Bridget Jones zmienia bajkę

Poszłyśmy wczoraj z Anią, moją serdeczną przyjaciółką, na nową Bridget Jones. Obiecałyśmy sobie to dawno, jako czystą przyjemnostkę. Ale klimat jest, jaki jest. Być może za czarnym protestem stoi o wiele większa zmiana, niż nam się wydaje. Kobiety jednoczą się, uczą walczyć o swoje prawa mocniej niż kiedykolwiek dotąd. Więc siedzimy w kinie i oglądamy opowieść o ikonicznej singielce, dziewczynie obecnie już po 40-tce, której ktoś ciągle wypomina, że latka lecą, a tu ani dziecka, ani męża.

Bridget zawsze była zaprzeczeniem ideału, zabawną mistrzynią kompromitujących sytuacji. I do pewnego momentu nadal jest. Jak wiadomo ze zwiastunów i książki, więc wcale nie zdradzam wielkich tajemnic, BJ zachodzi w ciążę i nie wie, kto jest ojcem – ex ukochany Marc Darcy, czy poznany na festiwalu wynalazca aplikacji łączącej zakochanych, Jack. Informuje obu. I teraz zaczyna się bajka, która jednak nie przynosi pocieszenia, ani mądrości, tylko w irytujący infantylnością sposób wydaje się oderwana od jakiejkolwiek rzeczywistości. Obaj chcą być ojcem. Bridget ma więc masę kolejnych przezabawnych wypadków, ale jej zmartwieniem wcale nie jest brak ojca, ani nawet to, że zachodzi w ciążę po 40-tce (w filmie ma 43 lata, ale wygląda na wczesne 50). Rezygnuje z badań prenatalnych, czule świergocząc do brzuszka, że spróbuje ogarnąć ten chaos na zewnątrz. Chaos, czyli to, że dwóch super ustawionych, zakochanych w niej po uszy facetów chce jej i dziecku stworzyć dom.

bridget-jones-husband

Kto jest ojcem dziecka, „szczęśliwym wybrankiem”? Kto stanie u boku BJ przed ołtarzem?

Tłem tej niedorzecznej bajki jest zresztą najzabawniejszy i najciekawszy wątek – BJ pracuje teraz jako producentka w stacji informacyjnej i przychodzi nowe – ostra brandmanagerka z parą przybocznych hipsterów rodem z agencji reklamowej. Absurdalne, tabloidowe newsy mają zastąpić te poważne. Nikogo nie interesuje już, co się dzieje na świecie, czas na sensację. To dobrze poprowadzony, mocno groteskowy i naprawdę śmieszny wątek. Tyle, że jakoś trudno uwierzyć, że bohaterką broniącą mediów przed niewyobrażalną pustką intelektualną tabloidu miałaby być Bridget. Pomijając, że jest zajęta ogarnianiem chaosu natury miłosnej.

Jednak nie dlatego wyszłyśmy z kina smutne. Choć przecież chciałyśmy przez chwilę dobrze się bawić, bo przecież ta Bridget, bo brytyjski humor (najlepszy na świecie), bo beztroska. Bo zawsze była jakaś prawda w przygodach tej dziewczyny, jakiś antymit mieszczańskiego sukcesu, po angielsku pokazana śmieszność stereotypu. Jakoś trudno nam było pogodzić się z tym, że i w tej opowieści szczęśliwy finał może być tylko jeden – ślub z ukochanym i dorodny dzieciak. Marsz weselny, suknia, bankiet na trawie. Bridget wreszcie może być szczęśliwa, czyli zamężna. Może sobie podać rękę z Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście i mogą wreszcie westchnąć z ulgą. Z zabawnej, ironicznej i ikonicznej opowieści o singielkach znalazły się w mieszczańskim micie o tym, że żeby nie wiem, co – kobieta szczęście znajdzie dopiero przed ołtarzem. W micie, z którego ich historie tak dobrze kpiły. Szkoda.

bridget-jones-wedding bridget-jones-weds

 

1 Comment
  • Dominika
    Październik 8, 2016

    Kurcze w sumie to wszystko prawda. Koszmarny jest zwłaszcza ten nachalny sposób w jaki wtłacza się nam fakt, że tylko mąż i potomstwo dadzą nam w życiu spokój, bo na ogół jest zupełnie odwrotnie,
    A jednak ja na BJ bawiłam się znakomicie i dobrze ją wspominam, mimo, iż sama na swoje szczęście i nieszczęście przeszłam dwukrotnie badania prenatalne a kilka dni po filmie przywdziałam czerń, jak to się u nas mówi. Bridget zawsze sprawia, że całkowicie się odrealniam i po prostu pękam ze śmiechu.
    Pozdrawiam bardzo cieplutko . D.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.