Dźwięk który trzeba zobaczyć

Jeszcze tylko do 16 listopada Zachęta pokazuje słynną instalację Konrada Smoleńskiego Everything Was Forever Until It Was No More, świetnie przyjętą w zeszłym roku na Biennale w Wenecji. Dlaczego nie można tego przegapić?

Wszystko ma znaczenie. Na przykład to, że instalacja jest uruchamiana tylko raz dziennie, o 17.30. Poza tym można ją zobaczyć, jak stoi nieruchomo i cicho. Zajmuje całą salę w Zachęcie, dwa wielkie dzwony na minimalistycznych stelażach, monumentalna ściana potężnych czarnych głośników, subtelna, prosta i jasna sosnowa scena-podłoga-schody (można na nie wchodzić). Instalacja milczy, opis obiecuje, że dźwięk dzwonów dzięki przetwornikom zamienia się w fale, które wzmacniane przez urządzenia, przetwarzane i emitowane przez potężne głośniki zamieniają się w masę. Że zadrżysz.

image

Pilnujący wystawy strażnik opowiada, że kiedy instalacja się uruchamia, wkłada lotnicze słuchawki. I że głośniki zostały skonstruowane specjalnie na ten cel, próżno szukać na nich audiofilskiej marki. Znajome kształty – dzwony, głośniki, ale pozbawione znanego kontekstu, jakby znaczenie zostało z nich starte. Niepokoją.

To, że instalacja milczy, sprawia, że zaczynam sobie wyobrażać, co tu się odbywa, kiedy dzwony zostaną uruchomione. Dźwięk, którego jeszcze nie słyszę, urasta w mojej wyobraźni do gigantycznych rozmiarów, bo przecież wielkie są te głośniki. A może nie? Może nie będzie słychać dźwięku, tylko drżenie fal? Trzeba specjalnie przyjść na konkretną godzinę, zdążyć, zorganizować się, to też ma znaczenie. Przychodzę i tuż przed startem okazuje się, że nie mam stoperów, podobno rozdają przy wejściu. Jakaś para szybko biegnie po te stopery, “Tego się nie da wytrzymać, to jest naprawdę bardzo głośne”, mówi troskliwy strażnik i wkłada swoje słuchawki lotnicze. Iść?

Ale nie. Przecież muszę tu być, kiedy dzwon uderzy pierwszy raz. Dzwony. Są dwa, po obu stronach sosnowych schodów, które prowadzą do ściany głośników, trochę jak na jakimś ołtarzu. Urządzenie zaczyna huśtać dzwonami, słychać jego jednostajne brzęczenie. I stop. Wyłącza się. Tylko trochę i jednak nie, jeszcze nie. Jakby machineria próbowała swoich sił, sprawdzała efekt, publiczność ledwo zauważalnie wstrzymuje oddech. Wraca para ze stoperami. Może jednak biec? Narasta napięcie, do tego stopnia, że kiedy wreszcie urządzenie zdecyduje się rozbujać dzwon, ten dźwięk jest prawie bolesny. Pierwsze uderzenie dzwonu czuję jak dotyk.

image

Dzwony mają czyste, kościelne, szlachetne i proste brzmienie. Są rzeczywiście bardzo głośne, ale szkoda przed nimi zatykać uszy stoperami. Słyszalne z tak bliska, ze środka, robią mocne, monumentalne, trochę ostateczne wrażenie. Nie pójdziecie jednak do nieba. Powoli zbliża się wiatr, burza i mechaniczna dekonstrukcja, która ten piękny dźwięk przetrawi po swojemu. Wyobrażenia, które sobie zbudowałam czytając o tej instalacji, oglądając ją, kiedy jeszcze milczała, zaostrzając je groźbami strażnika – nic z tego na szczęście nie było do przewidzenia. Dzwony jeszcze grają, kiedy głośniki mówią już swoje.

image

Przypomina mi się, że kiedy w dzieciństwie zaczynałam chodzić do kina, najbardziej podobał mi się dźwięk uruchamianego projektora. Takie mocne, choć ciche tąpnięcie w głośnikach. To był sygnał, że rusza machina. Dla mnie-dziecka jednak ta machina miała duszę. Podobnie miło pomyślałam o ścianie głośników, które czysty dźwięk dzwonów przerabiają na niskie, groźne, ale przede wszystkim silne mruczenie. Ono się zmienia, narasta, znowu szuka, próbuje, tak, jak kilka minut wcześniej urządzenie uruchamiające dzwon próbowało, czy to już czas.

Ta instalacja jest na temat czasu, Everything Was Forever – wszystko było wieczne – Until It Was No More – dopóki się nie skończyło. Plus dopisek: Próba czasu. Dzwony, takie trochę święte i podniosłe, jak to dzwony, dostają mechaniczne echo, które już w niczym nie przypomina dźwięku dzwonu, a jednak się nim żywi, zapożycza jakieś pasmo. I nie ma w tym świętości dzwonów, jest bardziej profanacja, ale niezwykle przyjemna, porozumiewawcza, maszyna ma duszę, bardziej jednak zwierzęcą, niż boską. Maszyna mruczy, zmienia rytmy, próbuje nawet naśladować uderzenia. Dzwony cichną, głośniki nie, powietrze drga. Wszystko wibruje, myśli wyzwolone z codziennych torów też. Jest w tym coś dzikiego, mechanicznego i jednocześnie organicznego. I trwa dokładnie tyle, ile trzeba, ani minuty dłużej. Kiedy wychodzę z Zachęty, w stojącym tuż obok kościele zaczynają bić dzwony, jest 18.00.

image

Rok temu ta instalacja była pokazywana na Biennale w Wenecji, w Pawilonie Polskim. Od tamtej pory została zmodyfikowana, wizualnie wzmocniona. Moja znajoma szczęśliwie dotarła tam wtedy i naoglądała się cudowności Biennale na własne oczy. Na własne oczy widziała też jak do Pawilonu Polskiego wszedł z obstawą zakapturzony gość, wzbudzając niskotonowy szmer zgromadzonych. Jak się później okazało był to Leonardo Di Caprio.

image image

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.