Jane Birkin w Warszawie

Jane Birkin wchodzi na scenę jakby niepewnie. Jakby lekko przygarbiona, może z trudem, może jeszcze niepewna, jak tu dziś będzie. Ma dokładnie 71 lat i nie próbuje, jak jej amerykańskie koleżanki, gwiazdy, odwrócić kolejności tych cyfr. Na głowie nie ma blond doczepów, a w policzkach silikonu, hialuronu, ani tytanu. A jeśli ma, to zrobiła to tak, jak one, Francuzki (w przeciwieństwie do Amerykanek, Rosjanek i co za tym idzie Polek) robią: tak, żebyśmy pomyśleli: świetnie wygląda jak na 70 lat.

Jane Birkin jest bardziej francuska, niż wzorzec francuskości z Sevres. To przygarbienie, niemal niewidoczny makijaż, chudość ginąca w celowo za dużym ubraniu. Ubranie! Męski garnitur, biała koszula, męskie buty. Żeby chociaż szpilki, ale nie. Nie musi. Nie wystawia się, nie flirtuje, nie jest piękna. Często wkłada rękę do kieszeni męskiej marynarki. Zero biżuterii. I pozwala sobie na wszystko: na grymas twarzy, kiedy słyszy dźwięk, na zamykanie oczu, na współgranie z orkiestrą, także ciałem.

Oczywiście szept, to jej znak rozpoznawczy. Szept, albo wysoki, dziewczęcy śpiew, jakby szła brzegiem rzeki coś nucąc, a są to najbardziej znane piosenki o miłości. Po francusku, czasem z brytyjskim akcentem. Bo chociaż Jane jest najbardziej francuska ze wszystkich Francuzek, urodziła się przecież w Londynie. Na początku koncertu ten głos zachowuje się, jakby jeszcze nie był pewny, czy chce śpiewać dziś do końca. Z czasem jednak, nieco później, niż sama Jane, równie niepewnie i po swojemu, głos też wchodzi na scenę.

IMG_0979 IMG_0977 IMG_0978Dziś jest rocznica powstania w getcie, tu w tym mieście, tego dnia – Jane mówi, że jest wzruszona i przypina żółty żonkil. Tylko na jedną piosenkę, dedykowaną Serge’owi, który przecież był Żydem. Smutny, wielki, piękny brzydal Serge. Czy jest coś bardziej francuskiego, niż Serge Gainsbourg i Jane Birkin? Ich Je t’aime, moi non plus? Jane wykonuje kilkanaście piosenek Gainsbourga z towarzyszeniem wspaniałem Polskiej Orkiestry Radiowej i Japończyka za fortepianem, Nobuyuki Nakajimy. Materiał wydali już na płycie, wiadomo jednak, że w Filharmonii słychać więcej. Wszystkie szepty, zamyślenia, smyczki, dotknięcia. Czasem kameralny głos Jane odstaje od bogatego brzmienia wielkiej orkiestry. Jakby sobie przeszkadzali. A czasem orkiestra brzmi, jakby grała muzykę filmową.

Jane Birkin nie odniosła szalonego sukcesu jako aktorka. Zawsze obok wielkich kreacji, obok słynnych mężczyzn – jej pierwszym mężem był kompozytor muzyki – oczywiście – filmowej, John Barry (Oscary i James Bond), potem związała się z Serge Gainsbourgiem, wreszcie z reżyserem Jasquesem Doillonem. Jest chyba jedyną kobietą, która bez wielkich osiągnięć, przejdzie do historii za swój niezwykły styl. I nie chodzi tylko o modę, ale o gest, spojrzenie, uśmiech, delikatność, nonszalancję, charakter i brak pompy. Yves Saint Laurent kombinację tych zalet u wyjątkowych kobiet nazywał „L’esprit”. Prezes domu mody Hermes na jej cześć nazwał torebkę „Birkin”. Jane bisowała cztery razy. Schodziła ze sceny w najlepszej formie, jakby obiecując, że następnym razem może być jeszcze lepiej. Francuski flirt 🙂

Foto: CK Cud Kultury

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.