Jak się spakować na bezludną wyspę

W zeszłym tygodniu poleciałam na dwa dni do Londynu. Cel rewelacja – press junket z twórcami serialu Wayward Pines – naprawdę wspaniałe nazwiska, z góry wiadomo, że fajne przeżycie. I wszystko poszło doskonale, choć było oczywiście zupełnie inaczej, niż się spodziewałam, czyli jak zawsze.

W Londynie było dosyć zimno i padało, akurat kiedy w Warszawie było pełne lato. To nie bez znaczenia. Bo kolejny raz, jak zawsze, bez wyjątków, okazało się, że spakowanie się na te dwa dni, w walizkę formatu kabinówka, te kilka rzeczy, bez wielkich wyzwań – psuje mi humor i perspektywę ultra przyjemnej podróży. Poza pakowaniem, kocham w wyjazdach (nawet najkrótszych) wszystko: lotnisko, samolot, pracowicie budowaną przez załogę naziemną i nadziemną atmosferę bezpieczeństwa, choć wiadomo, że wystarczy cokolwiek, nawet depresja pilota, żeby się wszystko zawaliło. Nie myślę o tym. Przyjemność sprawia mi nawet kawa rozpuszczalną na wysokości 10 tysięcy metrów. I zawsze słyszę kwestię kończącą samolotowe rytuały: We wish you pleasant flight (ten tekst pożyczyła sobie do jednej piosenki Charlotte Gainsbourg, więc może też lubi latać).

Lubię to, że kiedy jestem na lotnisku, przez te kilka godzin nie mam wpływu na nic, ani nic nie ma wpływu na mnie. Liczy się tylko lot, szefem jest tylko pilot (i głęboko wierzę w to, że nie straci tego autorytetu), droga jest prosta, w ciągu najbliższych godzin może stać się tylko jedno: podróż z punktu A, do punktu B. Wszystko okazuje się tak cudownie nieskomplikowane. Tylko ta walizka psuje mi humor. Już dnia poprzedniego, kiedy się pakuję.

Ubranie odzwierciedla stany emocjonalne, to nie jest żart. Nigdy nie myślę w co ubiorę się jutro, bo mój nastrój na jutro jest znacznie mniej przewidywalny, niż pogoda. I co gorsze, nie pokazuje go iPhone w wykresie: niebo bezchmurne, wiatr 14km. Zresztą, wcale nie wymagam od siebie świadomości tego, jak jutro będę się czuła. Więc skąd mam wiedzieć, co włożyć na siebie pojutrze, w Londynie, gdzie pogoda jest inna, ulice są inne, ludzie zachwycają się czym innym? Często miasto, które odwiedzam anektuje mnie w sekundę i ukochana w Warszawie sukienka okazuje się tam czymś obcym. Kiedyś na taki dwudniowy wyjazd spakowałam jedną spódnicę i dwie bluzki, w nadziei, że minimalizm musi się sprawdzić, a zresztą przecież zawsze staram się w każdym obcym mieście odwiedzić jakiś sklep. Jednak mój deklarowany minimalizm okazał się ciosem samobójczym, kiedy otworzyłam walizkę z tą jedną spódnicą, bez żadnego wyboru, w pokoju pięciogwiazdkowego hotelu, poczułam się jak Kopciuszek.

image image

Rok temu w galerii Zachęta: Paulina Ołowska, Czar Warszawy. Wystawę kończyła instalacja, która była butikiem z ciuchami.

Może chodzi o pewność siebie? A może o poziom unifikacji, mistrzowstwa w jakimś uniwersalnym języku, który ciągle jeszcze raczkuje w postaci trudnego do określenia dress code? Kiedyś czytałam w ELLE, jak szefowa jakieś marki modowej opowiadała, że ona pakuje się w pół minuty. Co więcej – uważa, że umiejętność bezbłędnego spakowania walizki na krótki wyjazd jest najlepszym testem na to, czy ma się poukładane i dobre życie.

Nie mogę zapomnieć tych słów ilekroć próbuję sobie wyobrazić, w co będę chciała się ubrać pojutrze o 10 rano w Londynie, albo w Krakowie. Czy jeśli mam za każdym razem, od kiedy pamiętam, kłopot z pakowaniem się, to oznacza, że moje życie jest niepoukładane i niedobre? Na razie odpowiedziałam sobie na poziomie dosłownym i pragmatycznym – najważniejsze są przewieszana torebka, lekkie buty, w których da się przebiec miasto i stylowy płaszcz.

W Londynie mieszkaliśmy w hotelu Mondrian, który otaczają sięgające nieba biurowce akurat w budowie, galeria Tate Modern, karuzela London Eye, oraz teatry: National, Old Vic i Young Vic. Zastanawiałam się, czy Kevin Spacey, dyrektor artystyczny teatru Old Vic jeździ tu metrem do Victoria Station, czy ma samochód z kierowcą i zasłania oczy ciemnymi okularami. I czy łatwo mu spakować walizkę, kiedy tu leci na dwa dni. Nie wiadomo, czy to potrafi, nie wiadomo, czy ma poukładane życie, bo jak wiadomo – nigdzie o nim nie opowiada.

W innej gazecie, albo gazetach pada czasem pytanie: co byś zabrał na bezludną wyspę? Jest niby niewinne, ale mocno uruchamia myślenie. I wydaje mi się, że łatwiej się spakować na bezludną wyspę, niż do Londynu na dwa dni. Bo tam (na bezludnej wyspie) chodzi o to, czego nie wziąć, a nie co wziąć. A może jest zupełnie odwrotnie?

image

Witryna butiku w Paryżu.

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.