdzie, co przed chwilą zobaczyłam w filmie, powstańcy wychodzili z kanałów uciekając ze Starego Miasta. Wolałabym o tym nie myśleć, ale przecież się nie da. W końcu wiedziałam, że tak będzie, reżyser Miasta 44, Jan Komasa zaczepił tamte zdarzenia w dzisiejszym świecie. Pokazał w żywym, dzisiejszym mieście powidoki tamtych płonących domów. Jak trupie ogniki płonące nad bagnami – kiedyś taki przerażający obraz wrył mi się głowę, kiedy jako dziecku Mama czytała mi na dobranoc baśnie Andersena. Te ogniki duchów nad bagnami dziś mi się przypomniały.

Właśnie ta scena, kiedy powstańcy wychodzą z kanału pod Warecką i idą niezniszczoną jeszcze ulicą, czarni od ścieków, mokrzy, skuleni i mijają ich kolorowi ludzie, w dzień, jaśni, ktoś nawet robi im zdjęcie – to dla mnie jedna z najpiękniejszych scen. I kluczowych. Bo powstańcy w Mieście 44 są postaciami z innej rzeczywistości. Są żywymi umarłymi, mają atrybuty popkulturowych wampirów. Przeżywają śmierć wiele razy, upadają i wstają z trupów, ich oczy płoną chorym blaskiem. Źrenice rozszerzone do samej czerni. Nie boją się już niczego, nie mają odruchów instynktu życia, nie chowają głowy, kiedy spadają bomby. Dlaczego?

Żeby przetrwać ten film musiałam sobie trochę odłączyć emocje. Bo się nie da inaczej. Bo zaraz przychodzą do głowy te wszystkie zbyt dzisiejsze pytania: czy to jest w ogóle możliwe, jak oni dali radę, jak to przetrwać, jak nie oszaleć, i co będzie jeśli to się powtórzy.

A potem pomyślałam, że oni też musieli odciąć się od emocji, tych codziennych, zwyczajnych, jeszcze przed chwilą przeżywanych, latem, przed 1 sierpnia. Musieli odciąć się od strachu, wyobraźni, nadziei. I dlatego wydają mi się wampirami, zombie, duchami. Dlatego tak zostali pokazani. Jednocześnie realistycznie i metaforycznie. Otumanieni, w ciągłym, trwającym każdego dnia przez dwa miesiące szoku, w pogłębiającej się psychicznej traumie. Jakkolwiek naprawdę nieładnie to wygląda napisane: trzeba było umrzeć, żeby to przeżyć. Umierają patrząc na śmierć swojej rodziny, przyjaciół, małych dzieci, dowódców, ukochanych.

Zanim wyjdą z tego kanału, tam w środku znowu spotka ich śmierć, wpadnie granat. Ta scena jest pokazana w konwencji współczesnego horroru – w przerażającej wizji oszalałego z bólu i strachu mózgu dłonie zaczną rosnąć jak u demonów, twarze wykrzywiać się, gardła wyć. Wychodzą z kanałów oblepieni stopioną smołą. Nieobecni, nieprzytomni, nierealni. W innej części miasta cała kamienica wylatuje w powietrze, na ziemię spada deszcz krwi i szczątków ludzkich. Co to było? – pytają bohaterowie filmu. Może to biblijna apokalipsa, w której jednej z wersji z nieba spadł deszcz żab? To moja myśl, bo złapałam się na tym, że wolałabym, żeby reżyser zapędził się w grafomańską apokalipsę z deszczem żab, niż żeby takie rzeczy działy się naprawdę. Ale nie ma szans. To krew i ciała. Przez kogoś zapamiętane, bo ten film powstał z opowieści powstańców. Ale jak można takie wspomnienie nieść? To są obrazy rzeczywistości, której nie da się przeżyć.

Nie ma w filmie Miasto 44 pytania, czy to miało sens. Opowieść jest rwana, losy głównych bohaterów nie są ani ważne, ani pomnikowe, ani szczególnie wyjątkowe. Są nawet dosyć banalne. Co oczywiście jest jeszcze bardziej rzeczywiste. Film zaczyna się od piosenki Nie płacz kiedy odjadę – festiwalowego przeboju Marino Mariniego z lat 60. Jednej ze scen towarzyszy Dziwny jest ten świat Niemena, grany tak, jakby go słyszał uciekający przed kulami chłopak: kiedy chowa się w grobie na Powązkach, muzykę słychać z oddali. Muzyka, która nie jest ani współczesna tamtym ludziom, ani nam, przenosi te historie idealnie poza czasem. Wszystko to było i wszystko rozgrywa się znowu, ilekroć o tym myślimy, czytamy, rozmawiamy, czy, jak dziś, wyobrażamy sobie oglądając film.

Nie ma na szczęście w tym filmie, który był prawie niemożliwy do zrobienia, bo powstanie jest mitem kochanym i nienawidzonym na równi, żadnej publicystyki, żadnych ocen, ani sztandarów. Jest hiperrealizm z czasem tak wykrzywiony przez oszalały mózg, że miejscami zamienia się w surrealistyczny koszmar. Są skrajne, oszalałe, nieludzkie emocje, przeczące rozsądkowi, czasem także scenariusza. Ale to nie szkodzi. Tego się nie da przeżyć inaczej. A pytanie, czy Powstanie Warszawskie miało sens, zadane po tym filmie, wydaje mi się pytaniem kompletnie bez sensu.

foto Ola Grochowska

Miasto44_01 miasto44_15

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.