Będzie wojna?

To było chyba najpiękniejsze lato od lat. Słońce zachowywało się po afrykańsku, a kiedy upał stawał się zbyt męczący, nadchodził tydzień letniego deszczu. Takie lato, że można by zajmować się tylko nim. I nagle to widmo, absurd, trochę strach, cień wojny, ciągle jednak niewyobrażalnej.

Na rogu ulic Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej w Warszawie, tuż pod likwidowanym zabytkiem PRLu czyli domem handlowym Sezam, niezwykła wystawa. Zaledwie kilka planszy, kilkanaście zdjęć. Śródmieście Warszawy na początku wieku, w czasie międzywojnia, w czasie okupacji, w czasie Powstania, w latach 50. Kolejny raz myśl, że Warszawa była Paryżem, ulica Marszałkowska – proszę – śmiało porównam ją do Champs Elysees. Patrzę na jej piękno i spokój, rosnący dostatek, budującą się wielkomiejskość z początku wieku XX. Meloniki, laseczki, suknie dam. Konne tramwaje, ozdobne drzewka, witryny sklepów. Nie zostało z tego nic.

– Najbardziej będzie mi żal cytrynowych drzewek, kto będzie o nie dbał? – myśli wywożona na szafot Maria Antonina w filmie Sofii Coppoli. Takie koronki na sukniach i koronki jako dekoracje fasad przedwojennego miasta, drzewka cytrynowe, tramwaje konne, coś nieznaczącego w obliczu tego, co stało się potem – na pewnym poziomie są bardzo mocnym świadectwem. Tego, że życie może stracić smak, urodę i piękno. Z przyjemności zamienić się w walkę o przetrwanie. Lepiej stracić urodę życia, niż życie? Maria Antonina niekoniecznie by się z tym zgodziła.

W zeszłym tygodniu, o którym jest ten wpis (tygodniu, w którym zaczęło się kończyć lato, a konwój białych ciężarówek sunął jak duch przez autostrady Rosji w wiadomym kierunku), ciągle ktoś zadawał pytanie, czy będzie wojna. Jeszcze miesiąc, może dwa temu większość ludzi, którzy dziś to pytanie zadają, nawet by o tym nie pomyślała. A jednak właśnie teraz w jakiś niewiarygodnie sugestywny sposób ta świadomość możliwości wojny do nas dotarła.

Obejrzałam wystawę o Warszawie, której nie ma i spacerem wybrałam się ulicami tej, która jest. Na Puławskiej jeszcze sporo plakatów przypominających o 70. rocznicy Powstania, minęły od niej dopiero dwa tygodnie. Więc siłą rzeczy myślę o stratach, o tych gruzach, których nie dało się odbudować, nawet gdyby cegłę przywieźć z samego Paryża. Ludzie spacerują albo biegną dokądś, jeżdżą nowoczesne tramwaje, jeszcze mocno świeci słońce, bo to lato jest słodkie, jabłka jedzone tonami w manifeście patriotycznym, pity tak lekko cydr, powoli zamieniające się w rytuał spory o tęczę, nowy rodzaj kawy, nowe hipsterskie bistro przy Placu Unii, aleja z chińskimi lampionami w Łazienkach Królewskich, tak dużo ulotnych i kompletnie nieistotnych spraw. Byłoby mi ich żal najbardziej. I myśl na dziś (choć chwiejna): wojny nie będzie. Każdy ma jakieś swoje drzewka cytrynowe, może Putin też.

chiński smok w Łazienkach aleja chińskich lampionów hotel Marriot, lipcowy zachód słońca

 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.