Filmy i seriale które oglądam zawsze

W teatrze spektakle zmieniają się, z każdym wystawieniem są trochę inne. A filmy? Czy na pewno są zawsze takie same? Przecież za każdym razem oglądamy je trochę inaczej, co innego zwraca naszą uwagę, na czym innym się koncentrujemy. Mam listę takich filmów i seriali, które oglądałam naprawdę wiele razy, niektóre kilkadziesiąt. Głowę dam, że za każdym razem są trochę inne. I jest to dla mnie tajemnica, dlaczego akurat te nigdy mi się nie nudzą.

Rekordowy jest serial Kariera Nikodema Dyzmy. Za każdym razem nie wierzę, że Nikodem dojdzie na szczyt, przecież ktoś się w końcu połapie, że to tylko wydmuszka. Na pewno widziałam ten serial kilkanaście razy. Głównie dla Romana Wilhelmiego, którego uważam za jednego z najlepszych polskich aktorów ever. Dla niego ciągle też oglądam film Zaklęte rewiry. Ale nie tylko. Serial wyreżyserowany w 1980 roku przez Jana Rybkowskiego, należy do tych wspaniałych polskich seriali, które były realizowane na poziomie dobrych filmów. Zachwycamy się, że na świecie seriale idą w tę właśnie stronę, ale w Polsce wtedy to była norma. Nie chodziło tylko o pieniądze, ale też o sposób produkowania, w ekipach byli wybitni scenarzyści i operatorzy, w obsadzie świetni aktorzy. Szkoda, że polskie seriale, oprócz dosłownie kilku wyjątków, nadal idą w stronę odwrotną niż świat i odwrotną, niż polska tradycja. W stronę taniej tandety i bylejakości, także intelektualnej. Nikodem Dyzma nadal uwodzi, tempem, realizacją, aktorstwem, inscenizacją. Nie tylko tą niezwykłą opowieścią, zresztą – chyba nikt nie ma wątpliwości, że nadal aktualną.

Filmem, który oglądam zawsze na nowo jest Lalka. Wolę wersję filmową, w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa, ale serial też lubię. Ciągle wierzę, że Izabela Łęcka w końcu zmądrzeje i pokocha Wokulskiego, zwłaszcza w wydaniu Mariusza Dmochowskiego. Albo on nie nauczy się angielskiego na tyle, żeby zrozumieć, jakie okropne rzeczy ona mówi siedząc tuż obok niego w pociągu. Nieodmiennie fascynuje mnie scena z unoszącym się kawałkiem metalu, który okazuje się lżejszy od powietrza. To typowa poetycka scena Hasa. Dla mnie to najlepszy polski reżyser, kompletnie nie mam do niego dystansu. I uwielbiam powieść Bolesława Prusa, jest w niej niezwykła nostalgia, nie tylko za minionym, ale też za tym, co nie mogło się wydarzyć.

lalka

Filmy Hasa można teraz oglądać w doskonałej, odnowionej cyfrowo wersji na YouTube. Dzięki temu w lutym obejrzałam znowu, naprawdę nie wiem, który już raz Rękopis znaleziony w Saragossie i Sanatorium Pod Klepsydrą. Rękopis da się oglądać po sto razy i na dodatek na wyrywki, wiadomo, że opowieści łączą się luźno, więc można obejrzeć coś ze środka i sprawdzić, czy tym razem Don Lopez Soarez znowu nabierze się na intrygi Don Roque Busquerosa. Każda scena w tym filmie jest osobną perełką. Co ciekawe, mimo że obejrzałam go wiele razy, w mojej pamięci ten film jest kolorowy! Kolejny dowód na mistrzostwo W.J. Hasa, jego niezwykłej wyobraźni genialnie przełożonej na obraz. Martin Scorsese, David Lynch, Lars von Trier uznali Rękopis za jeden z najlepszych filmów w dziejach kina światowego. Sanatorium jest inne, surrealistyczne, ale taka jest proza Brunona Schulza. Prawdziwy cud, że to właśnie Has zekranizował prozę Schulza, korzystając nie tylko z wątków literackich, ale też – dodając swoją interpretację tej literatury.

Wcale nie jest tak, że lubię sobie powtarzać tylko wielkie filmy, seriale i znakomite kreacje. Nie zliczę, ile razy oglądałam serial Tulipan, cichutko kibicując głównemu bohaterowi, żeby jednak nie wpadł. Na razie ciągle wpada. Ale zanim wpada, nabiera z wdziękiem peerelowskiego amanta całą listę pięknych kobiet. Uwielbiam też film Wielki Szu, nie tylko dla Jana Nowickiego, do którego mam od lat niezmienną słabość, ale podobnie, jak w Tulipanie, za przecudny glamour tego, co w latach 70. i 80. uchodziło w Polsce Ludowej za luksus. Marka “Pewex”, hotel Victoria, koniak Ballantines, podróż taksówką do Zakopanego, nocne kluby i nocne brokatowe makijaże – naiwna, zerojedynkowa wizja szczęścia w PRLu zawsze mnie uwodzi.

Często wracam do polskich produkcji z powodu stylowości. Kompletnie różnej, nie tylko tulipanowo-cekinowej. Nie przepuszczę żadnej emisji filmu Salto – Łapicki, Cybulski i Holoubek w jednym filmie to szczyt szczęścia. Jeszcze tacy młodzi, tacy piękni. I smutni, już skończeni. Właściwie każdy film ze Zbyszkiem Cybulskim oglądam znowu i znowu. Czarno-białe lata 60., minimalistyczne, głodne, ale już trochę zapożyczone z Zachodu. Socjalistyczne rock’n’rolle, przetrącone świeżym wspomnieniem wojny. Albo Nóż w wodzie. Tak bardzo inny od Hasa, Wajdy, Konwickiego. Kompletnie pozbawiony tła wojny i nihilizmu. Ciekawe, jakie filmy robiłby Roman Polański, gdyby został w Polsce?

Dziecko Rosemary Polańskiego znam na pamięć. I za każdym razem zaskakuje mnie zakończenie, bo nie jestem pewna, czy w kołysce widać kopytka, różki, czy dziwne oczy. Uwodzi mnie w tym filmie ciągle na nowo wszystko. Doskonałe dialogi, wysmakowana estetyka wnętrz, kostiumów, ale tez twarzy. Fryzura od Vidal Sasoona i mus czekoladowy o smaku kredy. Największym mistrzostwem jest jednak to, że do końca nie wiadomo, czy Rosemary padła ofiarą satanistów, czy własnej wyobraźni pobudzonej hormonalną emocjonalnością kobiety w ciąży. Kto powiedział, że najbardziej lubi, kiedy widzowie oglądając jego filmy widzą swoje własne? Kilkanaście razy obejrzałam Odyseję kosmiczną Kubricka i za każdym razem dostrzegam w niej coś innego. Czasem fascynuje mnie prekursorska wizja Sztucznej Inteligencji, a czasem głęboko zachwyca mistycyzm tajemniczego Monolitu. Połączyć w jednym filmie technologiczne ambicje człowieka i jego pogańską pierwotność to działanie na najwyższym poziomie, nie tylko filmowym, ale też intelektualnym.

Ci, którzy obserwują mój profil na Facebooku wiedzą, że do napisania tego tekstu zainspirowała mnie niedawna powtórka Melancholii Larsa von Triera. Porzuciłam zaplanowane zajęcia, odwołałam spotkanie, żeby czwarty raz obejrzeć ten prawie trzygodzinny, chwilami nudny, snujący się film. W tym snuciu się oczywiście jest metoda, von Trier najpierw wyprowadza widza z codziennego tempa, żeby wprowadzić go w stan – właśnie – melancholii. Podobnie jak wiele innych filmów, które oglądam kolejny raz licząc, że tym razem skończą się inaczej, Melancholia jeszcze na razie kończy się tak samo i to końcem ostatecznym. Mocno jednak liczę na to, że następnym razem planeta Melancholia zgodnie z obliczeniami naukowców oddali się od Ziemi, zamiast w nią uderzyć.

Może zresztą oglądanie pewnych filmów i seriali ciągle od lat jest właśnie oznaką melancholii? Nie wiem, sprawia mi to jednak ogromną przyjemność. Do listy najczęściej oglądanych filmów dodaję: polski, niezwykły Daas, Skyfall, Dracula, Niebo nad Berlinem, Milczenie owiec, Hannibal, Egzorcysta, Pulp Fiction, Fight Club. Bo czy na pewno można mieć pewność, kim jest Tyler Durden? Myślę, że filmy, które da się oglądać wiele razy pokazują jakiś fascynujący proces. Na tyle niesamowity, żeby nie uwierzyć w zakończenie za pierwszym razem. Ani za sto pierwszym.

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.