Czarny golf Steve’a Jobsa

Jednym z najbardziej perwersyjnych estetycznie detali w filmie Davida Finchera Social Network były basenowe, gumowe, dość okropne klapki, w jakich chodził Marc Zuckerberg. Na uczelnię, na co dzień, budując swój wielki sukces, czyli Facebooka.

Zuckerberg jest totalnym abnegatem, wzorcem z Sevres geeka, kolesia, którego mózg jest dyskiem zewnętrznym dla stojącego w jego zagraconym pokoju komputera. I moglibyśmy się do końca świata śmiać z tego, że ludzie budujący współczesny świat nie mają w domu ani pół lustra. Ich poczucie estetyki kieruje się w jakiś sposób do wewnątrz. Ale teraz to już wcale nie jest śmieszne. Jest modne. Potworne klapki stają się it-klapkami. Przy okazji IT to zarówno międzynarodowy skrót od information technology, jak i określenie w świecie mody oznaczające TO COŚ o czym się mówi, co się podziwia – unikalność, budzącą powszechny zachwyt cechę, dzięki której wszyscy chcą to mieć.

Więc teraz IT jest it. Najnowsza moda wyłapana przez poszukiwaczy trendów i bacznych obserwatorów światowych ulic nazywa się normocore i pochodzi od połączenia słów: normal i hardcore. Normcore is a unisexfashion trend characterized by unpretentious, average-looking clothing – brzmi definicja w Wikipedii (ostatni raz modyfikowana kilka dni temu). Marc Zuckerberg staje się bardziej modny, niż Marc Jacobs.

Zasada wydaje się prosta: ubrać się najzwyklej na świecie. Koniecznie wbrew sezonowej modzie, wręcz trochę niemodnie, lub bardziej odpowiednie słowo: antymodnie. Jednak tak, żeby było widać, że jest to świadome. Luz, nonszalancja, ale z domieszką brzydoty. Tak ubierają się niektórzy projektanci na swoje pokazy. Po wielkim show bogactwa, oryginalności i konceptualnych efektów wychodzą tylko na chwilę się ukłonić: czasem w czarnym t-shircie i jeansach, albo w super prostej, wręcz nijakiej sukience. Tak na co dzień chodzą super modelki, znudzone tym, że kilka razy dziennie przebierają się w najdroższe, najsłynniejsze ciuchy największych marek. Mogą mieć wszystko, nie muszą mieć niczego. Tak ubierają się też stylowe aktorki na co dzień, kiedy przyłapane przez paparazzi biegną z kawą, w ciemnych okularach i niedbale spiętych włosach po ulicach Nowego Jorku czy Londynu. Z wyjątkiem Kim Kardashian, czy innych celebrytek, które swoją sławę budują wyłącznie na pokazywaniu się na ulicach, więc każde wyjście poprzedzone naradą z fryzjerem, stylistą i trenerem zen.

Normcore to przeciwieństwo Kim Kardashian, to niedbałość, brak silikonowej napinki, bawełniany luz, zbuntowany wobec mainstreamu autentyzm. Nawet jeśli trochę podkręcony. I w tym sensie nie jest to nic nowego, w wielkim świecie nonszalancja zawsze była uważana za najwyższy poziom wtajemniczenia. Nonszalancja to niezależność.

Autorzy definicji normcore lubią się powoływać jeszcze na jedną ikonę IT. Steve Jobs – zawsze w za szerokich jeansach, sportowych butach jakby nie pierwszej świeżości i czarnym golfie, luźnym, wsadzonym w spodnie spięte paskiem. Niby byle jak, ale bardzo konsekwentnie. Zwłaszcza, że Apple uchodzi za jeden z najbardziej stylowych brandów świata – Jobs przykładał ogromną wagę do designu swoich urządzeń, ich nowatorstwo polegało także na tym. Nie ma szans, żeby jego strój był wynikiem przypadku, czy niedbałości. Był tak samo minimalistyczny, niezależny i ponadczasowy, jak design laptopów, iphonów, czy nawet logo marki. Choć zdecydowanie nie tak piękny. Jobs okazał się prekursorem także w dziedzinie mody, chociaż z pewnością mało się nią interesował.

Normcore to nie tylko wyraz braku zaufania do kultury bogactwa. To manifest minimalizmu i indywidualizmu, ale też funkcjonalności. Piękny dowód na to, że nie szata zdobi człowieka. A jednocześnie świadomości: zwykły t-shirt jest z bawełny ekologicznej, buty sportowe dobrej marki. I dobrze, takie można mieć dłużej, niż jeden sezon.

Wracając do kina. W jednej z najciekawszych ostatnio wizji przyszłości, filmie Her Spike’a Jonzego, ludzie są w pełni zintegrowani z technologiami. Nikt nie używa już klawiatur, teksty się dyktuje, internet nosi się w uchu, zakłada na oko. Świat jest transparentnie opleciony siecią, dostęp do spersonalizowanych danych można mieć wszędzie. Bohaterowie nie mają jednak na sobie matrixowskich czarnych płaszczy, obcisłych techno-mundurków, czy szpanerskich okularów. Są ubrani w luźne, wygniecione, niezbyt seksowne ciuchy, ewidentnie z naturalnych materiałów. Prawie pozbawione barw. Nijakie. Im więcej technologii, tym większa tęsknota za zwyczajnością, naturalnością, autentyzmem. Moda przestaje być modna. Albo niemodne staje się modne. Tak zwyczajnie.

 

2 Comments
  • Jezier
    Wrzesień 1, 2014

    Prawdziwą rewią mody speców od IT jest serial „Silicon Valley”, który demaskuje też mentalność środowiska doliny krzemowej. To komedia, więc odrobinę przerysowane spojrzenie na społeczność geeków, ale prawda prześwituje.

    • AnnaLuboń
      Wrzesień 1, 2014

      Uwielbiam ten serial! Miał na razie niestety tylko 8 odcinków, ale każdy jak cukiereczek. Wszystko tam tak dobrze dotrzeżone 🙂 Czekam na więcej.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.