7 wspaniałych miejsc w Warszawie. Subiektywny wybór

Poprosiłam Piotra Jezierskiego, który opublikował już na CUDzie powieść „Parada grzeszników” i co jakiś czas publikuje tu swoje felietony, aby tym razem napisał o swoich siedmiu ukochanych miejscach w Warszawie. Nie są to adresy oczywiste, nie znajdziecie tu Placu Unii, Grzybowskiego, ani Iluzjonu (to z kolei moje miejsca). I co najcudowniejsze – opis każdego z tych miejsc to małe opowiadanie, obrazek, pocztówka literacka. Sprawdźcie najbardziej nieoczywiste z kultowych zakamarków warszawskich! 

 

SIEDEM WSPANIAŁYCH (miejsc w Warszawie)

Opisz siedem ulubionych miejsc w Warszawie. Ogranicz się do siedmiu. Nie jest łatwo, szczególnie komuś, kto gdzieś do osiemnastki nienawidził stolicy i przy każdej okazji uciekał do kampinoskiej głuszy. Zrób to, opisz miejsca pokochane od studenckich czasów, kiedy pojawiło się uczucie do wybranego przez przodków miasta. Najpierw zrób sobie listę (wyjdzie kilkadziesiąt pozycji), potem bezlitośnie tnij zapominając o sentymentach, pierwszych randkach, miejscach pijackiej chwały i sprzyjających nostalgii przestrzeniach. Kiedy już odetniesz ponad połowę wciąż zostaje kilkanaście. Jak ciąć dalej? Cezura czasowa! Zostaw te, które udało ci się odwiedzić w ostatnim miesiącu, a resztę postaraj się upchnąć między wierszami. I masz – siedem wspaniałych miejscówek w Warszawie.

  1. Boernerowo

Do serca osiedla zabierze cię tramwaj, 20-tka. Powiezie przez Koło, którego nazwa pochodzi ponoć od Koła Rycerskiego, dzisiaj to okazja do zerknięcia na starą robotniczą zabudowę. Cofasz się do lat 30’ ubiegłego wieku. Boernerowo budowano w tym samym czasie, ale spokojnie. Jeszcze nie wysiadasz. Musisz pokonać Bemowo i wytrzymać do pętli. Na mecie masz wrażenie, że wagon wjeżdża do lasu, ale kiedy wysiądziesz odkryjesz drewniane domki żyjące w symbiozie z drzewami. Idź prosto Kaliskiego, aż zobaczysz szlaban. Nie przejmuj się, ma zniechęcać natrętnych miłośników awiacji. Przed tobą roztacza się otwarta przestrzeń. To nie stepy akermańskie, nie wywiało cię pod Odessę. Za uzbrojoną w drut kolczasty siatką masz bemowskie lotnisko. Widzisz wieżę po lewej? To cel podróży. Za niższym z budynków masz drewniany podest i piwne ławy. Pozostałości baru Zeppelin. Jeszcze rok temu, z kuflem w dłoni, podziwiało się stąd start awionetek (bez zbytniej ekscytacji, obsługa wieży wyprasza kibicujących awiomaniaków). Gastronomia zniknęła, ale czar pozostał. Jesteś kwadrans autem od Centrum, a przed tobą przestrzeń szeroka jak zalew Zegrzyński. Na płycie lotniska naliczysz może z pięć ludzkich postaci. W obrazku odprężenie, tylko czasem siada higiena dźwięku, kiedy ktoś za bardzo rozkręci śmigło. Alkohol można spożywać, własny, tylko dyskretnie. Za plecami las i nawet góra w oddali – śmieciowa, Stare Babice. Do szczęścia brakuje ci tylko wody? Wyobraź sobie, że samolotowe skrzydła to żagle, a mewy to nie śmieciowe pasożyty, a ich szlachetne, nadmorskie kuzynki.

  1. Łośka

Nadmiar otwartej przestrzeni z czasem mieszczucha dołuje. Ciągnie do ludzi, gwaru i tłoku. Namiastkę ścisku znajdziesz niedaleko. Musisz tylko wrócić do pętli tramwajowej i kawałek dalej, przy torach, obok ronda zobaczysz obity deskami płotek. Za nim niska drewniana chatka. To miejsce nazywa się „Łośka”. Ostatni bar w Warszawie nim ruszysz na Izabelin, Truskaw czy Sowią Wolę. Mimo, że czujesz smród spalin, a tramwaj parkuje przy twoim stoliku, to miejsce odpręża, szczególnie wieczorem. Wybór piw jest spory i pomaga odpłynąć w marzenia. Tu, gdzie miasto wita się z lasem, najlepiej planuje się przyszłe podróże. Palcem po mapie dotrzesz stąd dalej niż miejska komunikacja pozwala. Do tego, mimo zgrzytu tramwajowych hamulców, czuć tu ducha pobliskiej puszczy.

  1. Honoratka

Koniec lata. Turyści nie rezygnują z najazdów na starówkę. Dołączyli do nich miejscowi, właśnie wrócili z urlopów i naszła ich ochota na lody z Nowomiejskiej. A tobie w okolicy wypadło kameralne spotkanie. Chcesz uniknąć zgiełku. Na rynku siedzieć? Kicha. U Marcinka? Zbyt tłoczno. Na Freta jeszcze ktoś cię zobaczy i pomyśli, żeś stały klient. Idź na Podwale. Wchodząc na podwórko, tuż obok pomnika Kilińskiego, widzisz sadzawkę i drzewa, a na wysokim podjeździe knajpiane ławy. To letnia część lokalu urzędującego w piwnicach pałacu Chodkiewiczów – „Honoratki”. Schodzisz na dół i od razu wieje historią. Szybko się orientujesz, że przed tobą loch ten odwiedzali wielcy rodacy. Bywał w „Honoratce” Chopin, którego twarz, razem z onutowaniem zdobi jedną z eksponowanych ścian. Łykali tu kawkę z rumem Lelewel, Krasiński i Mochnacki. Do listy sław dodać możesz współczesnych: Ewę Kasprzyk, Bończaka i Drozdę. Zerkasz do menu i już wiesz – delikatesy polskiego jadła. A wystrój? Słowiański dworek z myśliwskim nalotem stojący gdzieś wśród mazowieckich wzgórz. Brakuje tylko Jankiela z młodym Fryderykiem przygrywających Kiepurze. Uciekaj! Wracaj na górę. Siadaj na dziedzińcu, pod iglakami. Kiedy zjawi się miła obsługa zamów trunek stosowny do nastroju, skosztuj też pierogów, pani potwierdzi, że dobre. A teraz spójrz z góry na swoje położenie i zrób sobie zoom-minus na mapie wyobraźni. Siedzisz po środku największego wylewu ludzkiej masy w promieniu setek kilometrów. Za rogiem kwilą dzieci i kierowcy rozczarowani parkingową posuchą stolicy. To oni cisną w klaksony i z piskiem dają po hamulcach. Do tego tuzin żon ma dość pośpiechu generowanego przez brzydszą połowę, a tuzin mężów chce jak najszybciej zakończyć koszmar zwiedzania stolicy. Swoje opinie na własny temat wyrażają na Miodowej, Kapitulnej i Podwalu. A ty? Siedzisz w centrum tego wszystkiego rozkoszując się szumem wiatru wśród sosnowych igieł i cieniem rzucanym przez rokokowo-klasycystyczną bryłę pałacu. Już sączysz ulubiony trunek, a za chwilę podadzą ci wyborne pierogi. Wyspa na morzu turystycznej aktywności. Do tego w piątki robią klasyczne potańcówki, na których brykają warszawscy oldboye.

  1. Paragraf

Jego okna wychodzą na masyw okręgowych sądów. Kiedyś krajobraz ten powiewał grozą, ciemnoszare mury bardziej przypominały ubecką rzeźnię niż pałac sprawiedliwości. Teraz elewacje wybielono i popołudniami rażą oczy klientów siedzących po drugiej stronie ulicy.  Widzisz pana w przedemerytalnym wieku zakładającego na oczy ciemne okulary, których nie powstydziłby się sam Cobra Stallone? Ma brzuszek sybaryty, teczkę pod stolikiem, sączy jasne piwko i gasi papierosa zwalniając rękę, którą zaraz powita nowego gościa kawiarni. Ten nowy to jego klient. Szczupła postać, napięty, energiczne ruchy.  Spojrzeniem szuka znajomej twarzy. Prawnik, w końcu rozumie przyczynę zagubienia gościa i zdejmuje ciemne okulary. Ten gest kończy poszukiwania, panowie wymieniają grymasy uśmiechów i rozpoczyna się narada, ustalanie procesowej strategii przed jutrzejszą rozprawą. Scena typowa dla „Paragrafu”, którego obsługa do tego stopnia wychodzi klientom na przeciw, że w menu można znaleźć skanowanie i druk dokumentów. Inne zalety lokalu? Przewaga ludzi wiekowych, a jak już przyjdą młodsi, to mniej ze Śródmieścia, bardziej z lat 90’. Grunge, metale i wierni fani Kazika.

Jeśli znajomi mówili, że po rozwodzie przyszli tu z byłymi uczcić rozstanie i wypić ostatnią wspólną lufę, to wsadź to między bajki. Legenda miejska, niejeden to słyszał od swoich rodziców, bliskich czy dalekich.

„Paragraf” idzie z duchem czasu i reagując na ustawę antynikotynową podzielił się na dwie sale. W pierwszej zamówisz kawę oraz spirytualia, zagrasz w Keno i zanurzysz się w głębokim fotelu. Dostępu do części drugiej bronią szklane drzwi. Za nimi przewaga stolików i możliwość spożywania wyrobów tytoniowych. Ciężkie powietrze filtrują parapetowe kwiaty. Latem „Paragraf” odsłania część trzecią, mały ogródek wciśnięty we wnękę między pawilonami. To tutaj najszybciej ukoisz nerwy skołatane podsłuchaną na sali rozmową, bo stali klienci nie przebierają w słowach i dzielą się bolączką życia w postsowieckim kraju. Do tego czasem wpadnie ci w ucho fragment zwierzenia świadka, ofiary lub oskarżonego, nad którego sprawą pochyla się Cobra.

  1. Wodiczko

Oaza zieleni na skarpie. Alejka schodząca łukiem w dół. Widok na sady zgromadzenia zakonnego Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo. Nastrojowe oświetlenie nocą, a w dzień oprawa muzyczna zapewniana przez akademię muzyczną lub koncertujących w muzeum Chopina artystów. To wszystko w ścisłym centrum Warszawy. Dzisiaj miejsce odpoczynku, okazja do ogrzania twarzy w promieniach popołudniowego słońca, ale jeśli w przeszłości zdarzyło ci się spełnić kilka warunków skwer Bohdana Wodiczko może mieć wartość sentymentalną. Warunek pierwszy – studiowanie lub zamieszkiwanie w jego okolicy. Warunek drugi – posiadanie grupy kompanów, tak jak ty lubiących całoroczne biwakowanie. W drugim zawiera się trzecie – gotowość do spędzania czasu na świeżym powietrzu niezależnie od warunków klimatycznych. Dzisiaj biwak musi być bardziej dyskretny, za konarami kryją się czujne oczy miejskiego monitoringu. Ale i bez kompanii może być tu sympatycznie. Usiądź wygodnie na jednej z ławeczek, najlepiej tak, żeby centrum skweru było dokładnie przed tobą. Jeśli rok akademicki już się zaczął, to usłyszysz zagadkę muzyczną. Dochodzące z akademii dźwięki są wykonywanym na żywo kolażem. Z jednego okna płynie standard jazzowy na trąbkę i pianino, w drugim niezdarny skrzypek gwałci pięciolinię, a trzecie wypuszcza szaloną wokalizę. Zadanie? Rozpoznaj, z jakich utworów pochodzą poszczególne fragmenty. Studenci grają zwykle standardy. Tylko w zimie zamykają okna i trochę tu wieje, ale ubywa odwiedzających. Termos, kanapki i z godzinkę da radę pobiwakować.

  1. Amatorska

Po zamknięciu cafe „Bajka” i okresie wielomiesięcznego nomadyzmu liczni klienci osiedli w „Amatorskiej”. Pamiętasz? Kiedyś to była awaryjna knajpa, kiedy zajęli ci stolik w „Bajce”, albo grupą byliście tak dużą, że do przełknięcia tylko przez „Amatorską”. Samemu się tu nie wpadało, tylko w towarzystwie, bo legendy krążyły o zerkających przez ścienne lustra starszych zadbanych panach. Klimat się nie zmienił. Warto wpaść przed południem, wypić zbyt gorzką kawę i spojrzeć na resztki starej klienteli. Zlustrować emeryckie twarze, które naście, dwadzieścia lat temu, jeszcze na etacie, spędzały na Nowym Świecie tyle samo czasu co dziś. Co się zmieniło u siedzącego w kącie pana, który kiedyś grał pierwsze skrzypce przy bajkowym stoliku? Skrzydła dawnego krzykacza nieco opadły i męczy samotne piwo, słuchacze pewnie odeszli. Spójrz, na zewnątrz starsza pani, gdzieś tu mieszka, abstynentka, bo od lat tylko kawka i serniczek. W oburzonym geście potrząsa głową, prawie rozplątując kok farbowanych henną włosów. Właśnie usłyszała od jakiegoś typa, że wygląda jak jego wróżka. Obsługa sali zbiera naczynia. Młoda dziewczyna, ale jakoś pasuje. Ma w sobie te czasy, kiedy nas jeszcze nie było na świecie. Lekka pogarda dla wstawionej klienteli. Pewnie zamiast dziękuję rzucili jej sprośne słowo, wciąż przekonani, że właśnie to działa na kobiety.

  1. Jeziorko Kamionkowskie

Praga kusi, miejscami, w których za blezerek od Kupisza można dostać bęcki. Niestety i te magiczne zakątki zastępują lokale dla korporacyjnych drwali. Przy Grochowskiej zniknął okupowany przez Romów kebab u Kurda. Zamknięto spelunkę przy Terespolskiej. Wieczny remont kamienicy na rogu Targowej i Wileńskiej wykosił lokal z widokiem na „czterech śpiących” (pewnie dlatego i oni musieli odejść). „Rybacka”, „Portowa”, bary „pod Trójką” i „pod Niedźwiedziem”, „Kinga”, „Nysa”, „Wisła” – jednym tchem wymieni twój wzruszony ojciec, oczywiście, jeśli wychował się po prawej stronie rzeki. Lepiej go nie pytaj, bo zaraz zorganizuje wyprawę w poszukiwaniu resztek dawnej chwały. Spragnieni luksusów mogą jeszcze iść do „Fregaty”, a na amatorów browca pitego pod czujnym okiem lokalsów czekają „Kufelek” i „Korona” na Zamoyskiego.

Za dużo o piwie? Siku się chce i ogląd po nim zaćmiony. Spojrzenie na świat może weselsze, ale pozbawione głębi. Po czterech jasnych, pokonując trasę z „Kufelka” przez „Przystań” do „Fregaty”, można ominąć miejsce wyjątkowe. Z Zielenieckiej wchodzisz w alejkę zaraz za teatrem i siadasz na jednej z ławeczek pod murem. Park Skaryszewski – woda i drzewa na drugim brzegu. Zamykasz oczy i głęboko wciągasz powietrze. Co czujesz? Nie urynę, kwaśne piwo i spoconych sportowców a słodki zapach dzieciństwa, powrotu ojca z delegacji, nagrody za dobre świadectwo – czekoladę. Za plecami manufaktura Wedla, który cud zapach wydziela nadzwyczaj często. Otwierasz oczy i dziwisz się, że nie walą tu tłumy niuchaczy. Powinni krążyć alejkami unosząc nosy i przełykając ślinę. Już nie marzysz o gaszeniu pragnienia gazowanych chmielem. Przypomnij sobie czy nie masz w torbie nadgryzionej „Jedynej”? No gdzieś tam była. I teraz uwaga! Nie spożywaj słodyczy w miejscu wąchania. Zemdli, zniechęci i stracisz wspaniałą miejscówkę. Chłoń tu zapachy i łącz je z sielskim otoczeniem, a czekoladę zjedz później, rzucając kaczki na drugim brzegu lub czekając na tramwaj jadący do lasu.

Tekst na podstawie własnych obserwacji: Piotr Jezierski 

No Comments Yet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.