Księżyc z peweksu. Wywiad z Autorką książki o luksusie w PRL


Napisałaś książkę o luksusie w PRL, bo interesował Cię nieco przykurzony, retro blask luksusu z lat 50-80, czy –  bo liczyłaś na absurdy w pojmowaniu bogactwa w czasach propagandy biedy?

Ta książka wynikła z poprzedniej – o modzie w PRL. Rozmawiałyśmy z wydawczynią, co dalej i w toku tych rozmów pojawił się luksus. Wydało mi się to ciekawe, bo luksus mało kojarzy się z PRL. I rzeczywiście, nie było go zbyt wiele i dość stanowczo odstawał od tego, co z luksusem kojarzymy dziś. Zasługiwał na to miano tylko dzięki kontrastowi z powszechną biedą.

TO NIE SĄ MOJE WIELBŁĄDY. O MODZIE W PRL – GŁOŚNA POPRZEDNIA KSIĄŻKA ALEKSANDRY BOĆKOWSKIEJ – CZYTAJ TUTAJ

Luksus w PRL kojarzy nam się z nartami w Zakopanem, hotelem Victoria, coca-colą, Peweksem, meblami obitymi czerwonym skajem, albo złotymi łańcuchami – tym wszystkim, co znamy z seriali typu „Tulipan” i filmów takich jak „Wielki Szu”. A tymczasem z Twojej książki wyłania się zupełnie inny obraz…

To wszystko – hotel Victoria, fotele z czerwonego skaju, coca cola i Pewex – w mojej książce jest. Tyle tylko, że ja nie bardzo lubię odrabiać lekcje i zawsze, gdy to robię, skręcam gdzieś w bok. Szukam, może nawet nie drugiego dna, ale staram się temat wywrócić na drugą stronę, pokazać szersze tło. Dlatego, choć szukałam luksusu, wyszła mi trochę opowieść o smutku i biedzie. Bo kiedy rozmawiałam z rodzinami marynarzy – w PRL żony marynarzy uchodziły za przeluksusowe – okazało się, że, owszem, mieli trochę więcej, ale było to okupione ciężką pracą i męczącą krzątaniną. Kiedy gadałam z facetami z tzw. inicjatywy prywatnej – tymi wszystkimi przedsiębiorcami, którzy produkując spinki w trzy dni zarabiali na samochód, a w dwa tygodnie na mieszkanie – okazywało się, że było to możliwe dzięki sieci rozmaitych powiązań. A z kolei ten luksus beztroski, który przytrafił się złotej młodzieży z warszawskiej Saskiej Kępy, był możliwy dzięki pieniądzom rodziców i w sumie – jak na współczesne standardy – dosyć biedny. Mieli amerykańskie ubrania z „Ciuchów”, harleye poskładane z części i płyty zagranicznych zespołów. Na Saskiej Kępie był sklep kolonialny, gdzie można było kupić wędlinę i jakieś rzeczy z Zachodu. Ktoś, opowiadając mi o nim, powiedział: „To był prawdziwy sklep, taki jak na filmie”. To, wydaje mi się, pokazuje odległość ówczesnej Polski od świata.

Dla Ciebie to było zaskoczeniem, ta odległość mitu od realizacji?

Przywołuję w książce anegdotę, jedną z moich ulubionych. Rozmawiałam z nadsztygarem z kopalni Knurów. Pod koniec lat 70. czuł, że ma wszystko – mieszkanie w bloku, telewizor, pralkę, samochód. Fiata 125, ale najbogatsi, których znał mieli łady, więc nie była to przepaść. Mówił mi, że przez ten dostatek załoga zaczęła tracić zainteresowanie dodatkowym wysiłkiem. I wtedy dyrektor kopalni zabrał ich na wieczór do hotelu Victoria w Warszawie. Nie nocowali tam, spali w jakimś pensjonacie za miastem. A i tak okazało się, że część z tych facetów nie ma nawet walizki, pakowali ubrania do siatek, większość z nich nie spała nigdy w hotelu. No i pojechali na wieczór do tej Victorii i – jak mówił nadsztygar – „Okazało się, że wielcy panowie Knurowa i okolic, wielcy inżynierowie z Gliwic, są w Warszawie totalnymi gołodupcami. Jechaliśmy do Warszawy z poczuciem dumy, a wyjeżdżaliśmy skarceni, jakbyśmy z Legią przegrali zero do dziesięciu”. Bo ledwo było ich stać na drinka. Myślę, że tak właśnie było z luksusem PRL wobec luksusu szeroko pojętego. Czy byłam tym zaskoczona? Chyba nie. Jestem dość odporna na mity o PRL – te, według których wszyscy czuli się bezpiecznie i te, według których wszyscy byli przeciw władzy. Tak jak pisząc o modzie, wątpiłam, że Warszawa była Paryżem Wschodu, tak teraz byłam sceptyczna wobec blichtru hotelu Victoria i zakopiańskich atrakcji.

Można zaryzykować twierdzenie, że PRL-owscy użytkownicy luksusu, ci, którzy mieli do niego dostęp z jednej strony wyolbrzymiali jego zasięg, żeby zaszpanować, z drugiej musieli umniejszać, żeby nie podpaść? Że luksus to była ryzykowna gra?

Luksus czy nawet zamożność nie były oczywiście dobrze widziane. Ani przez władze ani przez sąsiadów. W małych miastach ulice, przy których stały domki jednorodzinne nazywano „złodziejówkami”, w kręgach władzy, gdy ktoś wypadał z łask, wyciągano mu niejednokrotnie mniej lub bardziej domniemane bogactwa. W czasach stalinowskich za posiadanie obcych walut do 1950 roku groziła kara śmierci, od 1956 roku można je było mieć, ale nie wolno było nimi handlować. Właścicielom prywatnych zakładów rzemieślniczych groziły tzw. domiary. Nawet, gdy przepisy złagodniały, posiadanie pozostało podejrzane. Jeden z prywatnych przedsiębiorców powiedział mi coś takiego: „Wszystko, co było związane z prywatną inicjatywą, było właściwie nielegalne. Bo prawo było tak skonstruowane, że cokolwiek się robiło, mógł znaleźć się paragraf. Każdy z nas spodziewał się, że któregoś dnia pójdzie do puszki”. Ci najbogatsi oczywiście potrafili te przepisy obchodzić, mieli sieć znajomych w urzędach i na niekoniecznie wysokich, ale jednak szczeblach władzy i radzili sobie. Najbardziej ryzykowali pewnie nie szpanerzy – choć któryś z nich opowiadał mi, że jego świetnie ubraną dziewczynę zatrzymała któregoś dnia milicja za „zewnętrzne znamiona luksusu” – a ci drobni przedsiębiorcy, którzy mieli trochę więcej niż inni, ale nie byli dość ustosunkowani, by w razie kontroli mieć kogo prosić o wsparcie.

Czego nie wiedziałaś o tej sferze życia w PRL, zanim zaczęłaś zbierać materiały, co Cię najbardziej poruszyło?

Poruszyło to może duże słowo, ale początkowo śmieszyło, a potem dało do myślenia, jak bardzo wiele osób mówiło, że czasy były jakie były, ale w ogóle nie było zawiści. Teraz pracuję nad książką o 4 czerwca 1989 roku – próbuję odtworzyć dzień wyborów, po których zmienił się ustrój. Z pamięcią o samym 4 czerwca jest różnie, ale już ileś razy usłyszałam: „wtedy nie było podziałów”. I dalej jest opowieść o podziale, tak jak po deklaracji o braku zawiści zdarzały się anegdoty o tym, jak ona niszczyła życie.

To mówi sporo o tęsknocie nawet nie za młodością, jak zwykle diagnozuje się te postawy, ale za jakąś lepszą wersją nas. Że teraz, owszem, nie gadamy z sąsiadem, siostrą, kimś, bo głosuje nie po naszej myśli, ale to zupełnie wyjątkowa sytuacja, narzucona – oczywiście – przez media. Obawiam się, że jak w każdej tęsknocie, sporo w tym wyobraźni.

Twoi bohaterowie mówią, że luksusem była wolność. Ale to oni umacniali niewolę. Czy nie czułaś, że oni trochę się lansują?

No nie, ci, którzy mówią o wolności akurat niczego nie umacniali. O wolności mówią ci, którzy z systemem nie współpracowali albo współpracowali tylko tyle, ile trzeba było, żeby dostać czasem paszport. Oddaję im głos dosyć często pewnie dlatego, że dla mnie to jest najciekawsze – jak zachować wewnętrzną wolność w czasach, gdy jest ona deficytem. Gdyby chcieć jakoś zdefiniować PRL-owski luksus to byłby to pewnie dostęp do tego, co deficytowe. Wolność myślenia była niewątpliwie w tym zbiorze i objawiała się na rozmaitych poziomach – od nieuczestniczenia w wyścigu po przydziały na pralkę, ciągnik, mieszkanie czy zagraniczne stypendia przez czytanie „Kultury Paryskiej” i wydawanych zagranicą książek po wybór życia poza systemem. Duchowo był to luksus najwyższej rangi, materialnie skutkował biedą.

Warto pamiętać, kiedy rozmawia się o PRL, że naprawdę mało kto miał nadzieję, że kiedyś ten system upadnie. W latach 80. był w kompletnej rozsypce, ale nawet wtedy nikt nie sądził, że nagle zniknie PZPR i Związek Radziecki. Rozmawiając z ludźmi w Polsce o wyborach 4 czerwca 1989 roku, słyszę, że nawet ci, którzy szli na nie z nadzieją, nie myśleli o zmianie ustroju, tylko o jakiejś zmianie. Dlatego, być może naiwnie, ale wierzę tym wszystkim, którzy wspominając luksus, mówią o wolności.

A jeśli jednak nie wolność, to co wtedy było największym luksusem? Samochód, dacza, brylanty?

Myślę, że nie można odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. Bo wszystko zmieniało się wraz z kolejnymi dekadami, inaczej wyglądało w zależności od środowiska, pozycji społecznej. Inaczej było w latach 40., gdy nie było nic, inaczej w latach 70., gdy władza dała pozwolenie na dobrobyt. No, ale nawet wtedy jedni urządzali balangi nad basenem w hotelu Victoria i budowali wille w Aninie, a inni marzyli o szynce z Peweksu. Gdyby chcieć to jakoś uśrednić, to pewnie luksus symbolizował Pewex, bo były tam rzeczy z zagranicy. Ktoś opowiadał mi ostatnio, że nie kiedy pierwszy raz wszedł do sklepu w Paryżu, pomyślał: „Tu jest jak w Peweksie!” A w sferach posiadających – samochód. Bogaci faceci ścigali się ze sobą na nowe modele mercedesów. 

Kto z Twoich bohaterów był najbogatszy?

Ci faceci od mercedesów. Nie spotkałam ich bardzo wielu, ale to właśnie ci, którzy przesiadywali nad basenem w hotelu Victoria, w trzy dni zarabiali na samochód, w dwa tygodnie na mieszkanie. Przynajmniej tak o tym opowiadają. Zaczynali zwykle od tego, że przywieźli z saksów albo dostali od rodziny zagranicą kilka tysięcy dolarów i potem ruszali z produkcją – spinek, sztucznych kwiatów, lusterek albo np. prowadzili knajpę. Któryś z nich powiedział: „byliśmy panami tego miasta i tego kraju”.

Andrzej Mogielnicki opowiadał mi, że w stanie wojennym znalazł się w Zakopanem. Chodził coś zjeść do hotelu Kasprowy i spotkał tam, jak to nazwał – ekstrakt pieniędzy PRL: kobiety w etolach i norkach, obwieszone biżuterią, facetów z porządnymi zegarkami. I rzeczywiście, jeden z tych znad basenu Victorii, mówił, że gdy zaczął się stan wojenny, kupił golfa diesla, by uniknąć kłopotów z benzyną i gdy tylko, jakoś w lutym otwarto Kasprowy, pojechał tam z rodziną. A tam już byli wszyscy: gumiarze z Poznania, przemytnicy z Trójmiasta, krawcy z Wrocławia, rzemieślnicy z Warszawy… Podobno niżej szynszyli damy na Krupówkach w ogóle się nie pokazywały. W hotelu – ciągła balanga: narty, kuligi, kiełbaski, baseny, bankiety, drinki, kierowca z Warszawy dowoził pajdy pieniędzy w reklamówce. I trwało to trzy miesiące. Jak powiedział ten mój rozmówca: „Najpiękniejszy okres zabawy, nigdy to się już nie powtórzyło”.

Oni chyba naprawdę nie przejmowali się niczym. Niby mogli trafić do puszki, ale jakoś nie trafiali. Przeciwnie – wielu z nich w latach 80. tworzyło tzw. firmy polonijne, a w 90. stali się beneficjentami transformacji.    

Jakie miasta pojawiają się w Twojej opowieści i dlaczego akurat te?

Gdynia, Łańcut i pobliska wieś Markowa, Kraków, Piła, Katowice, Zakopane i Warszawa oczywiście. Pewnie nie wszystkie, które na to zasługują, bo wart opisania w tym kontekście byłby Poznań, sporo jest jeszcze do zbadania w Trójmieście. Ale musiałam wybierać.

Pracę nad książką zaczęłam w Sopocie – pojechałam na parę dni pogadać z ludźmi, zorientować się, co będzie dla mnie najciekawsze. I dowiedziałam się, że w Orłowie w Gdyni jest osiedle zwane Zegarkowem, które zbudowano specjalnie dla marynarzy. To była dla mnie gratka, bo wiedziałam już wtedy, że w ostatnim rozdziale opiszę historię figuranta „Zegarka” – Zegarkowo z „Zegarkiem” ładnie spinało się literacko. Przy okazji zaprzyjaźniony kapitan opowiedział mi trochę o marynarskim przemycie, a to właśnie od przemycanych zegarków wzięła się potoczna nazwa osiedla. Potem wracałam do Gdyni wielokrotnie – rozmawiałam z osobami, które wychowały się na Zegarkowie i z marynarzami, którzy wspominali swoje handlowe przygody. Gdynia jako miasto portowe okazała się oczywistym początkiem opowieści o luksusie, bo niedość, że sama nigdy nie poddała się do końca socjalizmowi, to tędy właśnie do Polski wpływał świat i przywożone ze świata przedmioty – te wszystkie dżinsy, czekolady, przyprawy i kawa.

Do Markowej pojechałam, bo to rodzinna wieś Józefa Tejchmy – w latach 70. wicepremiera i ministra kultury. Chciałam sprawdzić, jak to było być rodzinną wsią wicepremiera – czy, krótko mówiąc, skutkowało to przywilejami. Skutkowało.

Tejchma w swoich wspomnieniach opisuje, jak – już po wojnie – poszedł do gimnazjum w Łańcucie i zamieszkał w bursie urządzonej w Zamku Potockich. Napisał, że wtedy uznał, że dokonała się sprawiedliwość społeczna. Zwiedzając Zamek dowiedziałam się, że jest tam ciągle na podłodze plama po beczce z piwem, którą wtoczono na bal z okazji zakończenia pierwszego etapu reformy rolnej. Świętowano hucznie, jesienią 1944. Uznałam, że to dobry punkt wyjścia do pokazania losów ziemian i arystokratów.

Stąd wynikł Kraków, bo tuż po wojnie tam było ich najwięcej. W pierwszych latach wykluczeni, potem jakoś mniej lub bardziej poukładali się z Polską, ale przede wszystkim układali się ze sobą. Bycie w środowisku pozwoliło im stworzyć pewien rodzaj niesocjalistycznej wyspy, choć – jak wszystkie te wyspy – przez socjalizm podmywanej.

Aleksandra Boćkowska, fot. Monika Motor

Socjalistyczna władza, która wykluczyła ziemian, ochoczo przejęła wiele z ich atrybutów –nieruchomości, to jasne, ale też niektóre obyczaje, z polowaniami na czele. I dlatego pojechałam do Piły. W rozdziale o władzy byłam trochę skazana na korzystanie z tego, co już napisali inni. By na tym nie poprzestać, wymyśliłam, że znajdę średniej wielkości miasto, w którym był charyzmatyczny sekretarz partii albo wojewoda. O wojewodzie pilskim Andrzeju Śliwińskim śpiewał Grabaż w piosence Strachów na Lachy, więc postanowiłam zbadać, co to był za gość, który kazał pomalować płoty. I okazało się, że dobrze trafiłam. Bo w Pile było wszystko – wielki rozwój po tym, gdy w 1975 roku miasto stało się wojewódzkie, sieć powiązań i wynikających z nich przywilejów i jeszcze polowania, podczas których nawiązywano kontakty sprzyjające późniejszym inwestycjom. Śliwiński mawiał, że jeśli obrócić mapę województwa pilskiego to pokaże się Polska w miniaturze. I trochę tak było – pilskie było jak Polska, a Polska jak pilskie. Bo luksus władzy nie polegał na jakimś niebywałym dostatku, tylko na przywilejach. Przetransportowaniu materiałów budowlanych z budowy osiedla na budowę domku, kupieniu zegarka albo garnituru poza kolejnością, kupowaniu jedzenia w bufetach KC czy komitetów wojewódzkich partii, dostępie do talonów na samochody czy wczasów w zamkniętych ośrodkach. 

Szczególnie widoczne było to na Śląsku, które były uprzywilejowane, bo węgiel eksportowano do ZSRR i był najważniejszy dla wszystkich ekip rządzących. Zatem pojechałam do Katowic, by dowiedzieć się, czy naprawdę mieli lepiej, czy to tylko mit funkcjonujący w reszcie kraju. Nie dam się pokroić za żadną z odpowiedzi, ale chyba mieli. Wysokiej rangi urzędnicy mówili mi, że zawsze, nie tylko w czasach Gierka, w centrali był ktoś, kto dbał o Śląsk. 

No i wreszcie Zakopane. Były dyrektor hotelu Victoria był trochę zniesmaczony, gdy powiedziałam mu, że zamierzam opisywać hotel Kasprowy, ale dla mnie sama historia powstania tego hotelu była ciekawa. Bo zbudowano go wbrew miastu, wcześniej wywłaszczono górali z Polany Szymoszkowej, słowem – wzbudzał kontrowersje na długo zanim powstał. Gdy już powstał, w mieście budził emocje, dość żywe do tej pory, choć stoi już 40 lat.

Czyli byłaś wszędzie tam, gdzie niosła Cię opowieść ludzi?

Byłam, oczywiście. Stąd pewnie tak dużo w mojej książce tła, smutku i biedy. Bo każdy taki wyjazd to ileś rozmów, nie zawsze na temat, a zawsze szalenie ciekawych. Niemal wszędzie widać ten pęd do pospiesznego pogrzebania PRL, jakby nigdy tu Polski Ludowej nie było, jak byśmy zawsze byli z Nowego Jorku, a przynajmniej z Dublina. Co oczywiście też wynika z PRL.

Ważniejsze wydaje mi się coś innego. Rozmawiałam niedawno z człowiekiem, który w 1989 roku kandydował na posła w Kutnie. Opowiadał o kampanii, że dzień po dniu jeździł na spotkania z wyborcami w okolicznych miejscowościach. Spytałam, czego oczekiwali. „Żeby ich szanowali” – odparł. Obawiam się, że teraz – również w Warszawie – odpowiedzieliby to samo.


Aleksandra Boćkowska, Księżyc z peweksu, wyd. Czarne. Książkę można kupić TUTAJ

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.