Common table (3)

W grudniową niedzielę wybrałyśmy się na Saską Kępę, do miejsca, w którym zawsze mamy dobre spotkania i dobre rozmowy. Niespieszne, nietrudne, nawet jeśli ważne. Tam wszystko jest prostsze, w końcu to “Prosta Historia”. Wchodzi się do niej z ulicy Francuskiej po schodkach, w środku wydaje się, że nie ma za dużo miejsca, a jednak zawsze mieści się dużo osób i nigdy nie jest ciasno.

herbata-2

Na przystawkę zamówiłyśmy wypiekaną na miejscu pitę, pokrojoną na maleńkie trójkąciki i pastę z makreli i twarożku. Obok leżały pyszne marchewki.

przystawka

Dorota: Ciekawe, jakie różne światy się spotykają w tym miejscu. Pita z makrelą. A jednak nie jest to przekombinowane, smaki są proste, widać, że dba się tu o jakość produktów, używanych w kuchni. Makrela jest świeżutka. Kojarzy się z dawnym polskim sklepem, gdzie leżała świeżo wędzona pod szarym papierem. Ciekawe, że ciągle ją tak bardzo lubimy jeść. Z kolei pita bardziej przypomina chlebowy placek, super.

Ania: To miejsce lubią rdzenni mieszkańcy Saskiej Kępy, wśród których, jak wiadomo, jest wielu znanych ludzi. Mieszkają tu aktorzy, reżyserzy, fotografowie, producenci filmowi i gwiazdy. Tutaj, do Prostej Historii wpadają na hamburgera, czasem z rodzinami, ale nigdy nie jest to jakaś sensacja. Hamburgery są tu dobre, choć ja mam dziś ochotę na rybę.

Kelner poleca nam ryby, które dopiero przyleciały samolotem z Portugalii, dostawcą restauracji jest firma Fish Lovers (choć gdyby naprawdę byli lovers, to by ich nie jedli, myślę przez chwilę). W każdym razie super świeżość, super eko, super cool, cena przystępna, ryba cała. Mnie to trochę niepokoi, że cała, bo ryby miewają ości. Ale Dorota wchodzi w to. Dla mnie klasyczny pieczony łosoś.

ryby

Ania: Miewasz sezonowe apetyty? To coś jak apetyt ciążowy, ale związany z porami roku. Ja to bardzo u siebie lubię. W grudniu (a czasem już od listopada) mogę zjeść tonę ryb, ze wskazaniem na śledzie. Marzę o łazankach z kapustą, niesie mnie w stronę orzechów, kardamonu, pierników, pomarańczy. Ale przede wszystkim ryby, kapusta i grzyby. Aż trudno uwierzyć, prawda? Kolacja wigilijna.

image

Dorota: Ja mogę tonami jeść śledzia i doprawiam go na wszystkie sposoby, choć najszlachetniejszy jest ze śmietaną. Też zauważam u siebie ten grudniowy apetyt. To takie pierwotne, ale to znaczy, że słuszne, ciało wie, czego potrzebuje. Trzeba słuchać swojego kulinarnego głosu.

Pan kelner śmieje się, że tak nas naszło na te ryby. Zaczęłyśmy przecież od pasty z makreli. Dorota decyduje się zatem na świeżą rybę z samolotu z Portugalii, podaną z jarmużem. Delikatnie podpieczony, choć surowy, chrupiący, cudo! Mój szpinak przy łososiu też dobry, doskonale doprawiony, młody, z czosnkiem. Niestety ryby okazują się doprawione za słabo.

Dorota: Ależ dużo ości. W takiej rybie jak jest dużo ości, przekreśla mi to przyjemność jedzenia.

Ania: Mój łosoś bezpieczny, ale oczywisty. I też słabo doprawiony, poza tym mógłby być mniej suchy. Chociaż świeżutki.

jarmuż

Dorota kilka razy soli rybę i kiedy przychodzi kelner mówimy mu, że ryba zupełnie niedoprawiona. Okazuje się, że niedawno innej klientce nie smakowała ryba, bo była przesolona, więc postanowili doprawiać ją jak najmniej.

Ania: Do łososia zamówiłam frytki z majonezem curry. Uwielbiam frytki z majonezem, jadłam tak nawet w liceum i wtedy wszyscy się dziwili (w Warszawie otwarto akurat pierwszego McDonaldsa i frytki wjeżdżały obowiązkowo z ketchupem. Jesienią tego pierwszego McD zresztą zamknęli).

image image

W Prostej Historii wisi na ścianie piękny neonowy napis: Always wear your invisible crown / Zawsze miej na głowie niewidzialną koronę. Ten napis trafia ciągle na profile insta i FB, bo jest przecież seksowny nie tylko wizualnie.

Ania: Co jest Twoją niewidzialną koroną?

Dorota: Miłość. Buduję na niej pewność siebie, swoją chęć do życia i swoją siłę. To moja invisible crown. Nie afiszuję się z nią, ale zawsze przy mnie jest.

Ania: Moją jest przyjemność, szukam jej we wszystkim, czego doświadczam i to mnie wzmacnia.

Wypytałyśmy kelnera – jego invisible crown jest pewność siebie. Jeśli każdy, kto tu przyjdzie chociaż przez chwilę pomyśli, co jest jego ukrytą siłą, to go nakarmi na dłużej, niż wszystkie ryby, grzyby i słodkości.

deser-kawa

Właśnie. Na deser zamówiłyśmy bezglutenowe brownie. Absolutnie pyszne, czekoladowo-musowo smoliste, nieoczywiste. Tak wzmocnione wyszłyśmy w ciemną noc, choć jak się okazało, był jeszcze dzień. Do zobaczenia!

*

My dear friend, Dorota, z okazji przedświątecznych przygotowań, które – nawet jeśli tego nie mówimy głośno – wszyscy lubimy i znajdujemy w nich dziecięcą radość, przygotowała specjalny, wyjątkowy Magazyn. Możecie go pobrać stąd i cieszyć się jego pięknem i praktycznością. Zobaczcie, bo to naprawdę CUDO!

unnamed

 

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.