Lekkość filmu „Body/Ciało”

Bałam się trochę tego filmu kiedy zobaczyłam zwiastun. Wątpiący Janusz Gajos i nawiedzona Maja Ostaszewska, a w tle współczesna znieczulica, rozmowy z umarłymi i szalejąca między tym dziewczyna, która nienawidzi ojca. Bałam się, że moja ulubiona Małgorzata Szumowska zrobi film Krzysztofa Kieślowskiego z Arturem Barcisiem przechadzającym się znacząco ulicami współczesnego cmentarza. Ale nie. Wszystko okazało się inne.

Największą sztuką Szumowskiej jest to, że zrobiła film o sprawach ostatecznych, między którymi wszystko jest rozpięte: o nadmiernej obecności metafizyki i nadmiernym braku metafizyki. A mimo to ani razu nie przekroczyła granicy pretensjonalności, choć ta groźba cały czas wisiała w powietrzu. Film nie daje odpowiedzi, czy po śmierci jest życie, czy też nie ma go, jak się dobrze przyjrzeć, to nawet nie sugeruje tego. Wszystkie znaki, które mogłyby świadczyć o istnieniu życia po życiu, czyli całej sfery metafizyki, kiedy tylko zostaną postawione, w następnej chwili przewracają się. Czyli duch otwiera okna i wiatr je zamyka, wspaniała opowieść aż do końca pozostawia wolność wyboru. Nawet sami bohaterowie tej historii, choć chwilami maksymalnie stereotypowi, nie do końca wiedzą, co się wydarzyło tak naprawdę.

Janusz Gajos gra tę postać, co zawsze. I dobrze. Zbiera siebie z kilku świetnych ról: bywa pijakiem z Żółtego szalika, ale też tłumiącym emocje, wycofanym w siebie, zrezygnowanym stoikiem z Białego, zimnym prokuratorem z Układu zamkniętego i jednocześnie ojcem córki, który całe życie wszystko kontrolował, a teraz stanął na granicy swojego świata i okazuje się, że wszystko się rozpada (jak w serialu HBO Bez tajemnic).

Maja Ostaszewska, aktorka która swój talent najpełniej pokazuje w spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego, prywatnie podkreślająca buddyjskie wychowanie i duchowe zaangażowanie, przegina do granic grając postać psycholożki, która porozumiewa się ze zmarłymi.

Czasem coś trzeszczy. Na przykład to, że skoro Gajos jako prokurator ogląda codziennie najgorsze zbrodnie i nie wzrusza go nawet rozmazany po ścianach toalety dworcowej noworodek (koledzy z policji wymiotują i łkają), to w lodowce trzyma litry wódki, którą pije niczym bohaterowie Lewiatana, szklankami. Albo to, że skoro Maja Ostaszewska rozmawia z duchami, psa traktuje jak człowieka i generalnie ma mocniej otwartą wrażliwość, niż przeciętnie, to ubrana jest jak słuchaczka Radia Maryja: w wełnianą kamizelkę, spod której wystaje najbardziej niemodny sweterek, jaki sobie można wyobrazić. Zaś jej twarz okala straszliwy łańcuszek zwisający z okularów. Właściwie strój Mai jest dla mnie niezrozumiały, przeszkadza mi i jednocześnie śmieszy. Nie pozwala Mai uwierzyć.

body - fot.jacekdrygala-63

Ale może o to chodzi. Żeby do końca nie uwierzyć w żadną z tez. Może dlatego i Gajos, i Maja są trochę sztuczni, poskładani ze stereotypów (i własnych ról), bo niosą tylko dwa skrajne światopoglądy. Oboje są medium. Ona: tego, że coś istnieje. On: że nie istnieje nic. Wymieszają się tak idealnie, że aż trudno to sobie wyobrazić. W każdym razie, zanim dobiegniemy do finału, jednego z najlepszych finałów w polskim kinie ostatnich lat, Body/Ciało uwiedzie nas jeszcze kilkoma subtelnościami.

Półnaga Ewa Dałkowska z diablikami w oczach wykona taniec do piosenki Republiki “Śmierć w bikini”. Pielęgniarka w szpitalu psychiatrycznym przemaże się przez kadr w nieostrości, jak anioł. Ojcu przyśni się ćwiczenie, które podczas terapii wykonywała córka. Jedna, krótka scena dialogu z matką opowie wszystko o głównej bohaterce, którą gra Maja.

body - fot.jacekdrygala-178 body - fot.jacekdrygala-133Adam Woronowicz znowu z piekielną maestrią zagra najgorszego drania w filmie – jakby ciągle odbywał pokutę za zbyt świętą, pamiętną rolę księdza Popiełuszki. Gajos, który totalnie nie wierzy i w tej swojej niewierze zaczyna mieć pewność, że jednak to, w co nie wierzy, istnieje – chyba tylko ten aktor potrafi tak skromnie i oszczędnie zagrać całość. Plus i minus. Brak i obecność, jednocześnie.

Prawdziwie anorektyczne, genialnie niezawodowe aktorki znalezione na Facebooku, z Justyną Suwałą w roli głównej, zagrają świeżo, naturalnie, bez kokieterii, naprawdę. Całym ciałem.

body - fot.jacekdrygala-161

I jeszcze uwiedzie nas technika. Scena w scenę, bez jednej niepotrzebnej sekundy – zostaną zachwycająco zmontowane. Kamera pokaże bohaterów uwięzionych w ścianach własnego lęku i pokaże ich widzianych z powietrza, z oddali, z nieba, z szarości i wody.

Wszystko, oprócz nieszczęsnego łańcuszka przy okularach Mai Ostaszewskiej, jest idealne. Zresztą, ten łańcuszek jest trochę takim pęknięciem. A to właśnie pęknięcie totalnie spina ten film, jakkolwiek absurdalnie to brzmi. Śmiech, odpuszczenie, groteska wypuszcza z Ciała niepokój i napięcie, sprawiając, że na koniec staje się lekkie i unosi się do nieba. Czymkolwiek niebo jest.

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.